Fantastyczna Czwórka wraca i to w wielkim stylu – w klimacie retro. Marvel Studios, po przejęciu praw od Foxa, w końcu podjęło się wyzwania odczarowania tej ekipy (bo poprzednie filmy o F4 były średnie, a o niesławnym obrazie Rogera Cormana lepiej zapomnieć). Efekt? Dostajemy film osadzony w alternatywnych latach 60., w którym Pierwsza Rodzina Marvela przeżywa swoje debiutanckie przygody z dala od reszty MCU. Brzmi ryzykownie? A jednak – Pierwsze kroki okazały się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Choć nie czekałem na ten film jakoś szczególnie, miałem jednak całkiem dobre nadzieje. Czas, abym i ja – fan komiksów z lekkim sarkazmem w sercu – poddał ten film autopsji. Uprzedzam: będzie entuzjastycznie, choć nie obyło się bez przymrużenia oka.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to styl filmu. Matt Shakman zabiera nas do Nowego Jorku rodem z pocztówek Mad Men – tyle że z latającymi samochodami, robotem do pomocy domowej i gadżetami science-fiction z epoki analogowej. To retrofuturystyczna wizja lat 60., kompletnie odklejona od ponurego realizmu współczesnych superbohaterskich blockbusterów. Cała czwórka mieszka razem w dziwacznym high-tech apartamencie, który mógłby pochodzić z seriali takich jak Bewitched czy I Dream of Jeannie. Brzmi absurdalnie? I trochę takie jest – film momentami przypomina aktorskich Jetsonów. Mamy sceny, które wyglądają jak żywcem wyjęte z komiksowych paneli z tamtych lat: pastelowe kolory, „retro” komputery z migającymi światełkami i kosmiczne rekwizyty, jakby ktoś przefiltrował wizje przyszłości przez okulary lat 60. Jako widz muszę przyznać, że czuję już pewien przesyt tym wszechobecnym retrofuturyzmem – ile razy ostatnio popkultura wraca do vintage’owej stylistyki? Miałem lekkie obawy, że dostanę estetyczną wydmuszkę, kolejną jazdę na nostalgii. Jednak ku mojemu zaskoczeniu ten szalony retro klimat działa jak złoto – sprawia frajdę i nadaje filmowi unikalny charakter. Każdy kadr ocieka klimatem lat 60., ale z nowoczesnym, marvelowskim twistem – jakby Silver Age komiksów ożył na ekranie.
Co ważne, ta stylizacja to nie tylko popis wizualny dla samego popisu. Retro setting jest fabularnie uzasadniony – film rozgrywa się w alternatywnej linii czasowej (Earth-828), co sprawnie tłumaczy brak powiązań z Avengersami i resztą ekipy. Dla zmęczonych widzów (w tym mnie) to prawdziwe zbawienie: w końcu dostajemy film Marvela, który stoi na własnych nogach. Nie trzeba przed seansem odrabiać lekcji z 36 filmów i 28 seriali MCU, żeby zrozumieć, o co chodzi – fabuła jest samowystarczalna i przystępna. Marvel zdaje się dobrze rozumieć, że publiczność ma już dość tego całego multiwersum. Pierwsze kroki mają być nowym startem – powrotem do korzeni, ale w pozytywnym sensie. Okazało się, że wystarczyło sięgnąć po prostotę i urok starego komiksu, żeby tchnąć życie w skostniałą markę. Chociaż film jest osobny, to tak naprawdę zostanie sprytnie połączony z MCU, gdy przyjdzie czas na nowe Avengers – można na to narzekać, ale generalnie jest to świetny początek nowego rozdziału i to właśnie od Fantastycznej Czwórki możemy zacząć swoją przygodę.
Czy ten retro-komiksowy miszmasz przypadnie każdemu do gustu? Na pewno znajdą się tacy, którzy uznają to za zbyt dziecinne i oderwane od „prawdziwego świata”. Sam miałem takie wrażenie, gdy widziałem zwiastuny z tym bajeranckim Baxter Building i nutką The Jetsons. Jednak podczas seansu szybko zapomniałem o sceptycyzmie. Film ma w sobie niewinność i lekkość, jakiej dawno nie widziałem w MCU – buja w obłokach wyobraźni, ale robi to z pełną świadomością i humorem. Finałowa konfrontacja, jak to zwykle bywa, oferuje sporo cyfrowego chaosu (Galactus atakuje Ziemię, więc trudno, żeby było inaczej – spokojnie, miasta z AI też się sypią, jak to Marvel ma w zwyczaju). Jednak, co zaskakujące, nawet ten obowiązkowy trzeci akt pasuje do konwencji filmu i nie nuży tak, jak w wielu poprzednich produkcjach Marvela. Ba, powiem więcej: po raz pierwszy od dawna finał z kosmicznym zagrożeniem nie popsuł mi radości z seansu, bo świetnie wpasował się w ton całej historii.
Stylistyka to jedno, ale bohaterowie to serce Fantastycznej Czwórki – i tutaj Marvel naprawdę się postarał. Obsada mogła budzić wątpliwości na papierze (Pedro Pascal jako wiecznie rozciągnięty naukowiec? Naprawdę?), ale okazała się strzałem w dziesiątkę. Pascal nadał Reedowi Richardsowi ujmującą nerdowską aurę i ciepło – bo Mr. Fantastic to raczej mózg rodziny, niż typowy casanova z one-linerami. Vanessa Kirby jako Sue Storm absolutnie kradnie show. Jej postać to ostoja i emocjonalne centrum zespołu, a Kirby gra ją z taką charyzmą i sercem, że trudno jej nie docenić. To dlatego wiele osób uznało ją za MVP filmu, zauważając, że „każdą scenę potrafi zdominować inteligencją, ciepłem i siłą”. Joseph Quinn jako Johnny Storm bawi się ogniem – jego Ludzka Pochodnia jest pyskaty, ale nie przerysowany. Z kolei Ebon Moss-Bachrach w roli Bena Grimma (The Thing) to prawdziwy twardziel z sercem na dłoni, którego nie sposób nie polubić. Co ważne, cała czwórka ma między sobą chemię, jakby była najlepszą rodziną z najlepszych sitcomów. I rzeczywiście – czuć, że to zgrana paczka przyjaciół/rodziny, z typowymi sprzeczkami, żartami, ale też lojalnością do grobowej deski. Casting wydaje się wspaniały, bo wszystko zagrało wyśmienicie – muszę jednak zwrócić uwagę, że do odtwórcy roli Johnnego Storma nie mogę się przekonać i trudno mi na niego patrzeć – ae to już moja prywatna opinia.
Na szczególne brawa zasługuje tu dynamika Reed–Sue i Johnny–Ben. Czuć, że Reed i Sue to para z historią, z własnymi problemami, co dodaje zaskakująco sporo ciepła, jak na kino superbohaterskie. Johnny i Ben z kolei zapewniają humor – ale nie infantylny, tylko wynikający z ich charakterów (Ben jest jak sarkastyczny starszy brat przekomarzający się z narwanym młokosem Johnnym). Dzięki temu film chwilami rzeczywiście ogląda się jak familijną komedię z domieszką dramatu – zapominamy, że to opowieść o ludziach z supermocami, bo bardziej angażują nas ich relacje. I tu tkwi siła tej produkcji. Matt Shakman wziął sobie do serca lekcję z WandaVision (gdzie również bawił się konwencjami retro i rodziną) i postawił na bohaterów, nie na fajerwerki. Krytycy to dostrzegli: w recenzji Hollywood Reportera podkreślono „świeżą gotowość, by przekładać postacie nad kanonadę wymiennych sekwencji akcji CGI”. Innymi słowy – film daje nam kogoś, kogo obchodzi nasze serce, zanim zacznie bombardować nas kosmicznymi wybuchami.
Oczywiście, Marvel to Marvel – akcji i efektów nie brakuje, spokojnie. Galactus jako główny złoczyńca prezentuje się imponująco (to w końcu pożeracz planet o rozmiarach Godzilli). Silver Surfer w wykonaniu Julii Garner dodaje trochę melancholii i chłodnej tajemniczości – ich wątek z Johnnym Stormem to trochę „zakazana chemia”, szkoda tylko, że nie poświęcono mu więcej czasu. Czy antagoniści wypadają dobrze? Powiem tak: nie jest to nowy Thanos, ale tragedii też nie ma. Galactus robi wrażenie wizualnie (głęboki, basowy głos Ralpha Inesona idealnie podkreśla jego groźność) i rzeczywiście stanowi zagrożenie, choć nie oczekujcie od niego zbyt dużych pokładów głębi – to wciąż „zły kosmita” realizujący swój plan. Silver Surfer ma trochę więcej do zaoferowania, ale ostatecznie służy głównie jako emisariusz zniszczenia. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to finał rozgrywa się dość szybko – Galactus pojawia się późno i nie ma czasu na pełne rozwinięcie jego wątku czy jakiegoś mocniejszego zarysu historii. Jestem trochę rozczarowany trzecim aktem, bo ostatnio u Marvela finały coraz częściej kuleją – zwykle brakuje im głębi, a wszystko dzieje się za szybko. No i to też problem stworzyć atrakcyjne starcie z tak ogromnym przeciwnikiem, świetnie to rozumiem, ale jednak trochę tu poszli na łatwiznę.
Muszę to powiedzieć wprost: Fantastyczna Czwórka: Pierwsze kroki to najbardziej komiksowy film Marvela, jaki dotąd powstał. I mówię to jako komplement. Oglądając go, miałem wrażenie, że to adaptacja zeszytu z lat 60. – w tym filmie jest pewna naiwność i prostolinijność, która okazała się cudownie odświeżająca. Zamiast kolejnej ironicznej dekonstrukcji gatunku czy mroku udającego dojrzałość, dostaliśmy historię o bohaterach z misją, którzy są szczerymi ludźmi do bólu. Ten film ma serce na dłoni. Nie wstydzi się bycia bohaterskim w starym stylu, z przesłaniem o jedności i nadziei. W cynicznych czasach to może trącić myszką, ale kurczę… chyba teraz właśnie takich herosów potrzebujemy. Sam złapałem się na tym, że zamiast przewracać oczami, autentycznie kibicowałem Fantastycznej Czwórce w ich starciu o losy świata. Dawno Marvel nie dał mi tego uczucia czystej, dziecięcej frajdy z patrzenia, jak dobro walczy ze złem bez milionowych podtekstów.
Czy film jest pozbawiony wad? Nie, znajdą się pewne. Scenariusz bywa łopatologiczny, dialogi momentami trącą komiksowym banałem (czasem miałem wrażenie, że zaraz pojawią się dymki z tekstem nad głowami bohaterów). Tempo opowieści w środku filmu lekko siada – klasyczny drugi akt, który cierpi na syndrom budowania ekspozycji przed wielkim finałem. Pierwsze kroki nie są żadną rewolucją superbohaterskiego kina. Jeśli ktoś liczył na kompletny przewrót konwencji, może poczuć niedosyt. Marvel gra tu raczej bezpiecznie z narracją, mimo odważnej stylizacji retro. Fabuła jest prosta, przewidywalna w ogólnym zarysie, a kto zna komiksy, ten mniej więcej wie, dokąd to wszystko zmierza. Ale wiesz co? Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Ba, uważam, że ta przewidywalność jest częścią uroku – dokładnie tak, jak w starych komiksach, gdzie nie chodziło o to, co opowiedziano, ale jak. Tutaj liczy się podróż z bohaterami i stylowa otoczka, a nie wymyślny plot twist co 15 minut.
Czy wyszedłem z kina z bananem na twarzy? Tak. Czy były momenty, kiedy parsknąłem śmiechem z lekką ironią? Też tak – ale to był śmiech życzliwy. Fantastyczna Czwórka: Pierwsze kroki to film, który świadomie balansuje na granicy campu i szczerej przygody, dostarczając rozrywki w starym, dobrym stylu. To zdecydowanie najbardziej komiksowy Marvel w historii – miejscami naiwny, kolorowy, prostoduszny – i chwała mu za to. Owszem, moje cyniczne „ja” mogłoby ponarzekać, że retrofuturyzm jest aż nazbyt dopieszczony, a fabuła ciosa banałem. Ale po co, skoro dawno nie bawiłem się tak dobrze na filmie MCU? Marvel udowodnił, że potrafi jeszcze zaskoczyć świeżością, cofając się do korzeni.
Podsumowując: jeśli macie ochotę na odrobinę oldschoolowej zabawy i chcecie poczuć się znów jak dzieciak czytający zeszyt komiksu pod kołdrą, Fantastyczna Czwórka: Pierwsze kroki jest właśnie dla Was. To film nakręcony z miłością do komiksowego absurdu, a jednocześnie z sercem po właściwej stronie. Ja, choć zwykle zgryźliwy wobec Marvela, tym razem kupuję ten klimat z nawiązką. Najbardziej komiksowy film Marvela w historii? Zdecydowanie tak. I wiecie co – wcale mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, chcę więcej! Fantastyczna Czwórka powróci na ekranach (już to zapowiedziano), a ja już przebieram nogami na myśl o ich kolejnych przygodach. Jeśli utrzymają ten styl i jakość, to Marvelowski świat może jeszcze nas niejednokrotnie pozytywnie zaskoczyć. Jak na razie – Fantastyczna Czwórka dała mi coś, za czym tęskniłem: czystą radość z kina superbohaterskiego. I za to chapeau bas.
★ Ocena: 8/10. (Bo choć retrofuturystyczny lukier ocieka gęsto, jest to słodycz, którą wyjątkowo dobrze się konsumuje).















Galactus to wciąż „zły kosmita”? Oj nie, on nie jest złolem w tym prostym rozumieniu. On nie pożera planet, bo chce, tylko dlatego, że musi. Jest narzędziem równowagi Wszechświata i jak sam stwierdza w jednym z komiksów: „Bez względu na to, ile światów pochłonę… Ile cywilizacji zniszczę… Moim przeznaczeniem jest pewnego dnia oddać Wszechświatowi nieskończenie więcej niż kiedykolwiek mu odebrałem. Tak mówi Galactus!”.