Skip to main content

Donkey Kong Bananza w końcu trafił na nasze konsole i nie da się ukryć – po tylu latach czekania każdy fan platformówek chciał sprawdzić, jak poradzi sobie kultowa małpa z dżungli w nowej odsłonie. To przy okazji pierwsza duża, pełnoprawna gra stworzona z myślą o Nintendo Switch 2 – i czuć to od pierwszych minut.

Muszę przyznać, że gra daje mnóstwo powodów do uśmiechu. To kolorowa, pełna luzu przygoda, która pokazuje Donkey Konga z trochę innej strony. Nie jest to żadna rewolucja – bardziej dopieszczona i bardzo przyjemna platformówka, która serwuje to, co w tym gatunku najlepsze. Do tego dorzuca kilka świeżych pomysłów, które sprawiają, że gra nie nudzi się nawet przez chwilę.

Podstawą rozgrywki w Bananza jest to, co w platformówkach bawi najbardziej – swoboda ruchu i eksploracja. Donkey Kong potrafi biegać, skakać, wspinać się i wymiatać w powietrzu, ale tym razem dostał coś ekstra: niemal cały świat gry można rozwalić gołymi pięściami.

Gra została zbudowana na tak zwanej technologii wokselowej, co oznacza, że prawie każdy element otoczenia da się fizycznie zniszczyć. DK może kopać tunele w ziemi, rozwalać ściany, rozbijać głazy i sterty drewna, a nawet wykorzystywać je jako prowizoryczne narzędzia. To taki mini sandboks w świecie platformówek – poziomy nie prowadzą Cię za rękę, tylko zachęcają do kombinowania. Zamiast szukać jedynej słusznej drogi, możesz po prostu wykopać sobie własną. I to jest naprawdę super.

Każda „warstwa” świata – bo tak właśnie nazywa się system poziomów w Bananza – ma swój własny klimat i unikalne elementy. Raz biegamy po jaskiniach, raz po bagnach, potem trafiamy do dżungli, lawowych piekieł albo lodowych pustkowi. I choć głównym celem zawsze jest zbieranie bananowych diamentów (czyli banandium) i wielkich bananów, to na gracza czeka cała masa dodatkowych atrakcji. Warto rozglądać się za ukrytymi skarbami – jak choćby skamielinami, które można wymienić u handlarza na stroje i ulepszenia. Albo za starymi zwrotkami winylowymi, które odpalają klimatyczne melodie w karczmie na Bananza Hub, czyli naszej bazie wypadowej. To właśnie tam spotkamy też zabawnych sprzedawców i rzemieślników, którzy oferują nie tylko stroje zmieniające umiejętności DK i Pauline, ale też alternatywne wzory kolorystyczne, które możemy kolekcjonować.

Całość aż się prosi o eksplorację – gra daje masę pretekstów, żeby zaglądać w każdy kąt.

Na szczęście swoboda poruszania się idzie tu w parze z prostą, dobrze zaprojektowaną mechaniką. Sterowanie Donkey Kongiem jest płynne i intuicyjne – jeden przycisk odpowiada za cios pięścią, drugi za kopniaka (którym możemy np. znienacka uderzyć wroga od dołu), a skok z atakiem wręcz działa tak, jak powinien – bez żadnych opóźnień czy frustracji. Choć muszę przyznać, że to pierwsza gra od bardzo dawna, w której już po kilku sekundach wskoczyłem do opcji, żeby zamienić miejscami skok i atak. Domyślne ustawienie było dla mnie totalnie niewygodne – ale co ciekawe, taka zamiana była już gotowa jako predefiniowany wariant, więc twórcy chyba sami wiedzieli, że coś tu nie zagrało.

Z czasem odkrywamy tzw. Bananza Transformacje – czyli specjalne formy zwierzaków, w które DK zmienia się dzięki magicznym pieśniom Pauline. Jest pieszczoch Bananza, struś Bananza, słoń Bananza… i każda forma daje dostęp do nowych umiejętności. Struś pozwala unosić się nad ziemią i zrzucać ataki z góry, słońem rozwalamy twarde przeszkody, a inne kombinacje otwierają nowe możliwości poruszania się i walki.

Dodajmy do tego lokalną kooperację, w której druga osoba przejmuje kontrolę nad Pauline (albo innym dodatkiem do ekwipunku, który siedzi Kongowi na ramieniu i strzela), i robi się z tego naprawdę solidna mieszanka. Co ciekawe, drugi gracz nie musi nawet mieć Switcha 2 – dzięki trybowi GameShare może dołączyć ze starej konsoli Switch 1, podpinając się przez streaming. W praktyce: jedna osoba steruje DK, druga celuje (żyroskopem albo gałką) i strzela małymi pociskami, a czasem dosłownie rzuca sojuszników na łeb Donkey Konga.

Sam nie miałem okazji sprawdzić GameShare w akcji, ale brzmi to całkiem ciekawie – zwłaszcza jako sposób na wspólne granie bez konieczności kupowania dwóch nowych konsol. Ten tryb jest dość prosty i momentami może się wydawać zbyt ułatwiony – zwłaszcza że kamera częściowo sama dostosowuje się do drugiego gracza, co bywa pomocne, jeśli ktoś nie gra zbyt pewnie. Ale ogólnie? Super opcja na wspólną zabawę. A już zwłaszcza, jeśli chcecie razem coś zniszczyć – bo w tym Bananza jest mistrzem. No i super opcja zareklamowania komuś możliwości Switcha 2.

Fabuła Bananza nie próbuje konkurować z jRPG-ami, ale jej lekki, żartobliwy klimat potrafi wciągnąć. Mamy klasyczny motyw: złe małpy z Void Company – dawnej górniczej korporacji – kradną banany Donkey Konga (czyli cenne banandium) i sieją chaos. DK rusza więc w głąb planety, by odzyskać swoje skarby i powstrzymać przeciwników.

Nie ma tu wielkich zwrotów akcji ani głębi – fabuła to po prostu wdzięczny pretekst do zwiedzania kolejnych lokacji i spotykania barwnych postaci. Po drodze trafiamy m.in. na wrzaskliwe pingwiny, małpie klany zanieczyszczone przez VoidCo i mnóstwo mrugnięć okiem do fanów serii. W grafikach i dialogach słychać znajomy humor z czasów Rare’a, a tu i ówdzie da się wypatrzyć dobrze zakamuflowane nawiązania do starszych odsłon. Wszystko kręci się wokół frajdy – jak przebić się przez lawową jaskinię? Czasem trzeba pokombinować, czasem po prostu przekopać się bokiem.

Od strony wizualnej Bananza wygląda świetnie i już na starcie pokazuje, na co stać Switcha 2. Lokacje są pełne kolorów, detali i klimatu – od ciasnych, błyszczących jaskiń, przez morskie bagna, aż po ogniste wnętrza gór. Animacje DK są płynne, a każdy cios pięścią wygląda jak mały pokaz siły – szczególnie gdy uderzenie spowalnia, a skały rozpryskują się w drobny pył. Efekty cząsteczkowe robią robotę, a teren niszczy się widowiskowo i z wyczuciem. Także muzyka daje radę. Ścieżka dźwiękowa jest skoczna, różnorodna i świetnie dopasowana do otoczenia. Słychać tu nawiązania do klasycznych utworów z gier DK, nuty inspirowane rytmami Ameryki Południowej, a nawet lekkie motywy słowiańskie. A gdy w tle niespodziewanie wchodzi nowa wersja DK Rapu, trudno się nie uśmiechnąć. Całość dopełniają przyjemne odgłosy – DK bulgocze, ryczy i sapie tak, jak powinien, a każde uderzenie czy kontakt z otoczeniem brzmi konkretnie i satysfakcjonująco.

Od strony technicznej Bananza robi naprawdę dobre wrażenie. Switch 2 spokojnie radzi sobie z całą fizyką zniszczeń, efektami cząsteczkowymi i dynamiczną akcją na ekranie. Gra obsługuje VRR (zmienną częstotliwość odświeżania), dzięki czemu nawet przy najbardziej widowiskowych sekwencjach – eksplozjach, zawalających się jaskiniach czy starciach z kilkoma przeciwnikami naraz – całość działa płynnie, utrzymując wrażenie 60 klatek. W trybie przenośnym też jest stabilnie: mniejszy ekran maskuje drobne niedoskonałości, a rozgrywka nie traci na płynności.

To nie znaczy, że obyło się bez zgrzytów. Gdy gra próbuje wyrenderować większe sceny – na przykład gdy zawala się ogromna bryła ziemi odsłaniająca przejście – zdarzają się krótkie spadki wydajności albo delikatne błyski tekstur w oddali. W bardzo dynamicznych momentach łatwo też na chwilę zgubić orientację – zwłaszcza gdy Donkey Kong kopie głęboko pod ziemią, a kamera nie nadąża z ustawieniem dobrego kąta. Na szczęście twórcy pomyśleli o tym i zaimplementowali kilka sprytnych rozwiązań. Przy schodzeniu pod powierzchnię teren potrafi stać się półprzezroczysty, co ułatwia widoczność, a na ekranie pojawia się radar wskazujący drogę do banandium czy punktów wyjścia. Po krótkim obyciu z tym systemem problemy z kamerą przestają być uciążliwe, a niewielkie spadki animacji są na tyle rzadkie i krótkie, że trudno je uznać za coś więcej niż drobne potknięcia. Bananza pokazuje, że Switch 2 potrafi unieść coś znacznie bardziej dynamicznego i efektownego niż dotychczasowe gry z tej serii – a robi to zaskakująco sprawnie.

Podsumowując – co do zasady rozgrywka i grafika nie zdradzają żadnych większych niedoróbek na Switchu 2. Gdybym miał to przenieść na Switcha pierwszej generacji, musiałbym wróżyć: prawdopodobnie albo rozdzielczość spadłaby dramatycznie, albo zniknęłoby sporo destrukcji i obiektów, a i tak pewnie byłyby spadki animacji, które rozwścieczyłyby fanów. Szczerze mówiąc, technicznie Bananza stała się manifestem nowego sprzętu, niezrealizowanym na starym.

Donkey Kong Bananza to bez dwóch zdań jedna z najlepszych platformówek ostatnich lat i świetny powrót serii do świata 3D. Gra daje masę frajdy – pozwala niszczyć, eksplorować, kombinować i czerpać satysfakcję nawet z najprostszych akcji. Świat jest barwny, pełen detali, a każda warstwa zachęca do zabawy. Tu coś się rozwala, tam wykopiesz tunel pod wrogiem, gdzie indziej znajdziesz ukryty skarb za rozpadającą się ścianą. To platformówka, która nie prowadzi za rękę – daje Ci narzędzia i mówi: „rób, co chcesz”. I to działa.

A jednak… mimo całego zachwytu, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że DK wciąż nie dorósł do roli, jaką pełni Mario. Bananza to świetna gra, ale jako jedyny tytuł startowy nowej generacji, wydany dopiero po prawie dwóch miesiącach od premiery Switcha 2, trochę zawodzi. Gdy Odyssey otwierało poprzednią generację, robiło to z hukiem. Miało skalę, świeżość i to poczucie, że „takiej gry jeszcze nie było”. Bananza – choć większa, bardziej intensywna i na swój sposób nowatorska – nie daje tego samego efektu wow. Nie twierdzę, że Donkey Kong Bananza jest gorsza – bo i do Odyssey miałem sporo zastrzeżeń. Ale tamta gra miała pewien ciężar, pewną opowieść wokół niej. Tu jest wszystkiego więcej, ale niekoniecznie coś nowego. To świetnie wykonany projekt, pełen pomysłów, ale nie przełom. Nie zmienia reguł gry, nie otwiera nowego rozdziału w historii gatunku. Gra, która robi wrażenie, ale raczej jako mocne uzupełnienie katalogu Nintendo, a nie jako tytuł, który miałby udźwignąć premierę całej konsoli.

Bananza to powrót Donkey Konga, na jaki czekaliśmy: swoboda niszczenia świata, masa sekretów, świetne animacje i przystępny poziom trudności sprawiają, że aż chce się w tym świecie zostać dłużej. Gra oferuje co najmniej 20 godzin zabawy – a jeśli lubicie eksplorować, to znacznie więcej. Nie ma tu przełomu, który zmieniłby gatunek, ale jest za to coś znacznie ważniejszego – frajda z odkrywania, kombinowania i robienia rzeczy po swojemu. Bananza nie próbuje być czymś, czym nie jest. To po prostu bardzo dobra gra, która wie, co robi – i robi to z radością, luzem i pomysłem. I właśnie to z niej wynoszę: uśmiech, zabawę i chęć, by po zakończeniu… zagrać jeszcze raz.

Donkey Kong Bananza to kawał porządnej platformówki – pełnej zawartości, luzu i dobrze przemyślanej zabawy. Nie jest to gra przełomowa ani materiał na GOTY, ale to smaczny banan, który dostaliśmy na start nowej generacji – czy nam się to podoba, czy nie.

Dla mnie to mocne 8/10. Bawiłem się dobrze, spędziłem przy niej sporo czasu i nieraz się uśmiechnąłem. Ale prawdziwe emocje – mam nadzieję – przyniesie dopiero jesień. Ja tam czekam na Pokemony…

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply