Od lat mam słabość do Och-Teatru – to jedno z tych miejsc, do których wracam regularnie, bo niemal zawsze wychodzę stamtąd z głową pełną myśli i emocji. Tym razem nie było inaczej. „Lily” od początku mnie zaintrygowała – zapowiedź kryminalnej historii podanej w lekkiej, komediowej formie brzmiała jak coś dokładnie dla mnie. I rzeczywiście, już po pierwszych minutach wiedziałem, że czeka mnie wieczór pełen świetnej zabawy, błyskotliwego humoru i nieoczywistej intrygi. Zapraszam Was więc do recenzji i oczywiście do zakupu biletów!
„Lily” na pierwszy rzut oka wygląda jak klasyczna komedia kryminalna – lekka, błyskotliwa i z dużą dozą stylu. Tytułowa bohaterka, Lily Piper, pracuje jako sprzątaczka w biurowcu, a jej rutynowy dyżur kończy się odkryciem… trupa szefa z nożem w plecach. Zanim jednak policja zdąży się pojawić ciało w tajemniczy sposób znika, a śledztwo trafia w ręce inspektora Baxtera – dawnego znajomego Lily. Wokół sprawy pojawia się cała plejada barwnych postaci: nie do końca pogrążona w żałobie żona, wiecznie rozbawiona maszynopistka, ekscentryczna sekretarka i kilku podejrzanie zachowujących się współpracowników.
Choć wszystko zaczyna się jak w klasycznym kryminale, szybko okazuje się, że to raczej pełnokrwista farsa niż mroczna opowieść o zbrodni. Akcja pędzi do przodu, trup znika i pojawia się w najbardziej absurdalnych momentach, a cała kryminalna intryga staje się pretekstem do świetnie rozpisanych gagów i inteligentnych dialogów. Tempo jest idealne – nie ma ani chwili nudy, a humor trafia dokładnie tam, gdzie trzeba.
W rolach głównych wystąpili znakomici aktorzy: Krystyna Janda, Mirosław Haniszewski, Piotr Machalica/ Krzysztof Stelmaszyk, Paweł Ciołkosz / Adam Serowaniec, Natalia Berardinelli/Agnieszka Krukówna, Magdalena Smalara, Mateusz Damięcki oraz Magdalena Lamparska/Vanessa Aleksander. To naprawdę imponujący skład – trudno byłoby dobrać lepszy, bo każdy z nich wnosi do spektaklu coś świeżego i charakterystycznego, a razem tworzą idealnie zgraną całość.

Lily, fot. Robert Jaworski

Lily, fot. Robert Jaworski
Największe wrażenie robi oczywiście Krystyna Janda, której rola to mistrzowskie połączenie lekkości, humoru i precyzji. Jej obecność na scenie to czysta przyjemność i przykład aktorstwa najwyższej próby. Na ogromne brawa zasługuje też Krzysztof Stelmaszyk, który w mojej wersji wcielił się w detektywa. Zagrał genialnie – przekonująco, naturalnie i z takim wyczuciem, jakby ta rola była napisana właśnie dla niego.
A co najważniejsze, mimo tak wyrazistych indywidualności naprawdę trudno wskazać kogokolwiek, kto odstawałby od reszty. To rzadki przypadek, kiedy cały zespół tworzy spójną, dopracowaną całość i od początku do końca gra na najwyższym poziomie.
Fabuła jest zabawna, lekka i – jak już wspomniałem – to naprawdę ciekawy kryminał. Oczywiście nie mamy tu do czynienia z historią w stylu Agathy Christie, ale też nie taki jest cel tego spektaklu. „Lily” ma przede wszystkim bawić i wciągać, a nie zmuszać do analizy każdego tropu i szukania głębokich znaczeń. I to się jej w pełni udaje – cała opowieść jest napisana z pomysłem i dystansem, dzięki czemu śledztwo w sprawie znikającego trupa ogląda się z uśmiechem od początku do końca. To ten typ spektaklu, który potrafi rozbawić i zainteresować właściwie każdego, niezależnie od wieku czy teatralnego doświadczenia. Warto jednak mieć z tyłu głowy, że pojawia się tu trochę przekleństw – nie są nachalne ani przesadzone, ale sprawiają, że najmłodszych widzów lepiej zostawić tym razem w domu.
Scenografia w „Lily” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła – jest oszczędna, ale przygotowana ze smakiem i dużym wyczuciem. Zamiast przesadnie rozbudowanych dekoracji mamy tu minimalistyczne wnętrze biura, które dzięki pomysłowym rozwiązaniom staje się plastyczną i elastyczną przestrzenią dla akcji. Ruchome drzwi, proste meble i subtelna gra świateł tworzą tło, które nie przytłacza, ale świetnie współgra z tempem i humorem całego spektaklu. Dzięki temu całość ogląda się z dużą przyjemnością – scenografia nie odciąga uwagi od aktorów, tylko idealnie dopełnia opowiadaną historię. Początkowo spektakl miał drobne problemy z dźwiękiem, ale ten mankament na pewno został poprawiony w późniejszych przedstawieniach. Wszystko słychać i widać z każdej strony – trudno się o cokolwiek przyczepić.
„Lily” to spektakl, który zdecydowanie warto zobaczyć – lekki, zabawny, pełen energii i świetnie zagrany. To idealna propozycja na wieczór w teatrze, jeśli szukacie dobrej rozrywki z nutą kryminalnej intrygi i solidnej dawki inteligentnego humoru. Ja bawiłem się znakomicie i z czystym sumieniem mogę polecić ten tytuł każdemu, kto lubi teatr w najlepszym wydaniu.
Warto się jednak pospieszyć – bilety na najbliższe listopadowe spektakle powoli się kończą, więc tu naprawdę obowiązuje zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. A znajdziecie je w cenie od 90 do 180zł tutaj. Ja ze swojej strony polecam, na pewno wrócę!
Lily, fot. Robert Jaworski














