Rozgrywająca (Running Point) to serial, który kompletnie mnie zaskoczył – i to w najlepszym możliwym sensie. Od dłuższego czasu szukałem czegoś fajnego, lekkiego, co da się oglądać bez spiny podczas ćwiczeń na siłowni. W ostatnich miesiącach trudno było trafić na serial, który naprawdę wciąga, a jednocześnie nie przytłacza ciężką tematyką albo nie próbuje być „na siłę ambitny”. Zbyt wiele nowych produkcji jest albo przeładowanych dramatem, albo kompletnie nijakich. W tym kontekście Netflix znowu zrobił swoje – podrzucił mi tytuł, który idealnie trafia w środek tej rzadkiej skali: lekko, z humorem, ale nie głupio.
Serial nie udaje niczego więcej niż tego, czym jest – czyli rozrywkową, stylową historią osadzoną w realiach NBA. A jednocześnie potrafi zaskoczyć tym, jak zgrabnie łączy świat wielkiego sportu z lekko ironicznym, ale ciepłym podejściem do relacji międzyludzkich. To taka dużo lżejsza wersja Ballers – mniej macho-pokazu i turboambicji, więcej luzu, dialogów i sympatycznych postaci. I, co najważniejsze, to wszystko naprawdę działa.
Serial opowiada historię Isli Gordon, granej przez charyzmatyczną Kate Hudson. Isla, po skandalu z udziałem brata, zostaje mianowana prezesem rodzinnego klubu koszykarskiego Los Angeles Waves. Hudson doskonale oddaje złożoność swojej postaci – Isla jest pewna siebie, ale jednocześnie zmaga się z wewnętrznymi wątpliwościami, starając się udowodnić swoją wartość w zdominowanym przez mężczyzn świecie sportu. Na szczególną uwagę zasługuje również Brenda Song jako Ali Lee, najlepsza przyjaciółka Isli i szefowa sztabu. Ali to postać z charakterem, której lojalność i cięty język dodają serialowi dynamiki. Chemia między Hudson a Song sprawia, że ich wspólne sceny ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Wśród obsady wyróżniają się także Drew Tarver jako Sandy Gordon, analityczny i nieco spięty brat Isli pełniący funkcję dyrektora finansowego, oraz Scott MacArthur w roli Ness Gordona, generalnego menedżera klubu, którego podejście do życia często prowadzi do zabawnych sytuacji. Nie można pominąć Chet Hanksa, wcielającego się w Travisa Bugga, kontrowersyjnego zawodnika z aspiracjami muzycznymi, którego wybryki dostarczają wielu komicznych momentów.
Nie jest to jednak serial bez wad. Niektóre wątki są dość przewidywalne – ambitna kobieta próbująca odnaleźć się w męskim świecie zawodowego sportu, rodzinne napięcia i klasyczna walka o to, by być traktowaną poważnie. Te motywy znamy już aż za dobrze. A jednak Rozgrywająca nie nudzi, bo wszystko podane jest z dużym dystansem, lekkością i świetnym tempem.
Już pierwszy odcinek ustawia grę – wraz z pojawieniem się nieoczekiwanego nowego brata, wokół którego kręci się spora część intrygi. Ten wątek nie tylko wprowadza zamieszanie w rodzinnej układance, ale też staje się jedną z solidniejszych podwalin fabularnych całego sezonu. Na przestrzeni 10 odcinków serial konsekwentnie buduje tło – nie tylko dla bohaterów, ale i dla całego świata przedstawionego. NBA to tu nie tylko błysk i medialny szum, ale też przestrzeń do układania prywatnych i zawodowych relacji.
Rozgrywającą po prostu dobrze się ogląda – szczególnie jeśli szukasz czegoś lekkiego, ale nie zupełnie bezmyślnego. Idealnie wchodzi na siłowni, ale równie dobrze sprawdzi się wieczorem, gdy nie masz ochoty na ciężkie dramaty ani hałaśliwe głupotki. To serial z klasą, ale na luzie.
Dla porównania – Ballers serwował brutalną prawdę o świecie sportu w błyszczącej, komediowej otoczce. Śmiesznie było, ale między żartami dało się poczuć ciężar tematów: wypalenie, presję, cynizm wielkich pieniędzy. Rozgrywająca idzie w inną stronę – choć humor też się tu pojawia, to nie on jest osią serialu. Komedii jest mniej, za to prawda o funkcjonowaniu klubu NBA, rodzinnych zależnościach i zakulisowych układach podana jest dużo lżej, przystępniej, bardziej „do oglądania” niż „do przetrawiania”. To nie manifest – to rozrywka z inteligentnym tłem.
Cieszy mnie też fakt, że Netflix oficjalnie zapowiedział drugi sezon – i szczerze mówiąc, to jedna z tych informacji, które poprawiły mi dzień. Rozgrywająca może nie zmienia reguł gry, nie rzuca na kolana ani nie wywołuje burzliwych dyskusji w internecie, ale… to właśnie jeden z jej atutów. Jest jak ten ulubiony serial, do którego wracasz bez stresu, bez „nadrabiania”, bez analizowania każdego detalu. Po prostu – siadasz, oglądasz i czujesz, że dobrze spędzasz czas.
To produkcja lekka, zabawna, ale zrealizowana z wyczuciem i szacunkiem do widza. Idealnie sprawdza się jako towarzysz codziennych czynności – czy to na siłowni, przy obiedzie, czy wieczorem na kanapie. Nie męczy, nie irytuje, nie próbuje być na siłę cool. Po prostu dobrze się ogląda.
Moja ocena? Solidne 8/10. Za styl, za obsadę, za klimat. I za to, że w tym pełnym ciężkich, przerysowanych seriali świecie, Rozgrywająca daje dokładnie to, czego czasem potrzeba – oddech. Szczerze – czekam na więcej.














