Skip to main content

Na wysokich obrotach (oryg. Shifting Gears) to nowy serial komediowy Disney+, który miał być ciepłą, lekką opowieścią o naprawianiu rodzinnych relacji. W głównych rolach Kat Dennings i Tim Allen – duet, który na pierwszy rzut oka może wydawać się trafiony.

Problem w tym, że bardzo szybko okazuje się, że coś tu zwyczajnie nie gra. Humor jest suchy, scenariusz przewidywalny, a śmiech z puszki tylko podkreśla, jak bardzo brakuje tu prawdziwej energii. Serial wygląda, jakby utknął w przeszłości – wszystko, od realizacji po dialogi, przypomina telewizyjne ramówki sprzed dwóch dekad. Dennings gra dokładnie tak, jak można się było spodziewać – ironicznie, z lekkim dystansem, ale mam wrażenie, że ten styl zaczyna się już trochę przejadać. Tim Allen wciela się w ojca, który powinien być ciepły, może trochę zrzędliwy, ale ostatecznie budzący sympatię. Niestety, jego postać wypada dość nieprzyjemnie, a sam aktor nie wnosi nic, co by to zmieniło.

Rodzinne spięcia pod jednym dachem

Serial opowiada o Matcie (Tim Allen) – zrzędliwym, staroświeckim wdowcu, który prowadzi warsztat samochodowy – oraz jego dorosłej córce Riley (Kat Dennings), która po latach wraca do rodzinnego domu z dwójką dzieci. Ich relacje od dawna są napięte. Riley jako nastolatka zaszła w ciążę, uciekła z domu i od tamtej pory praktycznie nie utrzymywała kontaktu z ojcem. Jedyną osobą, która ich łączyła, była zmarła niedawno matka. Po rozpadzie małżeństwa Riley nie ma dokąd pójść, więc razem z nastoletnim synem i córką trafia z powrotem pod dach ojca. Zaczyna się więc klasyczna walka pokoleń: konserwatywny, zasadniczy ojciec kontra córka wychowująca dzieci po swojemu, w bardziej otwartym stylu.

Niby wszystko na miejscu – punkt wyjścia dobrze znany i sprawdzony, są różnice światopoglądowe, są rodzinne konflikty, jest potencjał na zabawne i wzruszające momenty. Problem w tym, że całość jest zrobiona bardzo sztampowo. Dialogi brzmią sztywno, żarty nie śmieszą, a emocjonalne sceny są tak przewidywalne, że trudno się w nie zaangażować. To mogła być porządna, ciepła komedia o rodzinie, która mimo różnic próbuje się na nowo odnaleźć. Niestety – wykonanie po prostu zawodzi.

Sitcom, który zatrzymał się w latach 90.

Na wysokich obrotach zrealizowano w klasycznej formule sitcomu – mamy studio, śmiech z puszki, teatralną inscenizację. Teoretycznie miało to dodać całości uroku i lekkości, ale w praktyce tylko podkreśla, jak bardzo ten serial odstaje od współczesnych standardów. Żarty są mocno przewidywalne i zwyczajnie mało śmieszne – dużo tu stereotypowych narzekań typu „kiedyś było lepiej”, sporo nieporozumień rodem z kabaretu sprzed dekady.

Śmiech zza kamery zamiast bawić, irytuje. Pointy nie zaskakują, nie ma tu błyskotliwości – częściej przewraca się oczami niż uśmiecha. Widać, że twórcy chcieli lekko ironizować na temat dzisiejszych czasów, ale nie mają na to ani świeżego pomysłu, ani odpowiedniego wyczucia. Wychodzi z tego ciąg powtarzalnych gagów, które próbują być satyrą, a kończą jako smutna parodia samego gatunku.

Całość sprawia wrażenie sztucznej, wymuszonej – jakby ktoś próbował wcisnąć format z lat 90. w dzisiejszy telewizyjny krajobraz bez żadnych zmian. I niestety, to po prostu nie działa.

Znane twarze, stare numery

Obsada serialu to doświadczeni aktorzy komediowi, ale niestety – nie wszystko tu zagrało tak, jak powinno. Największy problem to Tim Allen w roli ojca. Matt w jego wykonaniu wypada po prostu niesympatycznie. Allen gra karykaturę zrzędliwego boomera – z całym pakietem narzekań, pomruków i starych dowcipów, które chyba miały być zabawne, ale dziś brzmią raczej niezręcznie. Wrażenie déjà vu jest zresztą mocne – podobną postać odgrywał już w swoim poprzednim serialu, a tu wraca do tego schematu, tylko bez energii, z której kiedyś słynął. Najgorsze, że scenariusz traktuje Matta jak niepodważalny autorytet – to on ma rację, to jego zdanie liczy się najbardziej. Przez to konflikt z Riley wypada jednostronnie i sztucznie. Trudno się zżymać na jego zrzędzenie, skoro nikt mu tak naprawdę nie stawia sensownego oporu. Prawdę mówiąc, chciałoby się zobaczyć w tej roli kogoś innego – może mniej oczywistego, ale z większą charyzmą i sercem.

Kat Dennings też nie zaskakuje. Riley to dokładnie ta sama postać, którą Dennings grała już wiele razy: sarkastyczna, zblazowana, z ciętym językiem i wiecznie zmęczona wszystkim wokół. Jasne, Dennings ma dobry timing, potrafi rzucić ripostę w odpowiednim momencie, ale problem w tym, że widzieliśmy to już tyle razy, że trudno się tym naprawdę ucieszyć. Brakuje świeżości – jej styl grania robi się przewidywalny, a postać Riley już na starcie wydaje się gotowa do odłożenia na półkę.

Pozostałe role niestety też nie ratują sytuacji. Seann William Scott jako mechanik Gabriel jest co prawda sympatyczny i wnosi trochę luzu, ale jego postać jest płaska i właściwie nie ma większego znaczenia dla fabuły. Dzieci, czyli nastoletni Carter (Maxwell Simkins) i młodsza Georgia (Barrett Margolis), to klasyczne sitcomowe dzieciaki – czasem zabawne, czasem trochę irytujące, ale raczej przewidywalne i wtórne.

Daryl Mitchell jako Stitch – jeden z pracowników warsztatu – ma kilka momentów, ale całościowo znika gdzieś w tle. Widać, że obsada składa się z aktorów, którzy znają się na rzeczy, ale brakuje między nimi chemii. Nie czuć, żeby tworzyli wiarygodną rodzinę ani zgrany komediowy zespół. Każdy gra swoje – tak jakby przyjechał na plan z innym serialem w głowie.

To, co dla fanów Dennings czy Allena może być atutem – czyli granie w dobrze znanym stylu – dla reszty widzów może okazać się zwyczajnie nudne. Brakuje tu świeżości, zaskoczenia i jakiegokolwiek ryzyka.

Zbyt lekki na dramat, zbyt sztywny na komedię

Chociaż Na wysokich obrotach z definicji ma być lekką komedią rodzinną, momentami sam nie wie, czym właściwie chce być. Z jednej strony twórcy próbują przemycić poważniejsze tony – śmierć matki, rozbita relacja ojca z córką, próby odbudowania więzi – to wszystko daje przestrzeń na emocje i bardziej dramatyczne momenty. Pojawiają się nawet wątki społeczne i pokoleniowe: tu jakiś komentarz o „dzisiejszej młodzieży”, tam docinek o poprawności politycznej.

Ale z drugiej strony, wszystko to tonie w sitcomowej sztuczności. Każda poważniejsza scena szybko rozbijana jest banalnym dowcipem i śmiechem z puszki. Zamiast równowagi między humorem a sercem, dostajemy kakofonię tonów, które nawzajem się zagłuszają. Trudno wyczuć, czy mamy się śmiać, wzruszać, czy tylko bezrefleksyjnie patrzeć w ekran.

Serial nie zmierza co prawda w stronę gorzkiego komediodramatu jak Mamuśki z Anną Faris, ale wciąż jest tu coś dziwnego. Może to zgrzyt między przestarzałą formą sitcomu a chęcią opowiedzenia czegoś głębszego. Może problem leży w tym, że poważne momenty nie mają czasu wybrzmieć, a żarty i tak nie śmieszą. W efekcie zostaje wrażenie konsternacji – ani to klasyczna komedia, ani sensowne kino obyczajowe. Raczej coś pomiędzy. I to coś, niestety, nie do końca działa.

Krytycy zgodni: to nie jest hit sezonu

Czy tylko mnie ten sitcom tak rozczarował? Aż musiałem to sprawdzić – i okazuje się, że nie jestem sam. W amerykańskich recenzjach Shifting Gears ton jest raczej chłodny. Krytycy wytykają serialowi dokładnie to, co i mnie przeszkadzało: suchy humor, zmarnowany potencjał i granie na dobrze znanych schematach. Allen nie dostaje tu dobrego materiału, a mimo to twórcy uparcie próbują zrobić z jego bohatera jedyną słuszną postać, której wszyscy mają kibicować – nawet jeśli na to nie zasługuje.

Niektórzy zauważają, że serial skierowany jest głównie do fanów Allena i Dennings – jeśli ktoś lubi ich styl, może coś tu znajdzie. Ale dla pozostałych widzów to po prostu kolejna przeciętna produkcja, która nie oferuje nic nowego. Nawet przychylniejsze opinie przyznają, że serial potrafi być ckliwy, przewidywalny i emocjonalnie płaski.

Są momenty, w których Allen i Dennings grają szczerze i coś wtedy zaskakuje – jakaś scena wybrzmiewa lepiej, widać, że ten duet mógłby zadziałać w innym tonie. Ale to tylko przebłyski. Na dłuższą metę Na wysokich obrotach zostaje dokładnie tam, gdzie nie powinno: w strefie nijakości.

Nie śmieszy, nie wzrusza, nie zostaje w głowie

Na wysokich obrotach miał potencjał, by stać się przyjemnym, pokoleniowym sitcomem o trudnej relacji ojca i córki. Niestety, ten potencjał szybko rozmywa się w anachronicznym humorze, słabo napisanych dialogach i zupełnie nietrafionej obsadzie. Serial ani przez moment nie wrzuca wyższego biegu – przez większość czasu jedzie na jałowym, kliszowym trybie z dowcipami, które trudno uznać za świeże.

Kat Dennings i Tim Allen robią, co mogą, żeby tchnąć życie w swoje postacie, ale oboje wypadają schematycznie, jakby grali autopilotem. Chemii między nimi praktycznie nie ma – tonie pod ciężarem przewidywalnego scenariusza. Owszem, zdarzają się momenty, które łapią za serce, ale całość ginie w morzu przeciętności.

Muszę przyznać, że serial mnie nie porwał – częściej czułem znużenie niż rozbawienie. Canned laughter, czyli śmiech z puszki, zamiast bawić, tylko potęgował uczucie sztuczności. Obsada niby znana, ale zupełnie niewykorzystana i źle dopasowana do swoich ról. Humor balansuje na granicy żenady i żartu z innej dekady. Może zagorzali fani Tima Allena lub Kat Dennings znajdą tu coś dla siebie – grają dokładnie to, co zawsze – ale reszta widzów raczej odbije się od tego świata.

Sezon dokończę już chyba z rozpędu – to w końcu tylko kilka krótkich odcinków – ale na tym koniec. Na wysokich obrotach okazało się jazdą bez emocji. Serialem, o którym zapomina się zaraz po napisach końcowych.


Moja ocena: 4/10.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply