Skip to main content

Kilka dni temu miałem okazję uczestniczyć w premierze spektaklu „Tylko miłość” w warszawskim Teatrze Komedia. Z dużym zainteresowaniem wybrałem się na Żoliborz – trochę, żeby się rozchmurzyć po ciężkim tygodniu, a trochę dlatego, że zawsze wierzę w magię teatru, nawet wtedy, gdy nie do końca wiem, czego się spodziewać. Sama zapowiedź wieczoru była kusząca: galowa premiera, nowa komedia, znajome twarze na plakacie – brzmi jak przepis na udany wieczór. Do Komedii wróciłem po dłuższej przerwie, ale to miejsce wciąż ma swój urok. Ten teatr – kameralny, przytulny, trochę staroświecki w najlepszym tego słowa znaczeniu – mieści się w jednej z moich ulubionych dzielnic Warszawy i zawsze miał w sobie coś gościnnego – próg przekracza się z uśmiechem, foyer tętni życiem, gwar rozmów miesza się z brzękiem kieliszków – klasyka premiery.

Obsada zapowiadała się naprawdę solidnie – Magdalena Czerwińska, Sylwia Juszczak, Mikołaj Krawczyk, Mariusz Drężek – nazwiska, które zna się choćby z ekranu, ale które w teatrze potrafią zaskoczyć nową energią. Byłem ciekaw, co z tego wyjdzie. Zasiadłem na widowni z otwartą głową i nadzieją, że czeka mnie wieczór pełen śmiechu i dobrej energii.

Sama fabuła miała potencjał na solidną komedię. Ot, historia dwóch pozornie szczęśliwych małżeństw, które – jak to bywa w tego typu farsach – zostają wrzucone w spiralę nieporozumień, zdrad, nagłych objawień i coraz bardziej absurdalnych sytuacji. Schemat znany, ale jeśli dobrze rozegrany, potrafi bawić do łez. Niestety, w tym przypadku potencjał został wykorzystany tylko częściowo – a i to dość nieporadnie. Większość żartów była, mówiąc wprost, raczej żenująca niż zabawna. Zamiast lekkości – mielizny dialogowe. Zamiast śmiechu – zgrzytanie zębami. Były przeciągnięte i męczące, jakby ktoś uparcie próbował wycisnąć śmiech z publiczności, choćby na siłę. Mnie nie śmieszyło – bardziej irytowało. Im dalej w las, tym częściej łapałem się na tym, że zamiast śledzić akcję, zastanawiam się, ile jeszcze zostało do przerwy.

W rolach głównych naprzemiennie – Mariusz Drężek/Dariusz Majchrzak, Mikołaj Krawczyk/Mikołaj Cieślak, Magdalena Czerwińska, Anna Oberc/Magdalena Czerwińska oraz Sylwia Juszczak. Obsada naprawdę ciekawa i zróżnicowana – nazwiska znane, z telewizji, filmu, a przede wszystkim ze sceny, co tylko podbijało moje oczekiwania. Tym bardziej szkoda, że nawet tak doświadczonym aktorom nie udało się wyciągnąć z tekstu czegoś więcej i właściie żadne z nich nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Chociaż nie, zupełnie szczerze powiem, że Mariusz Drężek zagrał postać generalnie uroczą, w dodatku w zupełnie innym rytmie niż tempo całej sztuki – co było jakimkolwiek światełkiem w tym dość ciemnym tunelu.

Najbardziej drażniła mnie postać grana przez Mikołaja Krawczyka – jej gburowatość wydała mi się zupełnie zbędna i przesadzona, wręcz oderwana od tonu, jaki – wydawałoby się – powinna mieć komedia obyczajowa. Zamiast bawić, irytowała i wybijała z rytmu całego przedstawienia. Trudno mi było zrozumieć, jakie wartości ta postać miała reprezentować, bo – jeśli miała – to zdecydowanie nie były to wartości, z którymi chciałbym się utożsamiać. A scena, w której bohater wciąga na scenie kokainę (tak, dobrze czytasz – kokainę, w farsie), była dla mnie już zupełnie niezrozumiała. O ile nie jestem przesadnie pruderyjny, o tyle tu kompletnie nie widziałem tu uzasadnienia ani dla formy, ani dla treści.

Druga połowa spektaklu przyniosła wprawdzie kilka jaśniejszych momentów – w końcu udało mi się parę razy naprawdę szczerze zaśmiać – może dlatego, że tempo wreszcie nieco przyspieszyło, a aktorzy dostali więcej przestrzeni na czystą, aktorską zabawę. Były to jednak przebłyski, które pojawiały się zbyt rzadko i gasły zbyt szybko, by zbudować coś trwale zabawnego. Mój uśmiech był raczej ulgowy niż szczery – bardziej z wdzięczności, że coś wreszcie zagrało, niż dlatego, że faktycznie bawiłem się dobrze.

Największym zarzutem, jaki mam wobec tego spektaklu, jest jego wyraźnie mizoginistyczny ton i światopogląd, z którym – nie będę ukrywał – kompletnie się nie zgadzam. Żarty często opierały się na mocno przestarzałych stereotypach, które dziś raczej wzbudzają zażenowanie niż śmiech. Całość przypominała momentami kabaret z minionej epoki, gdzie „żona-maruda” i „facet-nieudacznik” to główne filary humoru. Zamiast współczesnej, błyskotliwej komedii, dostałem coś, co bardziej pasowałoby do ramówki sprzed dwóch dekad – i to niekoniecznie w najlepszym wydaniu.

Od strony scenografii spektakl prezentował się całkiem porządnie – minimalistyczne, nowoczesne wnętrze z dużymi, kolorystycznie kontrastującymi sofami oraz betonowym tłem sprawiało wrażenie uporządkowanej, choć dość chłodnej przestrzeni. Oświetlenie było oszczędne, ale precyzyjne – dobrze prowadziło wzrok widza i nie przytłaczało przesadną teatralnością. Stroje aktorów utrzymane były w codziennym, eleganckim stylu, dopasowanym do scenicznej konwencji – wszystko razem spójne, chociaż bez większych zaskoczeń. Wzrok przykuwał także telewizor na środku sceny, który imitował to widok z okna to np. wartościowy obraz – gdy scena działa się w innym mieszkaniu (albo galerii). Na szczególne uznanie zasługuje natomiast nagłośnienie. Mikrofony nad sceną działały bez zarzutu – każde słowo było wyraźne, nic nie ginęło w przestrzeni, a aktorzy mogli spokojnie skupić się na grze, bez walki o głośność. Technicznie rzecz biorąc – wszystko grało.

Mimo pewnej złości na samą sztukę, pisząc ten tekst próbowałem spojrzeć na całość łaskawszym okiem. Doceniam fenomen teatru jako takiego – tę niepowtarzalną energię sceny, pracę aktorów, atmosferę premiery. Każda sztuka to wysiłek wielu ludzi, a ja mam ogromny szacunek do tego, że coś w ogóle w tym kraju powstaje – nawet jeśli tym razem naprawdę trudno mi napisać coś pozytywnego o samym przedstawieniu. I żeby nie było, że jestem jakoś szczególnie uprzedzony – z ciekawości sprawdziłem, kiedy będzie okazja, by zobaczyć „Tylko miłość” ponownie. Jest początek kwietnia, a najbliższe terminy, które udało mi się znaleźć w internecie… są dopiero w grudniu. Może to przypadek, może to znak.

Moja osobista ocena to 4/10. To może być propozycja dla domów kultury w mniejszych miejscowościach, gdzie publiczność jest bardziej otwarta na farsę w stylu retro. Ale jeśli ktoś szuka dobrej, współczesnej rozrywki z klasą – zdecydowanie są inne sztuki, inne scenariusze, inne sceny.

ps. wybaczcie za jakość zdjęć, tylko takie udało mi się aktualnie zdobyć

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply