Skip to main content

To jest „Lalka”, na którą naprawdę warto iść – tylko nie z myślą o maturze. Raczej po to, żeby trochę posprzeczać się z Prusem i sprawdzić, jak bardzo jego świat dalej nas dotyczy. Teatr Dramatyczny mam wysoko na swojej liście pewniaków. To jedno z tych miejsc przy Placu Defilad, gdzie idzie się trochę w ciemno, ale z poczuciem, że wieczór i tak będzie „jakiś” – nawet jeśli zamiast relaksu dostaniesz coś, co cię lekko podrażni. Na „Lalkę” czaiłem się od dawna. Klasyk totalny, ale moment na powrót idealny – wokół robi się z tego mały renesans, bo zaraz dostaniemy i kinową superprodukcję, i serialową wersję od Netfliksa. Prus znowu jest na świeczniku. Na spektakl zostałem zaproszony przez Teatr Dramatyczny – i to jest ten moment, w którym mówię wprost: dziękuję!

Wersja „pod maturę” jest prosta: Stanisław Wokulski – kupiec z przeszłością powstańca – wraca z zesłania, dorabia się i zakochuje bez pamięci w Izabeli Łęckiej. Ona z kolei bardziej kocha salony niż ludzi. Przy okazji Lalka pokazuje pełen przekrój warszawskiego społeczeństwa końca XIX wieku – od biedy Powiśla po arystokratyczną fasadę bogatego życia I gdzieś między tym wszystkim krąży pytanie: czy w świecie napędzanym pieniędzmi w ogóle jest jeszcze miejsce na sens pracy i miłości?

Spektakl w Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy bierze na warsztat Wokulskiego, Łęcką, Rzeckiego, proces o lalkę, napoleońskie obsesje – ale przekłada go na rzeczywistość, która momentami wydaje się bliższa nam niż Prusowi. I to nie na zasadzie taniego „uwspółcześnienia”, tylko raczej przesunięcia akcentów w stronę czegoś niepokojąco aktualnego. Klucz do tej interpretacji jest dość bezlitosny: to historia świata po przegranej wojnie. Takiego, w którym bohater wraca z frontu nie jako romantyczny idealista, tylko ktoś wyraźnie połamany – psychicznie i moralnie. Wokulski w tej wersji (grany przez Marcina Bosaka) ma za sobą nie tylko Irkuck, ale i doświadczenie wojny oraz biznesu zbudowanego na cudzym cierpieniu. Brzmi znajomo – tylko zamiast XIX wieku mamy tu mechanizmy, które aż za dobrze pasują do dzisiejszego świata.

W tej układance Izabela Łęcka też się zmienia. Nie jest już tylko „ładną, pustą arystokratką”. Bardziej kimś z kręgu sztuki współczesnej – kuratorką, edukatorką, przewodniczką po świecie liberalnej elity. Ból kobiet zostaje przerobiony na materiał – coś, co można pokazać, opowiedzieć, a przy okazji sprzedać. Spektakl tego nie wygładza, nie tłumaczy. Raczej podsuwa to widzowi pod nos i zostawia z pytaniem: „okej, i co teraz z tym zrobisz?”.

Problem – ale jednocześnie największa siła tej interpretacji – polega na tym, że to nie jest spektakl, który da się „rozpisać” pod maturę. Akcja dzieje się gdzieś pomiędzy XIX wiekiem a nieodległą przyszłością, bohaterowie mają inne role, a cały kontekst polityczny i ekonomiczny jest przepisany na język współczesnej Europy funkcjonującej pod rosyjskim naciskiem. Do tego dochodzi ciekawy, ale momentami wymagający zabieg: sporo dialogów pada wprost z Lalka, tylko że w zupełnie innych konfiguracjach – w innych sytuacjach i często w ustach innych postaci. Jeśli znasz książkę, zaczynasz to składać i łapać sensy między wierszami. Jeśli nie -dostajesz raczej gęsty, momentami celowo chaotyczny kolaż niż klasycznie poprowadzoną historię.

Spektakl bardzo wyraźnie rysuje linię podziału między mężczyznami a kobietami. Ci pierwsi siedzą w loży świata – polityki, pieniędzy, broni. Te drugie najpierw funkcjonują jako publiczność, oprowadzana po muzeum, żeby chwilę później same stać się częścią widowiska. Najmocniej wybrzmiewa to w sekwencji „teatru w teatrze” w drugim akcie. Mężczyźni zasiadają jak na pokazie mody, a kobiety odtwarzają przed nimi proces o lalkę. Ich dramat zostaje sprowadzony do numeru w programie – czegoś, co można obejrzeć, ocenić, skomentować. Trochę jakby ktoś wyjął emocje z kontekstu i sprzedał je jako produkt. Łęcka przechodzi tu chyba najciekawszą drogę. Zaczyna jako historyczka sztuki i przewodniczka po nowoczesnym muzeum, ale z czasem przesuwa się w stronę roli kogoś znacznie bardziej niepokojącego. Z osoby, która „wprowadza kobiety do kultury”, staje się kimś, kto wystawia je na pokaz – zamieniając w kolejne „lalki” w systemie napędzanym przemocą i kapitałem. I tu tytuł Lalka przestaje być metaforą, a zaczyna działać dosłownie. Kobiety są jednocześnie bohaterkami, eksponatami i surowcem – czymś, co można wykorzystać, przetworzyć, sprzedać. Spektakl nie zostawia tu za bardzo miejsca na komfortową interpretację. Pokazuje raczej, jak łatwo nawet takie idee jak feminizm czy sztuka zaangażowana mogą zostać przejęte przez tych, którzy i tak kontrolują zasady gry.

Obsada tej „Lalki” to zestaw nazwisk, które na warszawskich scenach są od lat – i czuć, że dobrze wiedzą, co robią.

Stanisław Wokulski w wykonaniu Marcina Bosaka jest daleki od szkolnego wyobrażenia bohatera romantyczno-pozytywistycznego. To człowiek rozbity, momentami ocierający się o egzaltację, ale przede wszystkim pozbawiony złudzeń. Nie tyle walczy o sens, co raczej sprawdza, gdzie kończy się system i ile jeszcze sam jest w stanie wytrzymać. Marta Ojrzyńska jako Izabela Łęcka odcina się od „kruchej panienki” bez żalu. Jej Łęcka jest świadoma, dobrze osadzona we współczesnym języku i bardzo sprawna w zarządzaniu rzeczywistością – zarówno tą wokół siebie, jak i własnym wizerunkiem. Mówi o feminizmie, kuratoruje świat, ale jednocześnie coraz wyraźniej widać, że sama wpada w mechanizm, w którym cudze ciało staje się walutą. Robert T. Majewski jako Tomasz Łęcki świetnie łączy starą arystokratyczną pozę z kompletnym brakiem kręgosłupa. To ktoś, kto sprzedaje własną córkę jak towar – i robi to z uśmiechem człowieka, który dawno przestał odczuwać wstyd. Waldemar Barwiński w roli Szumana idzie w stronę artysty-konceptualisty, który z mieszanki cynizmu i fascynacji robi narzędzie pracy. Przetwarza cudzą traumę w instalacje, a przy okazji podsuwa Wokulskiemu coraz bardziej „kreatywne” sposoby zarabiania na cudzym upadku. Najmocniejszy aktorsko jest drugi akt – proces o lalkę. Katarzyna Herman jako baronowa Krzeszowska i Małgorzata Witkowska (w dublurze z Anną Gajewską) jako Stawska wyciągają z tego materiału coś, czego często w szkolnym czytaniu nie widać – czystą frustrację, złość i bezsilność. Te postaci przestają być etykietkami typu „histeryczna hrabina” czy „dzielna matka”, a zaczynają naprawdę istnieć. Ignacy Rzecki w interpretacji Piotra Siwkiewicza jest cichym centrum całego spektaklu. Raz kronikarz, raz urzędnik za ladą, raz po prostu zmęczony człowiek, który próbuje jeszcze coś poukładać w świecie, który dawno przestał mieć sens. Szczególnie zapadają w pamięć jego dłonie – pokazywane na żywo kamerą – bo to one przypominają, że cały ten system stoi na czyjejś pracy. Żmudnej, niewidocznej, zupełnie pozbawionej splendoru. No i oczywiście Mariusz Drężek jako Suzin, ale pracy tego aktora nikomu nie trzeba przedstawiać. To oczywiście nie wszystkie role, ale wszystkich wymienić nie sposób.

Scenografia i kostiumy Justyny Elminowskiej robią tu robotę równą tekstowi – momentami mam wrażenie, że to one prowadzą spektakl, a nie odwrotnie. Akcja rozgrywa się w przestrzeniach stylizowanych na sąsiadujące z teatrem Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Obrotowa scena odsłania kolejne sale, gabinety, korytarze – wszystko utrzymane w chłodnej, geometrycznej estetyce, która kojarzy się jednocześnie z brutalizmem i bezosobowym lobby korporacji. To nie jest dekoracja „ładna dla oka” – raczej przestrzeń, która od razu ustawia ton: zimno, sterylnie, bez miejsca na komfort. Na tym tle pojawiają się instalacje – „Włosy kobiet ze wszystkich frontów wojny”, srebrzone eksponaty, projekcje na ekranach. Całość wygląda jak wystawa, na którą spokojnie mógłbyś zejść piętro niżej po spektaklu. Tylko że tutaj granica się rozjeżdża, bo eksponatem staje się też człowiek. Kostiumy idą dokładnie w tym samym kierunku. Epoki się mieszają: są garnitury jak z dzisiejszego świata polityki i biznesu, są elementy mundurowe, są detale, które przywołują klimat Peaky Blinders. I to działa – bo zamiast „historycznej stylizacji” dostajesz świat, w którym elegancja jest tylko cienką warstwą, a pod spodem cały czas coś nieprzyjemnie buzuję.

Za muzykę odpowiada Krzysztof Kaliski i to naprawdę słychać. To nie jest tło „do jednego ucha”, tylko pełnoprawna warstwa, która wchodzi w spektakl z buta i dopowiada to, czego bohaterowie nie mówią wprost. Pojawiają się zarówno autorskie kompozycje, jak i znane motywy – od Sergeia Prokofieva („Romeo i Julia”) po Sandrę i jej „Marię Magdalenę”. I to nie są subtelne cytaty w tle – raczej coś, co momentami działa jak emocjonalny nacisk. Trochę manipulacja, trochę świadomy zabieg, który ma cię wybić z komfortu i sprawić, że poczujesz się bardziej uczestnikiem niż obserwatorem.

Powiedzmy to wprost: na tej Lalkce nie zdasz matury – i to jest całkowicie okej. Spektakl zakłada, że książkę już znasz. Jeśli nie, nie będzie się specjalnie tłumaczył – skacze po wątkach, przepisuje bohaterów na współczesność, a fragmenty Prusa wkłada w usta postaci, które w powieści nigdy ich nie wypowiadały. Dla licealistów liczących na „powtórkę z lektury” to może być jednak męczące. Tym bardziej, że spektakl nie unika cięższych tematów: przemocy (tej symbolicznej i całkiem dosłownej), aluzji politycznych, ironicznego rozbrajania naszej narodowej narracji i całego pakietu „-izmów” – od kapitalizmu po feminizm. To jest „Lalka” bliska awangardy – kolażowa, momentami celowo niewygodna, z autoironią skierowaną też w stronę widowni (łącznie z sugestią, żeby wyjść, jeśli komuś przeszkadza rosyjska muzyka). Raz wybija z rytmu, innym razem wciąga konsekwencją swojej wizji.

Ale jeśli masz Prusa już „ogarniętego” i szukasz czegoś, z czym można się pospierać – to tutaj to dostaniesz. Ten spektakl nie kończy się razem z finałem. On jeszcze chwilę siedzi w głowie, szczególnie w tych momentach, kiedy kobiety przejmują scenę i nagle wszystko zaczyna ważyć trochę więcej.

Spektakle popremierowe: 15, 16, 29, 30 kwietnia; 27, 28, 29, 30, 31 maja; 3, 4, 5 lipca.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply