Skip to main content

Lubię oglądać z moją mamą świąteczne komedie, więc kilka dni temu zupełnie bez planu wybraliśmy się do kina na Piernikowe serce. Wcześniej o tym filmie nie słyszałem – naprawdę nic do mnie nie dotarło, bo promocja praktycznie nie istniała.

Premiera wypadła pod koniec listopada, czyli w idealnym momencie na wejście w świąteczny klimat, zwłaszcza że w tym sezonie pojawiło się kilka innych tytułów celujących w ten sam nastrój. Moje zaskoczenie było przez to jeszcze większe, bo Piernikowe serce okazało się ciepłą, lekką i bardzo przyjemną historią. Trafiliśmy na seans trochę z przypadku, ale w tym wypadku przypadek naprawdę zadziałał na korzyść – czasem takie spontaniczne decyzje okazują się najlepsze.

Piernikowe serce to lekka, świąteczna komedia romantyczna, która stawia przede wszystkim na humor i rodzinne emocje. Akcja dzieje się w grudniowym Toruniu i muszę przyznać, że miasto wygląda w filmie naprawdę świetnie – ośnieżony rynek, małe uliczki, cała ta pocztówkowa atmosfera robi swoje. W centrum historii jest Dagmara, grana przez Małgorzatę Sochę, która po śmierci ojca próbuje tchnąć nowe życie w obiecaną mu kiedyś kawiarnie. Równolegle do miasta wracają Justyna i Cezary z synem, a ich powrót wymusza zmierzenie się z tym, co dawno powinno zostać uporządkowane. Mamy też wątek nastoletni – 16-letni Janek poznaje odważną i bezpośrednią Zuzę, sąsiadkę swojej babci Melanii. Ich przypadkowe spotkanie przeradza się w historię o pierwszym zauroczeniu, odkrywaniu siebie i o tym, że czasem trzeba zrobić krok w nieznane, nawet jeśli trochę przeraża. W tle przewija się jeszcze kolorowy duet influencerów: Samanta i jej mąż Paweł. Ta dwójka dodaje filmowi energii i współczesnego humoru, który nie zawsze pasuje do świątecznej ramy, ale potrafi fajnie ożywić sceny. Ostatecznie cały film kręci się wokół rodziny, miłości i drugich szans – i robi to w sposób wystarczająco ciepły, żeby wejść w świąteczny klimat, nawet jeśli widz nie oczekuje od takiej produkcji zbyt wiele.

W Piernikowym sercu pojawia się cała masa znanych twarzy: Małgorzata Socha jako Dagmara, Katarzyna Żak jako Melania, Barbara Kurdej-Szatan i Piotr Głowacki w roli Samanty i Pawła, do tego Mikołaj Roznerski, Olga Bołądź, Stefan Pawłowski, Dorota Zięciowska, Weronika Mania i młody Jakub Strach jako Janek. Przy takim zestawie spodziewałem się wszystkiego – od chaotycznej zbieraniny po klasyczną świąteczną przesadę – ale ekipa naprawdę mnie zaskoczyła. Widać, że aktorzy dobrze się czuli w swoich rolach i potrafili to przekuć w coś autentycznego. Kurdej-Szatan i Głowacki jako gadatliwe małżeństwo influencerów mają świetne tempo i wyczucie komedii, a Socha z Żak tworzą bardzo ciepły, wiarygodny duet matki i córki. Każda postać ma tu swój charakter i coś, co ją wyróżnia. Dzięki temu film nie rozjeżdża się na wątki, tylko zyskuje lekkość i sympatyczną energię. I właśnie to aktorskie „ludzkie” podejście sprawiło, że całość odbiera się dużo lepiej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Film jest typową, ale naprawdę ciepłą świąteczną komedią romantyczną – taką, która od pierwszych minut pachnie cynamonem, bawi i buduje rodzinny klimat. Wciąga już w otwarciu i bardzo konsekwentnie gra na pozytywnych emocjach. Raz potrafi rozśmieszyć, a chwilę później dorzuca małe wzruszenie, więc całość ogląda się lekko i bez poczucia sztuczności. Ogromnym atutem jest zimowy Toruń, pokazany wręcz bajkowo. Ujęcia starówki, jarmarku i tych małych zakamarków wyglądają jak żywcem wyjęte z zimowej pocztówki. Trochę można odnieść wrażenie, że miasto samo w sobie staje się bohaterem – pełnym światełek, zapachu pierników i świątecznej atmosfery. To wszystko sprawia, że film naprawdę przenosi widza w grudniowy nastrój, i nawet jeśli jest to komedia bardzo „zgodna z gatunkiem”, to nadrabia urokiem, obrazem i szczerością.

Historia Janka i Zuzy to dla mnie jeden z najmocniejszych punktów całego filmu. Dawno nie widziałem w polskim kinie tak dobrze poprowadzonego teen-romansu – bez przesadnego lukru, bez sztucznej słodyczy, po prostu z wyczuciem. Ich relacja jest autentyczna, świeża i dokładnie taka, jaka powinna być, kiedy bohaterowie mają te swoje pierwsze, nie do końca jeszcze oswojone emocje. Momentami jest to uroczo nieporadne, momentami odważne, a w wielu scenach zwyczajnie prawdziwe. Te drobne gesty, spojrzenia, niepewne rozmowy czy sytuacje, w których Janek próbuje zrobić dobre wrażenie na Zuzi, wywołują szczery uśmiech, bo brzmią jak coś, co mogłoby wydarzyć się naprawdę. Cały ten wątek jest wzruszający, ale nie dominuje filmu – ładnie wpasowuje się w resztę historii i nadaje jej lekkości. Dzięki temu ta młodzieżowa część opowieści nie jest tylko dodatkiem, ale realnym, żywym elementem, który podnosi jakość całej produkcji. Brawa oczywiście dla młodych aktorów – jesteście najlepsi!

Wszyscy aktorzy zagrali tu naprawdę przekonująco – każdy z nich dorzucił swojej postaci coś, co sprawiało, że łatwo było w tę historię uwierzyć. Szczególnie dobrze wypada duet Małgorzaty Sochy i Katarzyny Żak. Ich relacja „córki” i teściowej jest szczera i oparta na emocjach, które widać w każdym spojrzeniu – nawet jeśli początkowo wybitnie trudna. To jedna z tych filmowych par, które nie potrzebują wielkich słów, żeby stworzyć coś autentycznego, wystarczyło, że są. Fajnie obserwuje się też Barbarę Kurdej-Szatan, która w roli nieco przerysowanej, ale sympatycznej influencerki świetnie wykorzystuje swój komediowy instynkt. Wnosi dużo energii i luzu, dzięki czemu sceny z jej udziałem są zwyczajnie zabawne.

Całość dopełniają ciekawie zaprojektowane wnętrza, choć każde z nich działa na inny sposób. Dom Melanii jest raczej chłodny i mało przytulny – widać, że bohaterowie żyją tam bardziej „z konieczności” niż z potrzeby budowania świątecznej atmosfery. Z kolei kawiarnia Dagmary dopiero powstaje, więc zamiast gotowego klimatu mamy proces tworzenia miejsca, które dopiero nabiera charakteru. Najbardziej wyróżnia się dom Samanty – urządzony z rozmachem rodem z amerykańskich filmów, pełen światełek i ozdób, wręcz ocierający się o świąteczną przesadę. Ktoś miał tu naprawdę dobre oko, bo dzięki takim detalom film zyskuje dodatkowy wizualny smak, a każdy z tych domów mówi coś o swoich właścicielach. – Dlatego też brawa należą się osobie odpowiedzialnej za wszelkiej maści scenografie, wykonała kawał dobrej roboty.

Z przykrością muszę przyznać, że mało kto w ogóle usłyszy o Piernikowym sercu. Promocja była praktycznie niewidoczna, a ja sam trafiłem na ten tytuł dopiero przypadkiem, przeglądając repertuar kina. I szkoda, bo to film, który spokojnie mógłby znaleźć swoją widownię, gdyby tylko ktoś dał mu szansę zaistnieć.

Mam jednak jeden wyraźny zgrzyt – lokowanie produktów. O ile obecność influencerki w fabule tłumaczy pewien poziom „product placementu”, o tyle chwilami robi się to zwyczajnie nachalne. Logo filtra do wody ustawione idealnie pod kamerę, paczka chipsów pokazana jak w reklamie… a do tego scena w biurze podróży, gdzie bohaterowie faktycznie wybierają ofertę, ale cała rozmowa z pracownicą brzmi jak zestaw marketingowych sloganów. To już bardziej przypomina prezentację katalogu niż naturalny dialog. Takie momenty wybijały mnie z seansu, bo zamiast skupić się na bohaterach, dostawałempalpitacji zażenowania, albo liczyłem ile razy wystąpi dany produkt. Szkoda, bo film ma wystarczająco dużo uroku, żeby nie musieć podpierać się tak intensywnym pokazywaniem marek. A jak już w niego inwestujemy, to może chociaż dołóżmy promocje samego filmu, aby ktokolwiek oprócz mnie na niego poszedł? Cóż, no dobra, ktoś tam o nim wie – na sali podczas seansu o 20:00 było sześć innych osób.

Piernikowe serce okazało się uroczą, familijną świąteczną produkcją, przy której naprawdę dobrze się bawiliśmy – ja i moja mama wyszliśmy z kina szczerze uśmiechnięci. Jasne, film ma swoje słabsze strony: praktycznie zerową promocję, przez co mało kto w ogóle o nim usłyszy, oraz kilka momentów z nachalnym lokowaniem produktów, które potrafią wybić z rytmu.

Jednak jako całość działa zaskakująco dobrze. Historia jest prosta, ale szczera, bohaterowie sympatyczni i bardzo ludzcy, a zimowy Toruń prezentuje się tak pięknie, że aż chce się tam pojechać choćby na chwilę. To film, który nie udaje niczego wielkiego – po prostu daje ciepło i pozytywną energię wtedy, kiedy najbardziej jej potrzebujemy.

Polecam go każdemu, kto szuka lekkiego, uczciwie zrobionego filmu na grudniowy wieczór. Idealnie wchodzi z kubkiem gorącej herbaty i kawałkiem piernika.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply