Skip to main content

Nie ukrywam – jestem fanem MCU od samego początku. Oglądałem wszystko: od „Iron Mana”, przez „Strażników Galaktyki”, aż po wielki finał „Avengers: Koniec gry”. Ale właśnie od tamtego momentu zaczęło się robić… dziwnie. Za dużo premier, za dużo wątków, za dużo bohaterów, których ciężko ze sobą połączyć. Gubię się już w tym, co jest filmem, co serialem, a co w ogóle ma znaczenie dla całej układanki.

Mimo tego bałaganu, „Thunderbolts” od razu mnie zaintrygował. Pewnie dlatego, że podobała mi się „Czarna Wdowa” – może nie jakoś spektakularnie, ale był tam klimat, była dynamika, była Yelena, którą naprawdę polubiłem. I właśnie z myślą o niej wybrałem się do kina na „Thunderbolts* (pisane z gwiazdką, ale już to sobie daruję)”. Bez wielkich oczekiwań, ale z nadzieją, że to będzie coś bardziej zwartego, mniej przekombinowanego. I wiecie co? Było.

W „Thunderbolts” śledzimy losy grupy antybohaterów, którzy zostają zmuszeni do współpracy w obliczu wspólnego zagrożenia. Yelena Belova, Bucky Barnes, Red Guardian, Ghost, John Walker oraz tajemniczy Bob Reynolds trafiają w sam środek intrygi zorganizowanej przez Valentinę Allegra de Fontaine. Początkowo nieufni wobec siebie, z czasem zaczynają dostrzegać, że tylko razem mają szansę przetrwać i stawić czoła niebezpieczeństwu „Thunderbolts” nie jest filmem, który próbuje na siłę udowodnić, że MCU wraca na szczyt. I całe szczęście. Nie ma tu przesadnie nadmuchanych zagrożeń, nie ma światów, które trzeba ratować co pięć minut. Zamiast tego dostajemy historię opartą na bohaterach – ich relacjach, ich słabościach, ich próbach bycia lepszymi, choć nie zawsze im to wychodzi. To właśnie ta drużynowość i balans między humorem a emocjami sprawiły, że naprawdę wciągnąłem się w tę opowieść. Dialogi są lekkie, ale nie głupie. Tempo jest dobre, a sam ton filmu – taki bardziej przyziemny i ludzki – dobrze kontrastuje z ostatnimi, chaotycznymi produkcjami Marvela.

Kolejnym mocnym punktem filmu jest obsada – i to bez dwóch zdań. Florence Pugh jako Yelena ponownie udowadnia, że to jedna z najciekawszych postaci nowej fazy MCU. Jest w niej i luz, i emocjonalna głębia. Yelena Belova wypada tu fantastycznie. Jej wątek ma serce, ma głębię i stanowi emocjonalny kręgosłup całego filmu. Dla mnie to jedna z lepiej napisanych i zagranych postaci w obecnym MCU – nie tylko zabawna, ale też autentyczna – chociaż może wydawać się zmęczona i osowiała. Jej postać trzyma cały film w ryzach – bez niej ta historia nie miałaby takiego ciężaru. David Harbour, czyli Red Guardian, to klasyczny przykład postaci, która nie musi mieć wielu scen, żeby zostawić po sobie ślad. Świetnie równoważy ton filmu, jest zabawny, ale nie przerysowany – idealnie wpisuje się w ekipę. Miłym zaskoczeniem była dla mnie reszta drużyny. Bucky (Sebastian Stan) może i nie ma tu nic wielkiego do powiedzenia, ale w końcu pokazano go jako człowieka, a nie tylko ponurego żołnierza z przeszłością. Ghost (Hannah John-Kamen), którą wcześniej pamiętałem jako dość bezbarwną (drugi Ant-Man), tutaj dostała więcej przestrzeni, dzięki temu lepiej ją poznajemy i naprawdę można polubić. Każdy z bohaterów ma swój moment, nikt nie został wciśnięty na siłę – za co należą się gromkie brawa. No może odrobinę efekt „czystości scenariusza” psuje postać Taskmaster, ale zrozumiecie dlaczego o tym mówię dopiero po seansie. Cała drużyna wypada wiarygodnie – czuć między nimi napięcia, ale też rodzącą się lojalność. I co najważniejsze – chce się ich oglądać razem – to właściwie jedyny film Marvela, którego sequel z chęcią przytuliłbym do serca.

Film ogląda się po prostu dobrze. To solidna akcja, bez chaosu, bez przesady, ale też bez nudy. Antybohaterowie – Pugh, Stan, Harbour i reszta ekipy – zderzają się ze sobą w scenach, które mają i energię, i charakter. Pojedynki są czytelne, dobrze nakręcone i miejscami naprawdę efektowne, zwłaszcza na początku. Ale to nie jest tylko naparzanka – jest w tym wszystkim pewien rytm, lekkość i odrobina stylu.

Podobało mi się też to, że film nie stara się być na siłę mroczny (chociaż generalnie jest). Ma przyziemny ton, ale nie ciąży – raczej daje oddech po tych wszystkich kosmicznych dramatach i multiwersalnych zagrożeniach. Jest bardziej ludzki. Bohaterowie są poranieni, próbują się odnaleźć, mają swoje grzechy i nie wszystko im wychodzi. Ta warstwa psychologiczna nie dominuje, ale dodaje historii charakteru – dzięki temu łatwiej się w nią zaangażować. Wiem, że to co mówię może nie mieć sensu, bo wspomnienia bohaterów są niejednokronie druzgoczące, zresztą cały główny „zły” filmu własnie takie emocje wywołuje, ale mimo to nie odebrałem tego jakoś szczególnie negatwnie. I co najważniejsze – to film, który po prostu działa jako całość. Ma logiczny ciąg wydarzeń, nie gubi wątków, nie wrzuca co pięć minut nowego bohatera tylko po to, żeby zbudować kolejną trylogię. W porównaniu z „Captain America: Brave New World” to naprawdę odświeżające kino. Ten film wie, czym chce być – i to mu się chwali.

Nie znaczy to, że „Thunderbolts” jest filmem bez wad. Początek trochę mnie zniechęcił – wszystko wydawało się zbyt mechaniczne (chociaż zabawne), jakby ktoś po prostu odhaczać kolejne punkty z listy: tu wprowadzenie postaci, tu szybka akcja, tu jakieś tajemnicze nazwisko. Na szczęście z czasem tempo się stabilizuje i historia zaczyna łapać rytm.

Największym zgrzytem była dla mnie postać Boba Reynoldsa. Sam pomysł na niego jest naprawdę intrygujący – to bohater z mroczną przeszłością, rozdarty między światłem a cieniem, teoretycznie idealny materiał na mocny punkt filmu. Ale coś tu nie zagrało. Nie kupiłem do końca aktora, który się w niego wcielił – był poprawny, ale nie miał w sobie tej iskry, która sprawiłaby, że naprawdę chciałbym go oglądać. I choć jego historia miała potencjał, to wprowadzenie i rozwinięcie tej postaci wydawało się dość płaskie – już lepiej obejrzeć sobie dowolny odcinek The Boys, tam zrobili „swojego supermana” dużo ciekawiej.

No i jeszcze finał. Bez spoilerów – ale przy tak zbudowanym napięciu spodziewałem się czegoś z większym impaktem. Główny antagonista zostaje pokonany w sposób, który jest bardziej symboliczny niż satysfakcjonujący. Nie był to zły pomysł, ale zabrakło mi tu czegoś, co zostaje w głowie na dłużej. Zakończenie bardziej zamyka wątki „na czysto”, niż daje poczucie kulminacji. Szkoda, bo przez większość filmu napięcie rosło naprawdę dobrze. Mam nadzieję, że nie jest to stały trend – bo to już drugie zakończenie (Po Kapitanie Ameryce) które mnie w ogóle nie satysfakcjonuje.

Graficznie nie jest źle – miejscami jest czysto i sterylnie, miejscami serialowo, a innym zaś razem faktycznie czujemy, że oglądamy film kinowy – ale nigdy nie mamy poczucia, że poskąpili na efekty – nawet jak gdzieś jest gorzej, widz czuje, że to z powodu samej koncepcji i tak po prostu miało być.

Podsumowując – „Thunderbolts” to po prostu porządna rozrywka. Nie jest to film przełomowy, ale ma w sobie wszystko, co powinno mieć lekkie kino superbohaterskie: dobrą obsadę, wyraziste postacie, solidne tempo i odrobinę emocji. Mimo kilku potknięć, które potrafią uwierać (szczególnie Bob i finał), całość ogląda się naprawdę dobrze. Film ma luz, energię i momentami przypomina, za co kiedyś kochaliśmy MCU. Florence Pugh i reszta ekipy dają radę, a historia – choć prosta – trzyma się kupy i nie próbuje być czymś, czym nie jest. To taki Legion Samobójców od DCU, tylko odrobinę mniej odjechany i zdecydowanie lepiej pomyślany.

Po ostatnich, przekombinowanych projektach Marvela – ten seans to była miła odmiana. Jeśli ktoś szuka nieskomplikowanej, dobrze zagranej i dynamicznej przygody – „Thunderbolts” spełnia to zadanie zaskakująco sprawnie. Jak dla mnie przynajmniej 8/10, oczywiście w swoim komiksowym świecie. Zobaczyłbym z tego serial o podobnym budżecie, czuję, że wszedłby tak dobrze jak np. Hawkeye.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply