Jako fan narracyjnych gier przygodowych z gatunku walking sim, zawsze czekam na kolejne opowieści w stylu Life is Strange. Gdy usłyszałem o Bloom & Rage: Tape 1 – pierwszej części nowej gry twórców tamtej serii (studio Don’t Nod Montréal) – byłem jednocześnie podekscytowany i odrobinę ostrożny. Z jednej strony uwielbiam klimatyczne historie o dorastaniu i tajemnicach małych miasteczek; z drugiej czułem, że formuła takich narracyjnych „symulatorów chodzenia” zaczyna być nieco wypalona. Mimo wszystko, gdy tylko Tape 1 trafił do PS Plus, ściągnąłem go bez wahania. Chciałem sprawdzić, czy ta historia potrafi mnie jeszcze poruszyć, czy może poczuję już zmęczenie materiału.
Bloom & Rage to właściwie dwuczęściowa opowieść – Tape 1 (zatytułowany „Bloom”) oraz Tape 2 („Rage”). Pierwsza część przedstawia historię czterech licealistek spędzających wspólne lato 1995 roku w sennym Velvet Cove. Brzmi znajomo? Trochę tak – jest paczka nastolatków, kamera VHS w ręku głównej bohaterki, zacieśniające się więzi i tajemnica, która zaczyna majaczyć w tle. Tape 1 skupia się na relacjach i budowaniu klimatu, będąc wstępem do większej całości, której rozwinięcie czeka w Tape 2.
Druga taśma dostępna jest już w ramach kolejnej aktualizacji w PS Plus Extra (wymaga aktywnego abonamentu). Taśma druga pobiera się automatycznie, w momencie pisania tego tekstu jest już dostępna.
Gdy przejdę kontynuację, wrócę tu i zaktualizuję tekst o moje wrażenia z finału.
Na razie dzielę się tym, co poczułem po ukończeniu pierwszej części – szczerze, subiektywnie, z perspektywy gracza, który po prostu lubi takie narracyjne wyprawy.
Stylistyka, grafika i klimat
Gra już od pierwszych minut urzeka stylistyką i klimatem lat 90. Velvet Cove, choć technicznie rzecz biorąc leży nad jeziorem, nie nad morzem, to prawdziwa kopalnia nostalgii. Bloom & Rage: Tape 1 potrafi zachwycić widokami – zachody słońca nad taflą wody są obłędne: niebo zalane różowo-pomarańczowym światłem, a powierzchnia jeziora odbija ostatnie promienie dnia jak lustro. Kilka razy po prostu się zatrzymywałem, żeby popatrzeć. Pastelowe barwy zmierzchu mieszają się z neonowymi akcentami estetyki lat dziewięćdziesiątych, dając efekt, który łatwo zapada w pamięć. W jednej ze scen bohaterki siedzą na drewnianym tarasie, patrząc na spokojne jezioro – miałem wrażenie, że oglądam interaktywny obraz olejny. Coś pięknego, kojącego.
Oprawa graficzna trzyma wysoki poziom, choć widać, że twórcom bardziej zależało na artystycznym klimacie niż na technicznych fajerwerkach. Modele postaci i lokacji są dopracowane, a światło świetnie buduje nastrój – nasycone kolory w retrospekcjach z 1995 roku kontrastują ze stonowanymi tonami współczesności. Świetnie wypadają też detale epoki: sklep video, flanelowe koszule, ogrodniczki, koszulka z napisem VOID, kasety magnetofonowe, plakaty – wszystko to buduje wiarygodny i ciepły klimat połowy lat dziewięćdziesiątych.
Muzyka i dźwięk też robią robotę – ścieżka dźwiękowa przyjemnie nawiązuje do alternatywnego grania z tamtego okresu, a tło dźwiękowe – szum drzew, fale uderzające o brzeg – skutecznie wciąga w świat gry. Wieczorne granie w słuchawkach naprawdę przenosiło mnie do innej epoki – do beztroskiego lata sprzed lat.
Fabuła i bohaterki
Tape 1 stawia na spokojne tempo – to opowieść, która rozwija się powoli, co jednych zauroczy, a innych może znużyć. Wcielamy się w Swann (tak, z dwoma „n” 😉) – nastolatkę zafascynowaną filmowaniem, która szykuje się do wyprowadzki z Velvet Cove i rozpoczęcia nowego życia w dalekim Vancouver. Przypadkowe spotkanie w wypożyczalni kaset wideo staje się początkiem znajomości z trójką nowych dziewczyn: Autumn, Norą i Kat.
Każda z nich jest zupełnie inna – mają różne charaktery, zainteresowania i style – ale między nimi szybko rodzi się naturalna więź. Relacje wypadają wiarygodnie i uroczo; czuć chemię typową dla paczki przyjaciół, której przyglądamy się z boku, ale z czasem zaczynamy czuć się jej częścią. Wkrótce dziewczyny zakładają garażowy zespół o nazwie Bloom & Rage – symbol ich wspólnego „rozkwitu i buntu” na progu dorosłości.
Muszę przyznać, że Swann – główna bohaterka – bardzo przypadła mi do gustu. Jest sympatyczna, wrażliwa i patrzy na świat przez obiektyw swojej kamery. Gra sprytnie wykorzystuje ten motyw: jako aspirująca operatorka Swann może nagrywać ważne momenty codzienności, a my razem z nią tworzymy coś na kształt osobistego filmu wspomnień. Samo nagrywanie (czyli kadrowanie, zoom, wciśnięcie przycisku) okazało się zaskakująco wciągające – naprawdę dobrze się bawiłem, kręcąc scenki z jej perspektywy. Czułem się trochę jak dokumentalista wakacji, które zapamiętuje się na całe życie. To prosty, ale bardzo trafiony mechanizm – dodaje osobistego charakteru i świetnie uzupełnia klasyczną eksplorację oraz dialogi. A że każdy gracz łapie inne kadry, nasze „taśmy” mają szansę być naprawdę unikalne.
Sama historia jest bardzo kameralna i mocno skupiona na bohaterkach. Przez większość czasu obserwujemy ich zwyczajne życie – pierwsze próby zespołu, wspólne wypady, rozmowy o marzeniach i lękach, powolne odkrywanie siebie nawzajem. Mnie to wciągnęło – lubię, gdy gra pozwala się zżyć z postaciami, zanim zacznie rzucać wielkimi wydarzeniami. Polubiłem tę czwórkę i zależało mi na ich relacji. Tempo jest wyraźnie spokojne, ale moim zdaniem to pasuje – pozwala chłonąć klimat beztroskiego lata, kiedy wszystko płynie trochę wolniej. Jasne, nie każdy to kupi – ktoś szukający szybkich zwrotów akcji może się odbić. Tape 1 bardziej snuje opowieść niż zaskakuje, a emocje czy dramaty zostawia na później. Podejrzewam, że większe uderzenie nastąpi dopiero w drugiej części.
W tle tej pozornie beztroskiej historii cały czas czai się coś więcej – subtelna, ale wyczuwalna tajemnica, która nadaje wszystkiemu lekki posmak niepokoju. Twórcy od początku sugerują, że to lato nie skończy się zwyczajnie. Pojawiają się przebłyski z 2022 roku, gdy bohaterki spotykają się po latach jako dorosłe kobiety, a pewne wydarzenia sprzed niemal trzech dekad wciąż rzucają cień na ich życie. Mamy tajemniczą przesyłkę adresowaną do dawnej kapeli Bloom & Rage, mamy sekrety, o których dziewczyny milczą.
Tape 1 zostawia nas z mnóstwem pytań – i to całkiem skutecznie buduje napięcie przed finałem w drugiej części. Mnie takie podejście kupiło. Czułem ten dobrze znany dreszcz: „co się właściwie stało?”, „czemu to wszystko wygląda tak niewinnie, a jednak coś tu nie gra?”. To wystarczyło, żeby gra – mimo spokojnego tempa – trzymała mnie przy sobie do końca.
Narracja jest subtelna, emocjonalna i zaskakująco dojrzała, jeśli spojrzeć na nią przez pryzmat tych wszystkich pastelowych, neonowych barw. Porusza tematy tożsamości, dorastania, przyjaźni i potrzeby buntu – w sposób szczery i niesilący się na efektowność. Momentami może się wydawać zbyt przyziemna, zwłaszcza jeśli ktoś oczekuje nadprzyrodzonych twistów w stylu Life is Strange – chociaż nie powiem, być może coś tutaj się jeszcze zadzieje. Ale dla mnie właśnie ta prostota i autentyczność okazały się największą siłą tej opowieści.
Problemy techniczne
Niestety, nawet najładniejsza gra potrafi czasem wybić z immersji przez techniczne niedociągnięcia. Bloom & Rage: Tape 1 nie jest co prawda tytułem AAA z ogromnym budżetem, ale mimo to trafiło się kilka zgrzytów. Najbardziej irytujące było doczytywanie się tekstur na postaciach – zdarzało się, że rozmawiałem z jedną z bohaterek, a jej ubranie przez chwilę wyglądało jak rozmazana plama, po czym nagle wskakiwała ostra tekstura z nadrukiem. Tego typu efekty pamiętam jeszcze z poprzedniej generacji, ale na PlayStation 5 z szybkim SSD? Zaskoczyło mnie to – i szczerze mówiąc, trochę zirytowało. Nie wpływa to może bezpośrednio na samą rozgrywkę, ale odbiera urok niektórym scenom, szczególnie tym bardziej filmowym.
Poza tym gra działała u mnie płynnie – bez spadków klatek czy większych błędów. Niemniej optymalizacja mogłaby być lepsza, bo przy tak liniowej i zamkniętej strukturze oczekiwałbym absolutnie bezproblemowego działania. Mam nadzieję, że twórcy jeszcze dopracują ten aspekt w aktualizacjach.
Warto też wspomnieć, że gra korzysta z Unreal Engine 5, więc instaluje się jako spory pakiet danych – ale na szczęście loadingi między scenami są krótkie i rzadkie. Podsumowując: drobne problemy techniczne nie zepsuły mi zabawy, ale w grze narracyjnej, która opiera się głównie na klimacie i emocjach, takie rzeczy nie powinny rozpraszać. Jest tu jeszcze trochę miejsca na poprawki.
Brak polskiej wersji językowej
Na osobną wzmiankę zasługuje coś, co osobiście mnie zabolało – brak polskiej wersji językowej. Bloom & Rage: Tape 1 nie oferuje nawet napisów po polsku (o dubbingu nie wspominając). Gdy w 2015 roku debiutowało Life is Strange, można było przymknąć na to oko – była to mała, ryzykowna produkcja od nieznanego jeszcze studia. Ale dziś, w 2025 roku, po sukcesach narracyjnych gier na naszym rynku, brak lokalizacji to już poważny minus.
Dla mnie to nie problem – ogarniam angielski i mogłem bez trudu śledzić fabułę. Ale przecież nie każdy gracz w Polsce ma taką swobodę, a ten tytuł opiera się niemal wyłącznie na historii i emocjach. Lokalizacja naprawdę pomogłaby w pełnym przeżyciu tej opowieści. Czytanie po angielsku – nawet jeśli sprawne – zawsze trochę odciąga uwagę od nastroju i zmusza do przeskakiwania między immersją a tłumaczeniem. W spokojnej, narracyjnej grze to po prostu nie powinno się zdarzać.
Mam nadzieję, że wydawca jeszcze to przemyśli – skoro fani Life is Strange robili własne tłumaczenia, to znak, że jest u nas realne zapotrzebowanie. Na ten moment trzeba się pogodzić z wersją angielską. Dla wielu graczy to nie będzie bariera nie do przejścia, ale niesmak pozostaje – bo aż chciałoby się przeżyć tę historię po polsku.
Podsumowanie i wrażenia końcowe
Spędziłem z Bloom & Rage: Tape 1 około 5–6 godzin i był to naprawdę przyjemny czas. Gra nie wyważa otwartych drzwi ani nie rewolucjonizuje gatunku – to wciąż dobrze znana, spokojna narracyjna rozgrywka w stylu Life is Strange – ale robi to, co powinna, i robi to solidnie. Wciągnąłem się w świat Velvet Cove, polubiłem bohaterki i z zainteresowaniem śledziłem kolejne sceny. To trochę jak czytanie interaktywnego pamiętnika albo oglądanie nostalgicznego filmu z młodości – ciepłe, emocjonalne doświadczenie, które zostawia po sobie coś dobrego.
Czy formuła walking simów mnie trochę męczy? Tak – już przed zagraniem czułem pewne zmęczenie schematem „idź, pogadaj, dokonaj wyboru”. Tape 1 go nie przełamuje, ale na szczęście wnosi coś od siebie: możliwość nagrywania wydarzeń z perspektywy Swann, nacisk na przyjaźń zamiast wątków romantycznych, ciekawy podział czasowy między przeszłość a teraźniejszość. Dzięki temu gra potrafiła mnie jeszcze zaskoczyć – czasem drobno, ale skutecznie.
Nie było tu efektu wow jak przy pierwszym Life is Strange, ale kilka momentów trafiło mnie prosto w serce. Uśmiechałem się, gdy dziewczyny razem muzykowały albo wygłupiały się podczas wypadu do lasu. Innym razem autentycznie coś mnie ścisnęło, gdy pojawiły się pierwsze sygnały, że ta sielanka długo nie potrwa. I właśnie takie szczere emocje cenię w grach najbardziej.
Na koniec warto przypomnieć, że Tape 1 dostępny jest w PlayStation Plus Extra, podobnie jak Tape 2, który pojawia się jako darmowa aktualizacja (o ile macie aktywny abonament). To świetna wiadomość – łatwiej sięgnąć po tego typu spokojną, narracyjną opowieść, gdy nie trzeba dodatkowo za nią płacić. Gdybym miał wydać pełną cenę, pewnie oczekiwałbym więcej nowości albo większego dopracowania. Ale w ramach subskrypcji? Bloom & Rage: Tape 1 okazało się małą perełką, którą z przyjemnością odkryłem – i nie żałuję ani minuty spędzonej z padem w ręku. Gra obroniła się klimatem, stylem i sercem, które zdecydowanie widać w każdym detalu.
Czy warto zagrać? Zdecydowanie tak – jeśli lubisz narracyjne gry i masz ochotę na coś spokojniejszego, bardziej kameralnego, to Tape 1 powinien trafić w Twój gust. Trzeba się nastawić na powolne tempo, ale w zamian dostajemy autentyczne postacie, piękne widoki i nutę tajemnicy, która skutecznie trzyma w napięciu. Ja już nie mogę się doczekać, by odpalić Tape 2 i zobaczyć, jak potoczą się losy Swann, Autumn, Nory i Kat. Pierwsza część zostawiła mnie z całą masą pytań – i dobrze. Mam nadzieję, że finał tej historii utrzyma poziom i przyniesie satysfakcjonujące domknięcie. A gdy tylko przejdę kontynuację, wrócę tu z aktualizacją.
Podsumowując, Bloom & Rage: Tape 1 to szczera, osobista przygoda, która mimo technicznych niedociągnięć i nieco ogranej formuły, potrafi naprawdę zauroczyć. Mnie kupiła klimatem i bohaterkami – na tyle, że znów uwierzyłem, iż nawet lekko wyeksploatowany gatunek może rozkwitnąć na nowo, jeśli twórcy włożą w niego serce.
Jeśli macie wolny wieczór i ochotę na interaktywny powrót do lat 90., warto dać tej „taśmie” szansę. Może przewinie w Was coś, o czym już zdążyliście zapomnieć – wspomnienia, emocje, klimat tamtych wakacji, które zdawały się trwać wiecznie. Ja swoją podróż do Velvet Cove odbyłem z uśmiechem na twarzy. Teraz czas przygotować się na drugą część – oby była równie dobra!
Moja ocena? 7/10 z możliwością poprawy – w zależności co dostarczy Taśma 2 🙂
AKTUALIZACJA
Po ukończeniu Tape 2 czuję, że warto wrócić i domknąć ten tekst kilkoma zdaniami. Druga część to tak naprawdę czystej krwi finał – bardzo krótki, przeszedłem go w ok. 3 godziny. Sprawia wręcz wrażenie wypuszczonego z opóźnieniem nie dlatego, że to zaplanowana druga połowa historii, ale dlatego, że twórcy po prostu nie zdążyli przygotować pełnej gry na premierę. I niestety, trochę to czuć.
O ile jedynka rozwijała się wolno, ale budowała więź z bohaterkami, tak dwójka skutecznie tę sympatię rozmywa. Im dalej, tym bardziej miałem wrażenie, że patrzę nie na pogubione nastolatki, tylko na grupkę dramatyzujących dzieciaków na hormonach. Coraz mniej ich decyzji wydawało mi się zrozumiałych, a jeszcze mniej – słusznych.
Tak, pada w końcu odpowiedź na pytanie, co wydarzyło się latem 1995 – i jest ona w pewnym sensie satysfakcjonująca, choć już dobre pięć minut przed finałem domyślałem się, jak to się skończy. Niestety, wątki rozgrywające się współcześnie, w scenach z 2022 roku, mocno rozczarowują. Spotkanie bohaterek w barze miało potencjał, ale okazuje się po prostu… nudne. Kobiety nie tylko nie dorosły, ale chwilami sprawiają wrażenie jeszcze bardziej irytujących niż w czasach młodości.
Relacje między postaciami właściwie się nie pogłębiają, a wszystkie równym tempem staczają się przez swoje chaotyczne, często bezsensowne wybory. Nie pojawia się też żadna nowa mechanika – gameplayu jest tu jak na lekarstwo, a wybory nie wnoszą większej głębi.
Technicznie również nie jest lepiej – stroje i twarze nadal potrafią się doczytywać z opóźnieniem, a gra raz nawet wyrzuciła mnie do menu PS5. Ciekawostką były dziwne, półprzezroczyste sylwetki – z początku myślałem, że to glitch, ale prawdopodobnie to celowy zabieg stylistyczny – zwłaszcza w barze postarajcie się czasami wyglądać za okno – zrozumiecie o co chodzi. Tyle że nawet to nie robi większego wrażenia, bo gubi się w całości.
Tape 2 teoretycznie domyka historię, ale scena po napisach otwiera furtkę do kontynuacji – i szczerze mówiąc, nie mam na nią ochoty. Nie dlatego, że gra mnie zmęczyła (to wciąż nie poziom zmęczenia, które zafundowało mi Life is Strange 2), ale dlatego, że cała opowieść nie prowadziła do niczego naprawdę znaczącego. Zabrakło mi poczucia celu, większej puenty czy emocjonalnego uderzenia, które uzasadniałoby tę dwuetapową konstrukcję.
Finalnie oceniłbym całość na 6/10 – niżej niż po przejściu pierwszej taśmy – bo choć Bloom & Rage miało swoje momenty i przez większość czasu grało mi się przyjemnie, to ostatecznie pozostał lekki niedosyt. Finał zbyt wiele obiecywał, a zbyt mało dowiózł.
Czy warto zagrać? Jasne – jeśli jesteś fanem gatunku i masz słabość do narracyjnych historii, to obowiązkowy seans. Ale jeśli dopiero chcesz zacząć swoją przygodę z walking simami, lepiej sięgnij po coś innego – na przykład po True Colors, ostatnie Life is Strange, albo wręcz cofnij się do The Wolf Among Us od Telltale. Bo mimo całego klimatu i stylu, Bloom & Rage nie wnosi do tej formuły nic nowego.














