Dziś miała miejsce premiera serialu Gąska, szumnie zapowiadanej „PIERWSZEJ POLSKIEJ PRODUKCJI NA AMAZONIE, O BOŻE EOEOEOE!”, w dodatku podobno od twórców 1670 (Netflix). Miałem okazję spędzić z „gęsią” wieczór i na gorąco postanowiłem napisać kilka słów o tym – nie bójmy się tego słowa – średniaku, bez szans na jakąkolwiek poprawę.
Nie wiem, co poszło nie tak w siedzibie Amazon Prime, gdy rozmawiano o tym scenariuszu, ale Gąska jest jednym z tych seriali, które pozostawiają po sobie poczucie zmarnowanego czasu. Serial miał być polską wersją lekkiej komedii w stylu „feel-good”, ale wyszedł raczej jak wieczorne orędzie do narodu – jest szaro, smutno, a wszystko jakby czytane z kartki.
Humor? Miałki, jakby tworzony na siłę do niedzielnego obiadu. Główna bohaterka, Lena, to postać, która miała być sympatyczna, ale wyszła irytująca i źle napisana. Aleksandra Grabowska gra ją bez większego zaangażowania, rzucając drętwe żarty, które raczej wywołują cringe niż uśmiech. Jeśli miałem nadzieję na wspaniały piątkowy wieczór, to Gąska skutecznie mi ją odebrała.
Tomasz Kot, zwykle jeden z mocniejszych aktorów na polskiej scenie, tutaj gra tak, jakby jednocześnie wziął środki uspokajające i wypił kilka kaw za dużo. W jego kreacji szefa „Włodka” brakuje energii i spójności – zamiast charyzmatycznego ekscentryka, dostajemy chaotycznego pajaca. Aż trudno nie zadać sobie pytania: czy Kot zmierza w dobrą stronę swojej kariery? Jedyne światełko w tym tunelu to Janusz Chabior, który jako jedyny zdaje się odnajdywać w tym nieudanym sklepowym świecie. Jego pojawienie się na ekranie dodaje odrobiny uroku i ciepła – chociaż rola to dziwna, bo niezbyt ogarniętego ochroniarza prosto po więzieniu.
Reszta obsady nie zasługuje nawet na wspomnienie – przystojniak „w typie Jima” zupełnie bez samoświadomości, „młodziak” wierzący w spiskową teorię dziejów, totalnie bezpłciowa „jedyna rozsądna” w formie starszej sklepikary czy jacyś beztwarzowi aktorzy-tło. Jedyną ciekawą postacią (oprócz Chabiora) wydaje się managerka, w tej roli naprawdę świetna Magdalena Koleśnik. Ale to za mało, żeby uratować całość. TWÓRCY, DO CHOLERY – OBEJRZYJCIE SOBIE CHOCIAŻBY SUPERSTORE (2015–2021) I ZOBACZCIE, JAK SIĘ TWORZY SERIALE O SUPERMARKETACH!
Dodajmy do tego absurdalne epizody celebrytów – od Wróżbity Macieja, przez Radka Kotarskiego, aż po Weronikę Rosati. Ich pojawianie się w fabule to bardziej desperacka próba przyciągnięcia uwagi niż faktycznie zabawne czy sensowne wątki. To wszystko sprawia, że serial bardziej irytuje, niż bawi.
Paradoksalnie, największym atutem serialu jest sama Gąska – miejsce akcji. Sklep jest zrobiony z dużym przywiązaniem do detalu, a identyfikacja wizualna wręcz błyszczy. Od kolorystyki po branding – to wszystko wygląda wiarygodnie i naprawdę cieszy oko. Jeśli twórcy poświęciliby fabule tyle uwagi, co wnętrzom sklepu, moglibyśmy mówić o czymś przynajmniej znośnym.
Mimo całkiem przyzwoitej realizacji wizualnej (chociaż oświetleniowiec powinien dostać w ten gęsi dziób), Gąsce brakuje jakiejkolwiek iskry. Jeśli twórcy myśleli, że przerysowane postaci i odrobina „polskiej codzienności” wystarczą, to chyba zapomnieli, że widzowie oczekują też śmiechu i odrobiny serca. Co ciekawe, serial mógłby uratować prosty zabieg – mockumentary, czyli kierowanie wypowiedzi wprost do kamery. Okej, mielibyśmy wtedy sporo płaczu, że to podróba The Office, ale przynajmniej dałoby się to wyratować. W ramach prawdziwego serialu – gęś trafia prosto do pieca nieudanych produkcji.
Podsumowując: omijajcie szerokim łukiem – chyba że chcecie zobaczyć, jak wygląda humor na przecenie. Do skasowania!
Moja ocena: 4/10.














