Skip to main content

„Kapitan Ameryka: Brave New World” to najnowsza odsłona Marvel Cinematic Universe, oczywiście „ta jedyna i ostateczna”, która docelowo ma przywrócić wiarę widzów w potęgę Hollywoodzkich scenarzystów i zmusić ludzi do powrotu do kin, tak jak uczyniło to swojego czasu „Avengers: Koniec gry”. Choć MCU po zamknięciu tamtego etapu dostarczyło jeszcze kilka produkcji kinowych, serialowych czy animowanych, żadna z nich w 100% nie spełniła oczekiwań fanów i nie wywołała w nich napięcia znanego z oczekiwania na kolejne przygody kolorowych superbohaterów. Jako fan, który od lat śledzi dosłownie każdą premierę, z nostalgią wspominam czasy, gdy zapowiedź nowego filmu wywoływała ekscytację i gorączkowe spekulacje na temat przyszłości bohaterów. Teraz jednak, podobnie jak wielu innych widzów, nie czuję już tej samej ekscytacji. Owszem, nadal odpalam seriale na Disney+, śledzę nowe historie i losy postaci, ale robię to raczej z przyzwyczajenia niż z prawdziwego zaangażowania. Brakuje tej magii, którą miały wcześniejsze fazy MCU – tej spójnej wizji, emocji i wielkich momentów, które łączyły fanów na całym świecie.  „Brave New World” ma być nowym otwarciem, kolejnym etapem w tej historii. Chciałbym uwierzyć, że Marvel znów nas zaskoczy, ale już nie czekam z niecierpliwością. Poszedłem jednak do kina zachęcony wielkimi słowami o tym, że Kapitan Ameryka to „początek nowych Avengers” i powiem Wam jedno – jeśli tak mają wyglądać, to chyba się z Marvelem pogniewamy.

Zanim jednak przejdziemy do meritum: aby w pełni zrozumieć wydarzenia z recenzowanego filmu, warto wcześniej obejrzeć serial „Falcon i Zimowy Żołnierz”, który pokazuje, jak Sam Wilson przejmuje tarczę po Steve’ie Rogersie.

W obsadzie „Nowy wspaniały świat” znalazł się oczywiście Anthony Mackie, który wciela się w nowego Kapitana Amerykę. Choć jego charyzma jest niezaprzeczalna, scenariusz nie daje mu wystarczająco przestrzeni, by w pełni rozwinąć tę postać. Partneruje mu Danny Ramirez jako Joaquin Torres, który przejmuje rolę Falcona. Istotną rolę odgrywa również Carl Lumbly jako Isaiah Bradley – superżołnierz z tragiczną przeszłością. Na uwagę zasługuje także udział Harrisona Forda jako prezydenta Thunderbolta Rossa. Ford wnosi do swojej postaci powagę i doświadczenie, jednak nawet jego aktorski talent nie ratuje płytkiego scenariusza (bardzo płytkiego, ale o tym zaraz). W filmie pojawia się również Liv Tyler jako Betty Ross, Shira Haas jako izraelska bohaterka Ruth Bat-Seraph oraz Tim Blake Nelson jako Leader, znany z wcześniejszych produkcji o Hulku. W jednej z ciekawszych ról (chce się więcej!) pojawia się również cudowny Giancarlo Esposito, wcielający się w Sidewinder’a. Ciekawa postać, wydaje się, że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Czekam! Każdy z aktorów stara się jak najlepiej oddać charakter swojej postaci, ale ograniczenia fabularne nie pozwalają w pełni wykorzystać ich potencjału.

„Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat” przedstawia historię Sama Wilsona, który po przejęciu roli Kapitana Ameryki staje przed nowymi wyzwaniami. Gdy prezydent Thaddeus „Thunderbolt” Ross zwraca się do niego z prośbą o odzyskanie skradzionych materiałów z wyspy Celestiali, Sam zostaje wciągnięty w międzynarodowy konflikt. Za kradzieżą stoi grupa najemników znana jako „The Serpent Society”, a ich działania grożą naruszeniem kruchego pokoju między narodami. Mimo potencjału na głębszą analizę politycznych intryg i napięć, fabuła filmu pozostaje powierzchowna i nie angażuje widza na emocjonalnym poziomie. Sceny akcji, choć dynamiczne, często rozgrywają się w sterylnych, opustoszałych przestrzeniach, co odbiera im realizm i poczucie prawdziwego zagrożenia. Brak obecności postronnych osób czy realnych konsekwencji dla cywilów sprawia, że sekwencje te wydają się sztuczne i pozbawione stawki (w scenach z Espasito czy walki z Red Hulkiem W OGÓLE NIE MA PRZECHODNIÓW NA ULICACH). Mogę wręcz powiedzieć, że film cierpi na brak spójności i wyraźnego kierunku (wspomniane The Serpent Society, które chyba w domyśle miało być nową Hydrą nie znaczy nic), co czyni go kolejną rutynową produkcją Marvela, pozbawioną głębszego przesłania czy emocji. Widać to właściwie na każdym kroku, serialowy rodowód tej postaci dość wyraźnie ciągnie produkcję w dół – mamy tu przydługi wstęp, kilka bardzo chałupniczych scen akcji, nieciekawego wroga (bez spoilerów) oraz… na oko 8 minutową scenę finałowej walki, która jest na tyle płytka i nijaka, a w dodatku pełna „plepleple”” bez polotu, że mogłaby być walką z Kingpinem z Hawkeya. Miała z nią zresztą dużo wspólnego, nie obrażając Hawkeya, który był świetnym serialem. Chociaż w niektórych miejscach bywa fajnie (niektóre walki są takie „Czarno Wdowie”), to niestety widać, że „Falcon” to tylko podróba Kapitana Ameryki, który nie mając nadludzkiej siły wypada mało wiarygodnie – jeszcze rozumiem ukrywanie się pod tymi „cyber skrzydłami”, ale Kapitan chyba nie opuszczał dnia nóg na siłowni, skoro nawet nie kuca od uderzeń Hulka. I już chyba nigdy nie zrozumiem czemu tarcza tak ochoczo wraca mu do rąk.

Pod względem wizualnym „Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat” prezentuje się nierówno. Efekty specjalne, zwłaszcza te związane z postacią Red Hulka, budzą mieszane odczucia. Choć twórcy starali się wiernie odwzorować transformację prezydenta Rossa w Red Hulka, śmiało można powiedzieć, że jakość CGI pozostawia wiele do życzenia. Na pewno gołym okiem jest gorzej niż w Hulku z 2008 roku. Szczególnie w dynamicznych sekwencjach walki można dostrzec pewne niedociągnięcia w efektach komputerowych, które wpływają na ogólną immersję widza. Ponownie jest ciemno, nawet wtedy, gdy jest jasno – nie uświadczycie już „czystego nieba” z pierwszych Avengers, tu nawet sceny w zwykłym lesie za dnia są jakieś zamglone, nieostre. Oczywiście wpływa na to także samo kino i projektor, ale jak wiemy takie filtrowanie ma ukryć niedoskonałości i jakoś w filmach „nie-akcji” wszystko normalnie widać.

„Kapitan Ameryka: Brave New World” miał być nowym rozdziałem dla MCU, świeżym startem dla uniwersum, które od lat boryka się z kryzysem tożsamości. Zamiast tego dostajemy film, który sprawia wrażenie bezpiecznego, pozbawionego wyraźnej wizji i emocjonalnej głębi, którą tak dobrze pamiętamy z wcześniejszych produkcji.

Nowy Kapitan Ameryka staje przed ogromnym wyzwaniem – nie tylko musi wypełnić buty Steve’a Rogersa, ale też nadać serii nową energię. Niestety, mimo kilku solidnych momentów akcji, całość wydaje się chaotyczna, a fabuła – przewidywalna i pełna znajomych schematów. Postacie, choć mają potencjał, nie otrzymują wystarczającej przestrzeni, by naprawdę zaangażować widza.

Tych, którzy uważają, że Marvel zakończył swoją złotą erę na „Avengers: Koniec gry”, ta produkcja tylko utwierdzi w tym przekonaniu. Brakuje tu innowacyjności i poczucia, że oglądamy coś wyjątkowego, a nie kolejną taśmową produkcję. Zresztą czy zauważyliście (a jeśli jesteście przed seansem to zwróćcie uwagę), że przed samym filmem nie pojawia się nawet sławetny ruchomy logotyp Marvela? 🙂

Oczywiście, mimo wszystko zawsze warto wybrać się do kina – to świetna okazja, by spotkać się z przyjaciółmi i poczuć tę wspólnotową ekscytację przed wielkim ekranem – chociaż seans na którym byłem (a sala była pełna, bo były Walentynki) – to chyba najcichsza publiczność jaką widziałem w ostatnich latach, co mówi o samej produkcji bardzo, bardzo dużo. Jednak jeśli nie jesteście zagorzałymi fanami MCU, Disney+ może okazać się bezpieczniejszym i bardziej opłacalnym wyborem – zwłaszcza, że co – Kapitan wjedzie tam za 50-90 dni, myślę więc, że warto poczekać.

ps. co ciekawe najnowsza produkcja Marvela jest chyba jednym z nielicznych filmów w ostatnich latach, która jest dostępna również w 3D. Ale to już dla największych komiksowych wariatów.

ps2. nie czekajcie na scenę po napisach. Jest, ale lepiej sobie przeczytać w internecie.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply