Skip to main content

Kiedy usłyszałem o „Ślubie w ogniu”, spodziewałem się przynajmniej lekkiej komedii akcji. Tajna agentka jako druhna na weselu brzmiała jak całkiem sensowny punkt wyjścia do czegoś zabawnego i niezobowiązującego. Niestety bardzo szybko okazało się, że film kompletnie nie potrafi wykorzystać tego pomysłu. Zamiast śmiechu i rozrywki pojawił się głównie niedosyt i narastające zażenowanie. Już w trakcie seansu miałem wrażenie, że oglądam produkcję bez wyraźnego kierunku, co szczególnie zaskakuje, biorąc pod uwagę, że film był promowany jako hit Amazon Prime. Humor nie trafia, akcja nie wciąga, a całość sprawia wrażenie chaotycznej i niedopracowanej. Po seansie trudno było mi uwierzyć, że to faktycznie skończony film, a nie projekt wypuszczony do dystrybucji bardziej z rozpędu niż z przekonania.

Główna bohaterka, Sam grana przez Rebel Wilson, to tajna agentka, która porzuca zawodowe obowiązki, żeby polecieć na ślub swojej najlepszej przyjaciółki. Akcja rozgrywa się na tropikalnej wyspie i na papierze wszystko wygląda obiecująco, zwłaszcza że zwiastuny mocno grały klimatem wakacyjnej komedii. Szybko jednak okazuje się, że zamiast luzu i zabawy dostajemy eskalujący chaos, który kompletnie wymyka się spod kontroli. Film ewidentnie próbuje być czymś na styku akcji i ślubnej farsy, chwilami aż za bardzo mrugając w stronę klasyki pokroju Szklana pułapka, tyle że przeniesionej na salę weselną. Problem w tym, że ta mieszanka nie działa, a całość wypada raczej jak blady, tańszy krewny produkcji z Jennifer Lopez czyli Wystrzałowego wesela niż samodzielna, świeża propozycja. Oś fabularna jest prosta i przewidywalna, ale nawet ona zostaje szybko rozmyta przez chaotyczne decyzje scenariuszowe, które bardziej irytują niż bawią.

Niestety, niewielu aktorów wychodzi z tego starcia obronną ręką. Rebel Wilson jako Sam sprawia wrażenie kompletnie zmęczonej tym zadaniem. Jej lekkość i komediowy timing, które pamiętam jeszcze z Bridesmaids, gdzieś po drodze zniknęły. Zamiast tego dostajemy bohaterkę rzucającą żarty bez przekonania i wyglądającą na szczerze zdziwioną, że scenariusz każe jej brać udział w scenach walki.

Anna Camp w roli panny młodej Betsy ma zwyczajnie za mało do zagrania. Kilka razy próbuje nadać scenom tempo, ale jej postać szybko ginie w chaosie i przestaje mieć realne znaczenie. Anna Chlumsky jako Virginia głównie krzyczy i panikuje, jednak trudno doszukać się w tej roli jakiejkolwiek sensownej motywacji czy komediowej funkcji. Najbardziej boli zmarnowanie Da’Vine Joy Randolph, świeżo po Oscarze za Przesilenie zimowe. Jej Lydia pojawia się epizodycznie, jakby twórcy w połowie filmu przypomnieli sobie, że mają w obsadzie kogoś naprawdę utalentowanego, ale nie mieli już pomysłu, co z nią zrobić.

Wśród mężczyzn najbardziej zapada w pamięć Stephen Dorff jako szef bandytów. Wygląda odpowiednio groźnie, ale scenariusz nie daje mu przestrzeni, by zbudować jakiekolwiek realne napięcie. Na niewielki plus można zaliczyć Sherry Colę jako szefową agencji, która próbuje wprowadzić odrobinę suchego humoru, ale i ona tonie w przytłaczającej nijakości reszty obsady. W efekcie trudno wskazać kogokolwiek, kto faktycznie bawi, angażuje albo ratuje film. Nawet próby komediowych duetów z Rebel Wilson nie są w stanie wyciągnąć tej historii z bagna.

Miałem nadzieję chociaż na niezobowiązującą rozrywkę, a dostałem film, który zwyczajnie boli w trakcie oglądania. Serio, niemal każda minuta seansu była męcząca, a o śmiechu nie było mowy. Pomysł na „komedię akcji na weselu” wygląda jak coś, co znudziło się samym twórcom jeszcze w trakcie realizacji. Dialogi są kompletnie płaskie, reakcje bohaterów oderwane od logiki, a jakiekolwiek napięcie praktycznie nie istnieje. Zamiast się bawić, siedziałem coraz bardziej zrezygnowany.

Pojedyncze sceny walki potrafią na moment podnieść tempo, ale ich absurdalne wykonanie wywołuje raczej zażenowanie niż ekscytację. I nie chodzi nawet o to, że to kino niskiej próby. Gorzej, że nie jest na tyle złe, żeby bawić niezamierzoną nieporadnością. „Ślub w ogniu” miał być lekką rozrywką z fajerwerkami, a skończył się seansowym zmęczeniem i myślą, która wracała do mnie jeszcze po napisach końcowych: po co ja to w ogóle oglądałem.

Humor w „Ślubie w ogniu” nie działa w ogóle – próby dowcipu są słabe, żarty padają w kompletnie złych momentach, a większość scen przypomina pustą bieganinę bez rytmu i sensu. Fabuła również nie trzyma się logiki, bo film pełen jest absurdów sprawiających wrażenie, jakby scenariusz powstawał bez kontroli i konsekwencji, a konflikt między przyjaciółkami okazuje się podręcznikowo banalny, podczas gdy motyw walki na weselu szybko zamienia się w chaotyczną i całkowicie przewidywalną sieczkę. Akcja działa tylko częściowo – pojedyncze sceny obrony gości potrafią na moment przyciągnąć uwagę, zwłaszcza fragment w kuchni z udziałem Rebel Wilson, który jest jedynym wyraźniejszym przebłyskiem energii w całym filmie, ale nawet on szybko traci sens i zamiast napięcia wywołuje znużenie. Obsada jako całość kompletnie się nie sprawdza, bo zamiast zgranego zespołu dostajemy bezbarwną masę postaci bez charakteru, a nieliczne momenty Stephena Dorffa czy Sherry Coli są zdecydowanie zbyt słabe, by cokolwiek uratować. Jedynym elementem, który działa choćby minimalnie, pozostaje sceneria wesela – tropikalna lokalizacja i dekoracje są przyjemne dla oka i pozwalają na chwilę zawiesić wzrok na widokach, jednak żaden dialog ani żadna scena nie potrafią sensownie wykorzystać tego wizualnego potencjału.

„Ślub w ogniu” teoretycznie mógłby być skierowany do fanów Rebel Wilson, choć mam wrażenie, że nawet oni mogą poczuć się rozczarowani, bo jej charakterystyczna energia pojawia się tu tylko przelotnie i raczej nie wystarcza, by utrzymać zainteresowanie. Być może coś znajdą tu osoby szukające absolutnie lekkiej, bezmyślnej rozrywki, takiej do włączenia w tle, bez żadnych oczekiwań i bez potrzeby śledzenia fabuły, choć nawet wtedy trudno mówić o satysfakcji. Film może też trafić do wąskiego grona widzów, którym brakuje ślubno-kryminalnej konwencji znanej z dużo lepszego (J.LO) Wystrzałowego wesela i którzy są gotowi przymknąć oko na tandetę, chaos i brak pomysłu. Dla wszystkich szukających po prostu dobrego kina odpowiedź jest prosta – to nie ten adres, bo nie ma tu ani historii, ani emocji, ani rozrywki na sensownym poziomie.

Czy warto? W mojej ocenie zdecydowanie nie. Scenariusz jest boleśnie sztampowy, realizacja ospała, a całość sprawia wrażenie filmu zrobionego bez energii i przekonania. Nawet wysiłki aktorów nie są w stanie tego uratować, bo fabuła nie ma sensu, sceny akcji wyglądają tanio, a tempo skutecznie zabija resztki zaangażowania. Zamiast lekkiej zabawy dostajemy frustrację i poczucie straconego czasu.

Podobieństwa do Wystrzałowego wesela z Jennifer Lopez są tak oczywiste, że trudno je zignorować. To już nie jest luźna inspiracja ani zabawa znanym schematem, tylko nieudolna próba powtórzenia czegoś, co wcześniej zadziałało dużo lepiej. Bez energii, bez lekkości i bez pomysłu, który usprawiedliwiałby istnienie tego filmu. W efekcie „Ślub w ogniu” ląduje wśród największych rozczarowań, jakie ostatnio zaliczyłem. Zamiast bawić i odprężać, męczy i irytuje, zostawiając po seansie nieprzyjemne poczucie straconego czasu. Jeśli szukacie kina, które faktycznie daje frajdę i pozwala oderwać się od rzeczywistości, ten tytuł lepiej omijać szerokim łukiem.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply