Skip to main content

Właśnie wróciłem z kina – policzki mnie bolą od śmiechu. „Naga Broń” rozbawiła mnie tak, jak żaden film od bardzo dawna. Śmiałem się do łez, a brzuch bolał mnie jeszcze zanim film się skończył. I co najlepsze – nie tylko ja. Cała sala rechotała niemal bez przerwy. Takich seansów już prawie nie ma. W ostatnich latach Hollywood jakby zapomniało, że parodia też może być sztuką. Może się boją, że ktoś się obrazi? Może wszystko musi być teraz bezpieczne, gładkie, „dla wszystkich”? Tymczasem ten film wchodzi na ekran i… robi swoje. Bez pytania o zgodę, bez poprawności. I bardzo dobrze. To nie jest komedia, która sili się na coś więcej, niż powinna. To głupota, ale ta dobra – rozbrajająca, celowa, przemyślana w swoim absurdzie. „Naga Broń 2025” to powrót do czasów, gdy śmiech był ważniejszy niż komentarz społeczny, a widz miał po prostu dobrze się bawić. I ja się bawiłem. W końcu.

Największą niespodzianką – i zarazem jednym z największych atutów filmu – okazał się Liam Neeson jako Frank Drebin Jr., syn legendarnego porucznika Drebina. Przyznam szczerze: kiedy usłyszałem, że to właśnie Neeson ma przejąć pałeczkę po Leslie Nielsenie, miałem spore wątpliwości. „Serio? Ten gość z Uprowadzonej w głupawej parodii?”.

Tymczasem… to był strzał w dziesiątkę.

Neeson nie stara się być zabawny – i właśnie dzięki temu jest absolutnie przezabawny. Wnosi ze sobą całą swoją powagę, szorstki urok i ten charakterystyczny, niski głos, który w „Taken” brzmiał jak groźba, a tutaj brzmi jak najlepszy żart. Gra każdą, nawet najbardziej absurdalną scenę, tak jakby chodziło o życie – co tylko potęguje efekt komiczny. Czy to w scenie strzelaniny w przebraniu dziewczynki z podstawówki, czy w pościgu, po którym pół miasta nadaje się do odbudowy – Drebin Jr. zachowuje kamienną twarz. Jakby właśnie wrócił z kolejnej „misji specjalnej”. I działa to fenomenalnie. Neeson kradnie show. Udowadnia, że jego słynny „zestaw umiejętności” obejmuje też rewelacyjne wyczucie komediowego absurdu. Obok niego pojawia się cała galeria barwnych postaci – w tym Pamela Anderson, która z dużym dystansem wciela się w klasyczną femme fatale. I choć łatwo byłoby z niej zrobić tylko żart z samej siebie, to muszę przyznać – Pamela naprawdę daje radę. Jest tu dokładnie taka, jak trzeba: seksowna, przerysowana, lekko karykaturalna, ale też zaskakująco świadoma swojego wizerunku. Widać, że ma ogromny dystans i świetnie się bawi. I chociaż nie dostaje zbyt wielu scen, to w każdej, w której się pojawia, błyszczy – nawet jeśli robi to w szpilkach i z podejrzanym uśmiechem. Dobrze było ją znów zobaczyć na dużym ekranie, zwłaszcza w roli, która pozwala jej się trochę z siebie pośmiać, a jednocześnie przypomina, dlaczego kiedyś była ikoną popkultury.

Twórcy – z reżyserem Akivą Schafferem na czele – zafundowali nam prawdziwą kanonadę gagów. Żarty lecą tu z prędkością karabinu maszynowego – jeden za drugim, bez ani chwili na złapanie oddechu. I wiadomo, że przy takim tempie nie wszystkie trafią w punkt, ale… większość trafia. I to celnie. Gdy jeden dowcip wywoła tylko lekki uśmiech albo facepalma, to już chwilę później następny rozwala cię na łopatki. Bilans? Zdecydowanie na plus. Nie ma tu wrażenia, że film się męczy albo szuka żartu na siłę – raczej przypomina to kogoś, kto przez lata zbierał pomysły i w końcu mógł je wszystkie wrzucić do jednego worka. Na szczęście nie jest to worek z TikToka. Nie ma tu żenujących odniesień do memów, które za dwa miesiące przestaną być śmieszne. Zamiast tego mamy humor klasyczny – zabawne gierki słowne, absurdalne sytuacje, klimat slapsticku i vaudeville’u. A najlepsze gagi spokojnie mogłyby się znaleźć w oryginalnej „Nagiej broni” – i to nie jako odgrzewany kotlet, tylko jako danie główne.

Muszę jednak przyznać, że nowa „Naga Broń” trochę inaczej rozkłada akcenty niż stara trylogia. Absurdu jest nadal sporo, gagów wizualnych też nie brakuje (o nich za moment), ale mam wrażenie, że tym razem twórcy mocniej postawili na słowne wygłupy niż klasyczny slapstick. Żartów sytuacyjnych i fizycznych nadal jest dużo, ale to dialogi biorą tu na siebie większy ciężar komedii. Film kocha bawić się dosłownością – kalambury, suchary, brak zrozumienia przenośni, celowe nadinterpretacje – to wszystko leci jak z rękawa. Momentami czułem się jakbym oglądał coś od Zucker-Abrahams-Zucker – wiesz, ten typ dowcipu, gdzie ktoś mówi „nie można walczyć z ratuszem”, a bohater odpowiada z pełną powagą: „no tak, to przecież budynek”. I dokładnie takiego humoru tu nie brakuje. Jeśli lubisz mocno przerysowane gry słów, będziesz zachwycony. A jeśli bliższy był Ci humor fizyczny starego Drebina, może Ci tego trochę zabraknąć. Ja bawiłem się świetnie, choć muszę przyznać – to trochę inny rodzaj śmiechu niż ten przy klasycznych scenach z porucznikiem rozwalającym pół biura przez przypadek. Ale nadal – śmiech to śmiech.

Jedna rzecz rzuca się tu w oczy od razu (czasem dosłownie) – ten film całkowicie odkleja się od rzeczywistości. Oryginalna trylogia „Nagiej Broni” była absurdalna, to fakt, ale mimo wszystko trzymała się jakichś ram. Tam nikt nikomu nie urywał ręki, żeby potem okładać go tą ręką po twarzy. Tutaj? Proszę bardzo – Drebin Jr. robi dokładnie to. W jednej scenie wyrywa oprychowi kończyny i zaczyna ich używać jako broni, w innej – przypadkiem – komuś urywa głowę, bo ten wpadł w wirujący wentylator. I to nie są wyjątki, to norma. W poprzednich filmach od takiego ciosu co najwyżej przewróciłby się kwiatek w tle. Tutaj głowy fruwają jak w kreskówce. I to właśnie jest klucz – wszystko jest tu zrobione w duchu Looney Tunes. Nie ma krwi, nie ma brutalności – to bardziej animowane szaleństwo niż kino akcji. Jasne, dla niektórych to będzie już o krok za daleko. Dla innych – czysta radocha. Ja? Ja się śmiałem jak głupi. Nawet przy tych najbardziej absurdalnych, „odcinających się od rzeczywistości” gagach. Ale nie ukrywam – momentami film bardziej przypomina parodię kreskówki niż parodię sensacji. Trzeba to zaakceptować: logiki tu nie znajdziesz. Rządzi totalna głupawka i pełna świadomość, że wszystko może się wydarzyć. I najczęściej się wydarza.

Po tym wszystkim, co napisałem wyżej, można by pomyśleć, że mamy tu ideał komedii. Niestety – jest jedno „ale”. I to całkiem spore: finał. Z przykrością muszę przyznać, że końcówka wypada naprawdę słabo. Mam wrażenie, że twórcy kompletnie nie wiedzieli, jak domknąć tę rozpędzoną do granic możliwości historię. Po godzinie czystej zabawy, absurdów i salw śmiechu, ostatnie 10 minut sprawiło, że zamiast rechotać – zacząłem się krzywić. Film nagle traci tempo, dowcipy jakby siadły, a cała sekwencja kulminacyjna wygląda na chaotyczną i zrobioną trochę na siłę. Zabrakło pomysłu na błyskotliwe zwieńczenie – finałowe gagi są zwyczajnie słabe (nawet jak na film, który opiera się przecież na „słabym żarcie”), a samo fabuła sprawia wrażenie dopchanej kolanem. To zdecydowanie najsłabszy punkt programu. I choć nie rujnuje całego seansu, to zostawia pewien niesmak – szczególnie po tak dobrze rozkręconym początku i środku. Na szczęście, tuż po napisach dostajemy jeszcze zabawną scenkę, która ratuje finałowy niesmak. Więc warto zostać chwilę dłużej w kinie – nawet jeśli nie wszystko dojechało do mety z tym samym impetem.

Mimo tej nieszczęsnej końcówki, „Naga Broń 2025” absolutnie spełniła moje oczekiwania. Dawno nie bawiłem się w kinie tak dobrze. To film, który nie udaje niczego więcej niż jest – głupkowatą parodią w starym stylu. I całe szczęście. W czasach, kiedy większość komedii chce być „mądra”, cyniczna albo przesadnie poprawna, tu dostajemy po prostu lawinę absurdalnych żartów, które rozbrajają i wywołują salwy śmiechu. I to taki śmiech na głos – nie uśmiech pod nosem, tylko prawdziwe, głośne rechotanie. Dla mnie to była czysta radocha. Beztroska głupota okazała się dokładnie tym, czego potrzebowałem. Jako fan oryginalnej „Nagiej Broni” poczułem, że duch serii naprawdę wrócił. Film trzyma się stylu klasyków, nie próbuje ich kopiować jeden do jednego, ale podąża tą samą ścieżką. I udowadnia, że ten rodzaj humoru wcale się nie zestarzał. Wręcz przeciwnie – dziś jest potrzebny bardziej niż kiedykolwiek.

Najlepszym dowodem był dźwięk, którego nie słyszy się już zbyt często – zbiorowy śmiech w pełnej sali. Tak po prostu. I za to jestem wdzięczny.

Jeśli – tak jak ja – tęskniliście za czasami, gdy parodie w stylu „Hot Shots!” czy „Austin Powers” bawiły do łez, to „Naga Broń” powinna być obowiązkowym seansem. To szalona jazda bez trzymanki, która może nie jest arcydziełem, ale daje dwie godziny świetnej zabawy i przypomina, że śmiech z głupot też jest nam potrzebny. Czasem nawet bardziej niż się wydaje.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply