Na Dramę szedłem już z konkretnym nastawieniem – głównie przez obsadę. Lubię Zendayę za jej robotę w Euforii i energię, którą wnosiła do Króla rozrywki, a Robert Pattinson po Batmanie kupił mnie już kompletnie. Sam seans zapowiadał się więc jak idealna opcja na wieczorny wypad do kina – trochę randkowy klimat, trochę „film dla przyjemności”. Tym bardziej że Monolith Films naprawdę się postarało i zrobiło wokół tego pokazu małe wydarzenie: ślubny dress code, muzyka, szampan, cały ten lekko przerysowany, ale bardzo klimatyczny vibe.
I może właśnie dlatego zderzenie z samym filmem było dla mnie tak dziwaczne i trudne do jednoznacznej oceny.
The Drama to ten typ filmu, po którym wychodzę z sali i myślę sobie – kurczę, wszystko tu wygląda jak rasowa, dopieszczona produkcja (chociaż kameralna), a jednocześnie cały ciężar opowieści wisi na jednym, dość idiotycznym pomyśle, który skutecznie podcina mu skrzydła. Z jednej strony jest chemia znanych twarzy, solidne rzemiosło, fajna muzyka i montaż, który trzyma to w ryzach, a z drugiej – fabularny gwóźdź programu, który wbija się prosto w mój zmysł logiki i wyobraźnię widza spoza amerykańskiej bańki kulturowej.
Zanim jednak przejdę do narzekania, zacznijmy od samego szkieletu. Mamy amerykański film, który formalnie sprzedaje się jako romantyczna komedia, ale bardzo szybko skręca w rejony dramatu relacyjnego, miejscami całkiem gęstego emocjonalnie. W centrum jest para – młoda, zdolna, z zewnątrz idealnie poukładana. Ona gdzieś na styku literatury i świata książek, on osadzony w tym bardziej „inteligenckim”, artystycznym środowisku dużego miasta. Formalnie – wszystko się zgadza: ładni, ogarnięci, na progu wspólnego życia. Do ślubu zostało raptem kilka dni, wokół przygotowania, rodzinne napięcia, drobne fochy, które każdy, kto był choć raz blisko weselnego kotła, rozpozna od razu.
Fabuła wchodzi na właściwe tory w momencie jednej z towarzyskich posiadówek, kiedy ktoś rzuca pomysł niewinnej zabawy w wyznania. Chodzi o to, żeby opowiedzieć o najgorszej rzeczy, jaką się w życiu zrobiło – w teorii dla śmiechu, w praktyce jako pretekst do lekkiego grzebania komuś w głowie. I tu coś zaczyna się sypać. Jedno z wyznań pada trochę zbyt serio, trochę zbyt szczerze. I zmienia wszystko. Od tego momentu film przestaje być komedią o ślubie nieporadnych bohaterów, a zaczyna o tym, jak jedno, nie do końca uchwytne doświadczenie potrafi rozjechać się z czyjąś moralnością, wyobrażeniem o partnerze i własnym obrazem siebie. I to jest ten moment, w którym wszystko powinno wejść na wyższy poziom. Tyle że – i tu zaczyna się problem – im dłużej to trwa, tym bardziej mam wrażenie, że cała ta emocjonalna bomba jest w gruncie rzeczy wydmuszką.
Jeśli chodzi o aktorstwo, tu nie ma większych wpadek – raczej kwestia tego, na ile materiał daje im się rozpędzić.
Zendaya jest naturalnym centrum filmu i robi dokładnie to, do czego już zdążyła przyzwyczaić. Gra głównie drobnymi rzeczami – spojrzeniem, napięciem, takim lekkim wycofaniem. Emocje są, ale rzadko wychodzą na wierzch wprost. I to działa, tylko momentami mam wrażenie, że wchodzi w tryb, który już dobrze znam – trochę odcięta, trochę przygaszona, trochę „zamknięta w sobie”. Trzyma poziom, ale trudno mówić o jakimś zaskoczeniu. Robert Pattinson ma teoretycznie ciekawszą przestrzeń do grania, bo jego bohater częściej zderza się z emocjami i sytuacją, nad którą traci kontrolę. I faktycznie – kiedy schodzi z tej bardziej „ułożonej” wersji siebie, wypada najlepiej. Problem w tym, że im dalej w film, tym bardziej czuć, że próbuje dopowiedzieć coś, czego scenariusz do końca nie unosi. Jest w tym wysiłek, są detale, ale nie zawsze przekłada się to na wiarygodność. Reszta obsady to raczej tło – znajomi, rodzina, kilka wyraźniejszych twarzy, ale bez większej przestrzeni, żeby wyjść poza funkcję „dopełnienia scen”. Wszystko stoi na tej dwójce i oni to dźwigają, tylko nie zawsze mają na czym.
Moje wrażenia z seansu to klasyczna sinusoida. Pierwsze pół godziny naprawdę wciąga – narracja ma rytm, dialogi brzmią naturalnie, montaż dobrze podbija nerwowość przygotowań, a przy okazji wpada sporo takiego „życiowego” humoru, wynikającego bardziej z niezręczności niż z żartów. Kulminacja przy tej nieszczęsnej zabawie w wyznania to jeszcze moment, w którym film działa tak, jak powinien. Czuć napięcie, kamera ładnie pracuje między postaciami, ktoś coś rzuca niby od niechcenia, ale atmosfera zaczyna gęstnieć. Tu wszystko się spina. Problem zaczyna się później, kiedy historia zaczyna kręcić się w kółko wokół konsekwencji tego jednego momentu. I nagle okazuje się, że ciężar emocjonalny, który film próbuje budować, nie do końca ma na czym stać. Bez wchodzenia w szczegóły – skala dramatu wydaje się mocno napompowana względem tego, co faktycznie jest jego źródłem. Do tego dochodzi zgrzyt kulturowy. Pattinson nie jest tu nawet Amerykaninem, a mimo to reaguje dokładnie tak, jakby była częścią tego samego środowiska i tych samych schematów myślenia. Zamiast ciekawego kontrastu dostajemy ujednolicenie reakcji, które po czasie zaczyna brzmieć po prostu mało przekonująco.
I tu dochodzimy do tego, co w Dramie działa, a co wyraźnie się rozjeżdża.
Na plus – realizacja. Film jest dobrze zmontowany, tempo w większości scen trzyma poziom, a przejścia między teraźniejszością a retrospekcjami są czytelne i momentami naprawdę pomysłowe. Te powroty do przeszłości pojawiają się jak przebłyski – krótkie, urwane obrazy, które wchodzą dokładnie wtedy, gdy bohaterowie próbują coś sobie poukładać w głowie. Dzięki temu czuć, że oni nie funkcjonują liniowo, tylko cały czas są zawieszeni między tym, co było, a tym, co dopiero nadchodzi. Dobrze spina to muzyka – raz lekka, niemal niewinna, innym razem podkręcająca napięcie w tych cichych, niezręcznych scenach. A jeszcze innym razem sprytnie oszukująca widza – co musicie usłyszeć. Działa też sam punkt wyjścia. Wątpliwości przed ślubem to temat, który właściwie sam się broni – naturalnie wyciąga na wierzch rzeczy, o których na co dzień się nie mówi. Film jest najlepszy wtedy, gdy po prostu obserwujemy, jak bohaterowie próbują to nazwać – czasem się raniąc, czasem trafiając w coś zaskakująco szczerego. W tych momentach naprawdę widać potencjał na coś bardziej przenikliwego.
Problem w tym, że im dalej, tym mniej jest w tym subtelności. Z czegoś stosunkowo prostego robi się ciężki, napompowany dramat, który próbuje udźwignąć za dużo naraz. Scenariusz nie bardzo potrafi odpuścić – zamiast zostawić przestrzeń, ciągle wraca do tego samego punktu i mieli go na różne sposoby. Te same emocje, te same wątpliwości, tylko podane w trochę innej formie. W pewnym momencie zaczyna to sprawiać wrażenie, jakby bohaterowie sami nakręcali się coraz bardziej, choć fundament tej całej historii wcale nie jest aż tak mocny, jak film próbuje nam wmówić. Zaznaczę tutaj jednak temat mojej własnej nieczułości (bez spoilerów): Problem, o którym rozmawiają jest realny i faktycznie jest drażliwy w USA, natomiast kontekst i upór, zwłaszcza postaci drugoplanowych w ciągłym wałkowaniu go jest po prostu bez sensu. Tak jak i konsekwencje ich zachowań.
Przez to wszystko Drama zaczyna tracić wiarygodność. Nie dlatego, że emocje są przesadzone – to w kinie często działa – tylko dlatego, że punkt wyjścia zwyczajnie nie unosi tego ciężaru. Zamiast czegoś, co naprawdę prowokuje do myślenia, dostajemy problem mocno osadzony w konkretnym kontekście kulturowym i jeszcze głównie w warstwie teoretycznej – gdyby czyny były realne, reagowałbym również inaczej. A tu nie były. Co totalnie wybiło mnie z rytmu i mocno, być może za mocno – zirytowało.
To film raczej dla tych, którzy lubią gadane historie o związkach, długie rozmowy i napięcie budowane w dialogach. Jeśli jednak liczysz na coś lżejszego albo masz mało cierpliwości do ciągłego analizowania emocji, to może być męczące doświadczenie.
To film przede wszystkim dla widzów, którzy lubią kino oparte na rozmowach i emocjonalnych przepychankach, a nie na akcji. Dla tych, którzy mają cierpliwość do bohaterów rozkładających swoje uczucia na czynniki pierwsze i nie oczekują szybkich odpowiedzi. Sprawdzi się u osób, które lubią obserwować relacje w stanie rozkładu – takie, gdzie więcej jest napięcia niż romantyzmu, a każda rozmowa może skręcić w coś niewygodnego. To też propozycja dla tych, którzy cenią sobie samą obecność aktorów i ich ekranową chemię – nawet jeśli scenariusz nie zawsze daje im idealne pole do popisu. Jeśli ktoś lubi, kiedy film romansowy skręca w bardziej duszne, momentami niekomfortowe rejony i nie boi się zostawić widza bez jasnych odpowiedzi, tu znajdzie coś dla siebie. Ale jeśli szukasz historii, która prowadzi od punktu A do B bez zbędnego krążenia, albo oczekujesz, że emocje będą proporcjonalne do wydarzeń – wtedy może to być seans, który bardziej męczy niż wciąga.
Wyszedłem z Dramy z mieszanką uznania dla rzemiosła i lekkiego znużenia. Nie jest to coś, co będę polecał w ciemno, ale nie będę też zbytnio go od radzał, bo wszyscy budujemy własne zdanie samodzielnie – w dzisiejszych czasach pozostaje nam jedynie kwestia czy chcemy na coś wydać pieniądze czy raczej poczekamy na VOD. A może kiedyś sam rzucę fragmentem tej recenzji na jakiejś imprezie podczas gry w wyznania i zobaczę ile osób mnie po tym znienawidzi. Moja ocena to 6/10, punkcik wyżej jeśli uwielbiasz Zendayę, Pattinsona lub tego typu ślubne klimaty – dajcie znać w komentarzach jak Wy odebraliście ten film.














