Uwielbiam chodzić do Małej Warszawy – zawsze trafiam tam na coś ciekawego. To teatr, w którym każda sztuka to prawdziwa przygoda, a repertuar potrafi mile zaskoczyć nawet najbardziej wymagającego widza. Mała Warszawa faktycznie wyróżnia się na tle innych scen – stawia na niestandardowe spektakle, które nie próbują na siłę przypodobać się publiczności, tylko mają własny charakter. Dzięki temu każdy wieczór spędzony w tym miejscu jest czymś więcej niż zwykłym wyjściem do teatru – to spotkanie z historiami, które zostają w głowie na długo. Jest w tym teatrze jakaś specyficzna magia kameralności, poczucie, że oglądasz coś wyjątkowego, co mogłoby wydarzyć się tylko tu i teraz. To także miejsce, które nie boi się odważnych wyborów repertuarowych – często zaskakuje tematyką, obsadą albo formą. I właśnie za to tak bardzo je cenię – wiem, że każda kolejna wizyta to szansa na zupełnie nowe emocje.
W rolach głównych Katarzyna Herman, Bartłomiej Topa i Karol Dziuba – trio, na które nie ma mocnych. Już sama ich obecność na scenie to gwarancja jakości, a w tym przypadku dochodzi jeszcze jedno: niezwykłe zgranie. Każde z nich wnosi na scenę coś własnego – Herman jest precyzyjna i pełna wewnętrznego napięcia, Topa gra z rozbrajającą szczerością i autoironią, a Dziuba zaskakuje luzem i świetnym wyczuciem rytmu scenicznego. Najbliżej mojego serca znalazł się oczywiście Topa, z którym wielu facetów może się łatwo utożsamić – to bohater zmęczony, sarkastyczny, ale gdzieś pod spodem wciąż czuły i pogubiony. Mimo to nie sposób wskazać „najlepszego”, bo ta sztuka działa właśnie dzięki temu, że każdy z aktorów gra w jednej drużynie. Nie ma gwiazdorstwa, jest świetna, zespołowa robota. Chemia między nimi jest wyczuwalna od pierwszych minut – i to ona niesie cały spektakl, sprawiając, że nawet najbardziej przerysowane sceny wypadają naturalnie i prawdziwie.
Sama fabuła jest naprawdę niegłupia i można ją odebrać jako coś świeżego – to zabawne, a momentami zaskakująco czułe studium małżeństwa, które znalazło się na emocjonalnym zakręcie. To też historia o tym, że choć czas potrafi relację wypaczyć, rozmiękczyć albo zwyczajnie zmęczyć – to równie często tworzy między ludźmi przedziwne, niemal niewidoczne więzi. Więzi, które dają o sobie znać w chwilach najbardziej nieoczywistych. Humor? Bardzo trafiony. Inteligentny, z błyskotliwymi puentami, celnymi ripostami i lekkim podtekstem. Nie brakuje żartów o relacjach, seksie, zmęczeniu sobą nawzajem – ale wszystko to jest zagrane tak, że nie powoduje zażenowania, tylko autentyczny śmiech. To zdecydowanie komedia dla dorosłego widza, ale nie dlatego, że jest wulgarna – tylko dlatego, że mówi o życiu takim, jakie jest. A jeśli miałbym podać jeden powód, dla którego warto się wybrać – to byłby nim ostatni akt. Tempo, pomysły i energia w finale to czysta karuzela radości. Te ostatnie kilkanaście minut mijają błyskawicznie, a widownia co chwilę wybucha śmiechem. Świetna kulminacja i dowód na to, że dobrze poprowadzony tekst naprawdę się broni.














