Skip to main content

Poszedłem na seans CHCĘ WIĘCEJ z bardzo konkretnymi oczekiwaniami. Nie tyle wobec samego gatunku, co wobec ambicji, które ten film od początku komunikuje. Kino o internetowych oszustwach, o manipulacji emocjami i pieniądzem, o młodych ludziach wplątanych w coś, co szybko ich przerasta, to temat aż proszący się o solidne, gęste dramaturgicznie kino. I przez pierwsze kilkanaście minut naprawdę wierzyłem, że to może się udać. Jest tempo, jest energia, jest poczucie, że zaraz zacznie się coś większego.

To wrażenie dodatkowo wzmacniał kontekst samego seansu. Był to premierowy pokaz z prelekcją prowadzoną przez głównego „bohatera” filmu, co automatycznie podbijało rangę wydarzenia i moje oczekiwania. Do tego dochodziło miejsce – jedno z ciekawszych warszawskich kin, Kinogram. Nigdy wcześniej tam nie byłem, więc ciekawość była podkręcona do maksimum, a głód filmowych wrażeń większy niż zwykle.

Punktem wyjścia historii jest desperacka próba zdobycia pieniędzy na leczenie chorego ojca głównej bohaterki. Początkowo bohaterowie zaczynają wyłudzać drobne kwoty metodą na BLIK, wykorzystując komunikatory i zaufanie przypadkowych osób. Skala jest niewielka, niemal „niegroźna”, co pozwala im szybko usprawiedliwić własne decyzje. Z czasem jednak granice zaczynają się przesuwać, a kolejne transakcje nie wynikają już z potrzeby, lecz z rosnącej chciwości i poczucia bezkarności. Warto dodać, że w promocję i samą produkcję filmu włączył się także BLIK – system, który w fabule staje się głównym motorem internetowych wyłudzeń opartych na kodach autoryzacyjnych. To nadaje historii aktualności, ale jednocześnie jeszcze mocniej uwypukla problem narracyjnej skrótowości i niewykorzystanego potencjału. (W chwilę w której piszę tę recenzję dosłownie dzień wcześniej mieliśmy realne aresztowanie dużej grupy posługującej się tą metodą).

Aktorstwo miało być jednym z elementów, które ten film uniosą, a finalnie raczej ciągnie go w dół. Julia Wieniawa ma ekranową charyzmę i w spokojniejszych momentach potrafi być naturalna. Problem zaczyna się wtedy, gdy emocje powinny wybrzmieć mocniej. Zbyt często dostajemy reakcje powierzchowne, jakby bohaterowie nie do końca rozumieli, w jak poważnej sytuacji się znaleźli. Na tym tle ciekawie wypada Maciej Musiałowski w głównej męskiej roli. To kreacja dobrze zagrana, momentami naprawdę angażująca, ale jednocześnie dość męcząca – intensywność tej postaci z czasem zaczyna działać na niekorzyść filmu, zamiast go napędzać. Pozostali aktorzy balansują między poprawnością a przesadą, co daje bardzo nierówny efekt. W jednej scenie bywa w miarę wiarygodnie, w kolejnej pojawia się teatralność i szczeniacka emfaza, bez wyczucia tonu. To nie jest problem pojedynczych ról, tylko ogólnej koncepcji prowadzenia postaci, która zwyczajnie się tu nie spina. W rolach drugoplanowych przewijają się przy tym nazwiska takie jak Jan Frycz, Piotr Cyrwus czy Piotr Stramowski, ale nawet ich obecność nie jest w stanie wyrównać ogólnej miałkości poszczególnych scen.

Dodatkowo razi mnie ponowne angażowanie wyraźnie dorosłych aktorów do ról balansujących gdzieś między liceum a bardzo wczesną dorosłością. Nawet jeśli fabularnie bohaterowie mają „odpowiedni” wiek, to nie jest to ich realny wiek, co tworzy podskórne poczucie fałszu i osłabia emocjonalną wiarygodność historii.

Podczas seansu wielokrotnie łapałem się na tym, że emocjonalnie wypadałem z filmu. Nie dlatego, że temat mnie nie interesował, ale dlatego, że narracja nie dawała mi czasu, by cokolwiek naprawdę przeżyć. Gdy powinny pojawić się konsekwencje, film idzie dalej. Gdy powinno budować się napięcie, dostajemy skrót. Gdy bohaterowie podejmują kluczowe decyzje, ich ciężar bywa ledwie zarysowany. Liczne przeskoki w rodzaju „tydzień później”, „miesiąc później”, „rok później” sprawiają, że historia rozpada się na serię wybranych momentów zamiast spójnej opowieści. Całość wygląda jak pocięte dzieło przypadku, w którym wiele potencjalnie najciekawszych scen potraktowano po łebkach. Szczególnie dotyczy to wątku działań policji, który jest raczej sygnalizowany niż faktycznie prowadzony. To nie kwestia realizmu, tylko narracyjnej wygody.

Są jednak elementy, które działają. Strona wizualna bywa atrakcyjna, szczególnie w nocnych sekwencjach. Muzyka wypada zaskakująco solidnie, a piosenki Wieniawy nie rażą i momentami faktycznie budują nastrój, zamiast go rozbijać. To jeden z nielicznych obszarów, który sprawia wrażenie przemyślanego i konsekwentnie poprowadzonego. Samą muzykę odebrałem początkowo jako nachalną reklamę aktorki/artystyki, ale koniec końców tak zostało to wplecione w fabułę, że niech im będzie.

Największym problemem CHCĘ WIĘCEJ jest jego długość w zestawieniu z zawartością. Film trwa długo jak na to, co faktycznie opowiada, a jednocześnie sprawia wrażenie niekompletnego. To dość paradoksalne uczucie – siedzę na seansie, który się ciągnie, a mimo to mam poczucie, że nie dostałem pełnej historii. Brakuje pogłębienia wątków, psychologii postaci i realnych konsekwencji podejmowanych decyzji. Cel społeczny jest tu czytelny i absolutnie zrozumiały, ale samo uświadamianie to za mało, jeśli forma nie potrafi unieść ciężaru tematu.

To film raczej dla młodszych widzów, szukających historii osadzonej blisko ich świata – z rozpoznawalnymi twarzami i tematami, które są im bliskie. Jeśli ktoś oczekuje spójnego, mocnego dramatu z dobrze poprowadzoną narracją i wyraźnymi konsekwencjami, może poczuć spore rozczarowanie. Ja sam wyszedłem z kina z poczuciem zmarnowanego potencjału. Nie dlatego, że wszystko tu jest złe, ale dlatego, że przy lepszej reżyserii i bardziej zdyscyplinowanym scenariuszu mogło to być kino znacznie mocniejsze.

Na koniec zostaje mi myśl, że CHCĘ WIĘCEJ chciał powiedzieć coś ważnego, tylko nie do końca wiedział, jak to zrobić. Doceniam intencje, ale intencje to za mało, żeby film naprawdę zadziałał. Szkoda, bo temat zasługiwał na coś znacznie bardziej dopracowanego. Być może to produkcja, którą kiedyś warto zobaczyć „na Netflixie”, samemu, bez większych oczekiwań. Może sprawdzi się też jako seans edukacyjny – dla szkół albo jako przestroga dla starszych widzów, żeby nie dać się nabrać na internetowe oszustwa. Z drugiej strony, dla tej drugiej grupy może to być jednak zbyt dużo narkotyków, przekleństw i chaosu, by faktycznie spełnić taką funkcję. I właśnie w tym miejscu sam zaczynam się wahać, dla kogo ten film jest.

Moja ocena to 5/10. Technicznie wypada znośnie, cierpi na prostacką reżyserię i po seansie nie zostawia nic, co chciałoby zostać na dłużej. Do obejrzenia – film jak film. Do zapamiętania – raczej nie.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply