Pamiętam doskonale moment, kiedy po raz pierwszy natknąłem się na serial Chłopaki z baraków (Trailer Park Boys). Przerzucając kanały telewizyjne późną nocą, trafiłem na trzech dziwnie wyglądających gości kłócących się przy zardzewiałym samochodzie. Jeden trzymał nieodłączny drink z colą w ręce, drugi klął jak szewc, a trzeci w ogromnych okularach zbierał z troską koty z okolicy. Byłem zdezorientowany: co to za absurdalny „nibydokument” o życiu w kanadyjskim osiedlu barakowozów? – myślałem. Kilka minut później śmiałem się na głos i już wiedziałem, że odkryłem coś wyjątkowego. Jako zaangażowany telemaniak zrozumiałem, że Chłopaki z baraków to nie tylko kolejny serial komediowy, ale prawdziwe zjawisko, które podbiło serca widzów na całym świecie – od Kanady, przez Stany Zjednoczone, aż po Polskę.
Kanadyjski klimat i specyficzny humor, który wciąga
Serial osadzony jest w realiach Kanady, a konkretnie w fikcyjnym Sunnyvale Trailer Park w Nowej Szkocji. Dla widza spoza Ameryki Północnej ten świat był czymś świeżym: kanadyjskie „osiedle baraków” – odpowiednik naszych rodzimych peryferyjnych blokowisk czy zaniedbanych kamienic, gdzie króluje tzw. „patologia”. W Polsce mamy swoje wyobrażenia o środowiskach z marginesu (wystarczy wspomnieć kultowy Świat według Kiepskich ukazujący uroki polskiego „menelstwa”). Jednak w Chłopakach z baraków otrzymujemy spojrzenie na północnoamerykańską wersję tego zjawiska: społeczność żyjącą w przyczepach kempingowych i barakach, zmagającą się z biedą, bezrobociem, drobną przestępczością – ale ukazaną w sposób tak przekomiczny i ciepły, że nie sposób oderwać od niej wzroku.
Twórcy zastosowali formułę mockumentary – stylizowanego na dokument serialu komediowego. Kamera ma sprawiać wrażenie, że podglądamy prawdziwe życie mieszkańców Sunnyvale. Bohaterowie często zwracają się do ekipy filmowej, co dodaje realizmu i humoru. Ten pozornie poważny sposób filmowania kontrastuje z kompletnym absurdem sytuacji, jakie oglądamy. A jest się z czego śmiać: humor w Chłopakach z baraków jest swojski, rubaszny i niepoprawny politycznie. To mieszanka gagów sytuacyjnych, błyskotliwych (choć prostackich) dialogów oraz przezabawnych charakterów.
W centrum akcji stoi trzech przyjaciół: Julian, samozwańczy mózg operacji (zawsze opanowany, z drinkiem w dłoni i z pomysłem na kolejny „biznes życia”); Ricky, porywczy i nie grzeszący rozumem wykonawca tych pomysłów (jego zasób słów to głównie niecenzuralne bluzgi, a językowe wpadki – tzw. Ricky-izmy – przeszły już do legendy i słowników na całym świecie); oraz Bubbles, dobrotliwy miłośnik kotów mieszkający w szopie, który często jest jedynym głosem rozsądku w ekipie. Trójka ta kombinuje, jak szybko wzbogacić się, oczywiście po jak najmniejszej linii oporu i zazwyczaj na bakier z prawem. Uprawa i handel marihuaną, kradzież czego popadnie (od miedzianych rur po automaty do gier), nielegalne bimbrownictwo – każdy sezon to nowy genialny (w ich mniemaniu) plan, który niemal zawsze kończy się totalnym chaosem, strzelaniną z korkowców, pożarem albo… więzieniem. I takie scenariusze lubię! Serial z przymrużeniem oka powiela schemat: bohaterowie knują akcję, coś idzie nie tak, lądują w celi, by na starcie kolejnego sezonu wyjść na wolność i zaczynać od nowa. Zamiast nużyć, ta przewidywalna formuła daje widzowi dziwaczną satysfakcję – dokładnie taką, jak oglądanie po raz setny kompilacji nieudanych popisów na YouTube, które wciąż śmieszą.
Humor Chłopaków z baraków bywa wulgarny i absurdalny do granic możliwości. To serial, w którym padło chyba więcej przekleństw niż przecinków, a jednak wszystko to idealnie pasuje do przedstawionego świata. Na początku sam byłem trochę zszokowany – „czy ja naprawdę śmieję się z gościa, który pije płyn do spryskiwaczy i uważa to za alkohol wysokiej klasy?!” – ale szybko zrozumiałem konwencję. Twórcy celowo przeginają pałę: pokazują meneli, drobnych przestępców i dziwaków w skrajnie komicznych sytuacjach, ale nigdy nie tracą przy tym sympatii do swoich postaci. W rezultacie jako widz śmieję się z wybryków Ricky’ego i Juliana, ale jednocześnie im kibicuję. Czuję, że gdzieś pod warstwą głupkowatych żartów jest ukryta serdeczność – więź przyjaźni, lojalność wobec swojej „barakowej rodziny” i pocieszna walka o godność na własnych zasadach. Ten specyficzny mix szorstkiego humoru i dużego serca sprawia, że serial wyróżnia się na tle innych.
Od kultu lokalnego do światowego fenomenu
Jak to się stało, że ta niepozorna produkcja z Kanady zdobyła taką popularność na świecie? Chłopaki z baraków startowali skromnie – pierwsze sezony (emisja rozpoczęła się w 2001 roku w kanadyjskiej stacji kablowej Showcase) kręcono niskim kosztem, na prawdziwym osiedlu barakowozów pod Halifaxem. Początkowo serial miał małą widownię i wydawało się, że pozostanie lokalną ciekawostką. Jednak z czasem poczta pantoflowa zrobiła swoje. W Kanadzie narodził się kult: albo od razu łapałeś tego bakcyla absurdalnego humoru, albo kompletnie nie rozumiałeś fenomenu – ale ci pierwsi od razu stawali się fanami na dobre i na złe. Serial stał się skarbcem memów i powiedzonek. W Kanadzie i USA ludzie przebierali się za Juliana, Ricky’ego i Bubblesa na imprezy halloweenowe, a odtwórcy ról zaczęli być rozpoznawani jak gwiazdy rocka alternatywnego.
Kluczem do międzynarodowego sukcesu okazała się autentyczność i uniwersalność tych bardzo specyficznych realiów. Owszem, Chłopaki z baraków są mocno osadzeni w kanadyjskiej popkulturze (np. charakterystyczny akcent z atlantyckiej prowincji, slang, lokalne nawiązania – fani rocka ucieszą się, widząc cameo Alexa Lifesona z zespołu Rush, a kibice hokeja wychwycą żarty z ulubionego sportu Kanadyjczyków). Jednak problemy i marzenia bohaterów – pragnienie lepszego życia, bunt przeciwko systemowi, przyjaźń w trudnych warunkach – są zrozumiałe dla widzów na całym świecie. W pewnym sensie Ricky, Julian i Bubbles to kreskówkowe, przerysowane wersje „chłopaków z naszej ulicy”, których każdy z nas może kojarzyć ze swojego otoczenia. Ta przystępność sprawiła, że serial zaczął przekraczać granice: najpierw trafiając do telewizji w innych krajach (emisje m.in. w Wielkiej Brytanii, Skandynawii, Niemczech – wszędzie tam znalazł grono fanów), a potem szturmem zdobywając internet.
W Stanach Zjednoczonych, gdzie przecież nie brak ich własnych „redneckich” komedii, Trailer Park Boys zyskało status kultowego importu z Kanady. Amerykańscy widzowie pokochali Sunnyvale za to, że jest jednocześnie podobne do ich swojskich klimatów, a zarazem egzotyczne (kanadyjskie realia dodawały smaczku). Nie bez znaczenia była też reputacja Kanady jako wylęgarni komediowych talentów – wielu amerykańskich komików i aktorów pochodzi z Kanady, więc może podświadomie oczekiwano dobrej zabawy. Gdy w kolejnych sezonach w Chłopakach… zaczęli gościnnie pojawiać się znani artyści, stało się jasne, że serial przeniknął do głównego nurtu popkultury. Pamiętam moje zdziwienie, gdy na ekranie zobaczyłem samego Snoop Dogga palącego skręta w Sunnyvale – amerykańska ikona hip-hopu z własnej woli wystąpiła w „niszowym” niegdyś kanadyjskim mockumencie! To samo dotyczy innych gwiazd: legendarny gitarzysta Rush, wspomniany Lifeson, zagrał zabawną scenkę z Bubblesem, a rockman Sebastian Bach (ex-Skid Row) pojawiał się kilkukrotnie jako zwariowana wersja siebie samego. Apogeum uznania nastąpiło, gdy obsada Chłopaków z baraków – w pełnym rynsztunku, jako Ricky, Julian i Bubbles – została zaproszona na kanapę popularnego talk-show Jimmy’ego Kimmela. Widząc ich w prime time amerykańskiej telewizji, poczułem dumę, jakby to jakiś mój kumpel z osiedla zrobił międzynarodową karierę. To był sygnał, że świat docenił ten specyficzny dowcip z Halifaxu.
A co z Polską? U nas serial początkowo był znany w wąskich kręgach pasjonatów zagranicznych ciekawostek. Pierwszy raz Chłopaki z baraków zawitali do Polski w 2007 roku na Comedy Central Polska, gdzie puszczono siedem sezonów z lektorskim tłumaczeniem. Przyznam, że choć zwykle wolę oryginalny dźwięk, to legendarny lektor (Rafał Walentowicz) czytający kwestie Ricky’ego i spółki dodawał temu absurdu swojskiego uroku – trudno było nie parsknąć śmiechem, gdy poważnym głosem tłumaczył potok przekleństw i pokracznych tekstów. Niemniej prawdziwy boom na Chłopaków z baraków nad Wisłą przyszedł dopiero kilka lat później, za sprawą internetu i platform streamingowych. W erze memów polscy internauci zaczęli masowo udostępniać krótkie klipy i obrazki z podpisami z serialu. Sam natknąłem się w mediach społecznościowych na dziesiątki przeróbek scen z Sunnyvale dopasowanych do polskich realiów – co dowodzi, że humor Clattenburga (twórcy serialu) jest dla nas zrozumiały. W końcu doczekaliśmy się wszystkich sezonów na Netflixie, z polskimi napisami, więc bariera językowa przestała istnieć. Dziś w Polsce Chłopaki z baraków to już pozycja rozpoznawalna wśród młodszych widzów; nawet jeśli nie jest to hit na miarę hollywoodzkich seriali, ma status serialu kultowego. Ba, młody polski raper o pseudonimie Młody Dzban nagrał całą EP-kę inspirowaną przygodami Ricky’ego, Juliana i Bubblesa! W wywiadach podkreślał, że w jego środowisku Chłopaki z baraków to absolutny klasyk, a sytuacje z serialu często służą im za punkt odniesienia do opisywania rzeczywistości. Trudno o lepszy przykład na to, że kanadyjskie poczucie humoru znalazło żyzny grunt nawet w polskiej kulturze młodzieżowej.
Drugie życie na Netflixie – globalna ekspansja
Na pewnym etapie mogło się wydawać, że historia Chłopaków z baraków dobiega końca. W 2007 roku, po siedmiu sezonach, serial zawiesił działalność, a twórcy zrealizowali jeszcze pełnometrażowe filmy (m.in. „Chłopaki z baraków: The Movie” oraz sequel „Odliczanie do wytrzeźwienia”). Losy ukochanych bohaterów stanęły pod znakiem zapytania. Jednak wtedy nastąpił przełom, który pokazał siłę fanów i nowoczesnych platform – Netflix postanowił tchnąć w Sunnyvale nowe życie. Jako oddany widz czekałem na to jak na zbawienie. W 2014 roku pojawił się ósmy sezon, sygnowany już jako Netflix Original, a wraz z nim wyraźnie większy budżet (choć na szczęście serial nie stracił swojego zamierzonego „tanio wyglądającego” stylu). Co ważne, stery kreatywne przejęli sami odtwórcy głównych ról – Robb Wells, John Paul Tremblay i Mike Smith (czyli ekranowi Ricky, Julian i Bubbles) wykupili prawa do marki i we współpracy z Netflixem zaczęli kręcić kolejne sezony. Można powiedzieć, że chłopaki z Sunnyvale wzięli sprawy w swoje ręce, co czuć w nowych odcinkach – nadal trzymają ducha oryginału, jakby nigdy nie zrobili sobie przerwy.
Dzięki Netflixowi serial stał się bardziej dostępny niż kiedykolwiek. Nowe pokolenia widzów z różnych krajów mogły jednym kliknięciem zobaczyć, o co tyle szumu, a starzy fani – nadrobić zaległości i cieszyć się świeżymi przygodami ulubieńców. Binge-watching Chłopaków z baraków stał się realny: sam przyznaję, że gdy udostępniono ciągiem kilka nowych sezonów, zarwałem parę nocy, śledząc niekończące się perypetie ekipy z Sunnyvale. Platforma zadbała też o promocję – stąd gościnne występy aktorów w mainstreamowych mediach i współpraca z gwiazdami, o których wspomniałem wcześniej. Serial przestał być tylko „kultowy”, a zaczął być rozpoznawalną marką w popkulturze.
Netflix nie poprzestał na kontynuacji głównej serii. Otrzymaliśmy również szereg dodatków rozszerzających to uniwersum. Powstały wyjątkowe odcinki specjalne, które były spełnieniem marzeń chyba każdego fana zastanawiającego się, jak Ricky, Julian i Bubbles poradziliby sobie poza swoim podwórkiem. Tak narodziły się miniserie „Trailer Park Boys: Out of the Park”, w których bohaterowie wyruszają w świat – najpierw do Europy, potem do USA – niby to przypadkiem wpadając w coraz to nowe tarapaty w obcych krajach. Widok naszych swojskich obwiesiów próbujących ukraść trawkę w Amsterdamie czy kombinujących wśród luksusowych jachtów Florydy dostarczył mi zupełnie nowej porcji śmiechu. Twórcy bawili się konwencją, mieszając tradycyjny scenariusz z elementami reality show, ale bohaterowie pozostali sobą, więc wciąż czułem ten sam klimat, tylko przeniesiony na szerszą scenę.
Jakby tego było mało, doczekaliśmy się też wersji animowanej. Po dwunastym sezonie (wyprodukowanym również na Netflixie) twórcy zafundowali nam szalony zabieg fabularny: w finałowym odcinku bohaterowie najedli się magicznych grzybków halucynków i… cały ich świat zmienił się w kreskówkę. W ten sposób następny sezon powstał jako serial animowany, zachowując głosy oryginalnych aktorów. Przyznam, że byłem sceptyczny – czy Chłopaki z baraków bez swoich żywych odtwórców nadal będą bawić? Ku mojemu zaskoczeniu, animowana odsłona okazała się strzałem w dziesiątkę. Pozwoliła przekroczyć kolejne granice absurdu (w animacji można przecież wysadzić pół miasta nie martwiąc się budżetem czy bezpieczeństwem aktorów), a mimo to to wciąż było „to samo” Sunnyvale, które znałem. Dla fanów był to piękny ukłon – nasz ukochany serial mógł trwać dalej pomimo odejścia z ekipy niektórych aktorów (np. niezapomnianego Johna Dunswortha, grającego Jima Lahey’a, który zmarł w 2017 roku). Netflix dał Chłopakom… platformę do ciągłego rozwoju i dotarcia tam, gdzie nigdy wcześniej by nie trafili – do globalnej publiczności, która w innych okolicznościach może nigdy by o nich nie usłyszała.
Kulturowe zjawisko i to „coś”, czego nie da się podrobić
Dziś Chłopaki z baraków to już znacznie więcej niż serial – to kulturowe zjawisko, które rozprzestrzeniło się jak mem internetowy, choć narodziło się na długo przed erą TikToka czy Instagrama. Co sprawia, że ta zwariowana opowieść o trójce drobnych cwaniaczków z kanadyjskiej pipidówki jest tak niepowtarzalna?
Po pierwsze, bohaterowie z krwi i kości – paradoksalnie bardziej autentyczni niż niejeden dramat obyczajowy. Ricky, Julian i Bubbles to postacie zarysowane grubą kreską, ale z ogromnym urokiem. Ich wady są przerysowane (głupota Ricky’ego bywa monumentalna, obsesja Juliana na punkcie drinka – komiczna, a nieśmiałość Bubblesa – rozczulająca), lecz każdy z nich ma też cechy, za które ich kochamy: lojalność, poczucie humoru, zdolność do improvizowania w trudnych sytuacjach. Jako fan czuję, jakbym znał tych gości osobiście – są jak kumple, z którymi wprawdzie nie chciałbym pakować się w takie tarapaty, ale chętnie wypiłbym piwo i posłuchał kolejnej szalonej historii. Chłopaki z baraków stworzyli własny mikrokosmos znajomych twarzy: oprócz głównej trójki mamy całą gamę kapitalnych drugoplanowych charakterów. Charyzmatyczny, wiecznie pijany nadzorca Jim Lahey wygłaszający quasi-poetyckie monologi o „gównie wpadającym w wiatraki” stał się ikoną telewizyjnego pijaka z klasą (kto widział scenę, w której Lahey oznajmia „Ja jestem tą wódką”, ten wie, o jak wielkim aktorskim popisie mówimy). Jego wierny towarzysz Randy – chodzący bez koszulki grubasek uzależniony od cheeseburgerów – to z kolei chodzący żart sam w sobie, a ich burzliwa relacja mistrz-uczeń (czy raczej kochanek-kochanek, bo przecież są parą) dostarcza serialowi sporo obyczajowego pieprzu. Dołóżmy do tego lokalnych raperów-amatorów jak J-Roc, drobnych kryminalistów typu Cory i Trevor, czy wreszcie zapadające w pamięć epizody z udziałem prawdziwych celebrytów grających przejaskrawione wersje siebie – i otrzymujemy galerię postaci, które żyją własnym życiem poza ekranem. Ten serial wykreował mały świat, w którym fani uwielbiają przebywać, choćby poprzez cosplay, tworzenie fanartów czy dyskutowanie w sieci o ulubionych odcinkach. Co widać chociażby w odcinkach specjalnych, które… są tak naprawdę występami teatralnymi na żywo. Ech, oddałbym ostatni grosz, aby znaleźć się na czymś takim (są na Netflix).
Po drugie, Chłopaki z baraków obalają konwencje i bawią się formą. Dziś modne są różne „meta” zabiegi w kinie i telewizji, ale ten serial robił to po cichu już dwadzieścia lat temu. Mamy tu przecież serial w formie dokumentu, gdzie fikcyjni bohaterowie wiedzą, że są filmowani – to dawało pole do inteligentnych, choć często ukrytych żartów z samego medium telewizyjnego. Pamiętam scenę, w której bohaterowie kradną coś „na oczach” kamery, po czym któryś z nich wpada na pomysł, by zażądać od kamerzysty taśmy, bo to dowód rzeczowy. Takie mrugnięcia okiem do widza czyniły oglądanie jeszcze ciekawszym. Trailer Park Boys wyprzedzili epokę wszechobecnych paradokumentów i reality show – można rzec, że byli ich karykaturą, zanim te na dobre zagościły w telewizji.
Nie da się też ukryć, że serial trafił w swój czas, ale i ten czas przetrwał. Startując w 2001 roku, wpisywał się w rodzącą się falę bardziej bezkompromisowych komedii telewizyjnych. To były czasy, gdy widzowie zaczynali odchodzić od grzecznych sitcomów z dogranymi śmiechami na rzecz czegoś ostrzejszego. Chłopaki z baraków pojawili się mniej więcej równolegle z brytyjskim The Office (inna pionierska produkcja mockumentalna) czy z amerykańskim Jackassem (który spopularyzował głupkowate wygłupy). Jednak kanadyjski serial szybko wypracował swój niepodrabialny styl i pozostał mu wierny. W przeciwieństwie do wielu innych serii, które z czasem próbują się zmieniać, żeby przyciągnąć szerszą publikę, Trailer Park Boys nigdy nie porzucili swoich korzeni. Każdy sezon, niezależnie czy kręcony dla małej kablówki, czy dla giganta streamingowego, emanuje tą samą anarchiczną energią i niewymuszonym humorem. To autentyczność w czystej formie – twórcy doskonale rozumieli, co widzowie pokochali, i nigdy im tego nie odebrali.
Jako fan czuję wdzięczność, że serial nie został ugrzeczniony ani przesadnie „uglobalniony”. Czasem sukces na świecie kusi twórców, by spłaszczyć lokalny koloryt i dostosować żarty pod szerszą publiczność. Tutaj tak się nie stało – Chłopaki z baraków pozostały dumnie kanadyjskie, ze swoim specyficznym slangiem (ileż razy musiałem szukać w slangu znaczenia tekstów Ricky’ego!), z nawiązaniami do Rush czy hokeja, z tym nieprzetłumaczalnym urokiem prowincjonalnej Nowej Szkocji. A jednak ludzie od Vancouver po Warszawę i od Los Angeles po Sydney zaśmiewają się przy tym tak samo. To chyba najlepszy dowód, że prawdziwy humor nie zna granic – wystarczy, że jest szczery i zabawny w swojej istocie, a trafi do odbiorcy nawet z innego kręgu kulturowego.
Na koniec muszę podkreślić to, co dla mnie osobiście jest sednem fenomenu Chłopaków z baraków: to celebracja luzu, przyjaźni i robienia rzeczy po swojemu. Serial udowadnia, że nawet na społecznych obrzeżach, w warunkach dalekich od ideału, ludzie potrafią cieszyć się życiem i zachować godność – choćby w pokrętny sposób. Ricky, Julian i Bubbles nie są wzorami cnót, ale w ich niewydarzonych przygodach jest jakaś przekorna mądrość: żyj po swojemu, nie przepraszaj za to, kim jesteś, śmiej się głośno i szczerze. Myślę, że właśnie ta wolność ducha przyciąga widzów z różnych stron świata. Trailer Park Boys to opowieść o outsiderach, którzy zbudowali swój własny mały świat i zaprosili nas do środka. Ja skorzystałem z zaproszenia lata temu i zostałem na dłużej – i wcale nie czuję, żebym potrzebował lobotomii, wręcz przeciwnie. Śmieję się, wzruszam i dziwię wraz z Chłopakami z baraków już kolejny raz od początku, bo ten serial jest jak ulubiona piosenka: można do niego wracać i za każdym razem bawić się tak samo dobrze.
Bo w gruncie rzeczy sukces „Chłopaków z baraków” to coś więcej niż liczby oglądalności czy światowa dystrybucja – to fakt, że gdziekolwiek znajdzie się grupa fanów, tam Sunnyvale żyje. A ja z dumą zaliczam się do tej zwariowanej światowej społeczności.














