Szczerze mówiąc, nie miałem zamiaru pisać tej recenzji. Mario Kart World na Switch 2 rozczarował mnie na tyle, że wolałem temat przemilczeć – gra zwyczajnie mi nie podeszła. Jednak z czasem trudno było mi to zignorować. W sieci pojawia się coraz więcej głosów, że najnowsza odsłona Mario Kart zaczyna powoli gasnąć, tracąc zainteresowanie graczy. Skoro ludzie mówią otwarcie, że produkcja staje się „martwa”, uznałem, że i ja powinienem zabrać głos. Tym bardziej, że chociaż próbowałem dać Mario Kart World szansę, ostatecznie frustracja wygrała z sentymentem. Będzie więc szczerze, osobiście i bez taryfy ulgowej.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zaskakująco uboga zawartość w porównaniu z poprzednią częścią. Mario Kart 8 Deluxe przyzwyczaił nas do niesamowicie rozbudowanego zestawu aż 96 tras, podczas gdy Mario Kart World oferuje ich jedynie około 30. Nawet jeśli doliczymy dodatkowe wariacje tras, liczba ta rośnie raptem o kilka pozycji. Od początku więc towarzyszyło mi wrażenie niedosytu. Oczywiście nie oczekiwałem od razu pełnego pakietu blisko setki torów, ale patrząc na to, jak bardzo skurczyła się zawartość względem poprzednika, trudno było uniknąć poczucia zawodu.
Co gorsza, same nowe trasy, choć technicznie prezentują się przyzwoicie, są zdecydowanie mniej zróżnicowane niż dotychczas. Ile razy można dostać kolejną wersję toru w stylu autostrady, pustyni czy zimowej krainy? Wiele z tych aren przypomina po prostu lekko zmienione kopie starych pomysłów – tylko z odświeżoną grafiką. Brakuje mi elementu zaskoczenia i świeżości. Jasne, znajdzie się kilka bardziej wyrazistych miejscówek (jak futurystyczny DK Spaceport czy neonowe Crown City), jednak całość nie jest już tak barwna i pełna emocji, jak kiedyś. Poprzednia część emanowała energią, każda trasa miała własny charakter. Tym razem spora część lokacji zlewa się w jedno monotonne tło. Może był to celowy zabieg, bo trasy łączą się w jedną dużą mapę, ale mnie osobiście zabrakło iskry – momentów zachwytu nad wyjątkowością kolejnych plansz.
Niestety, wraz ze spadkiem liczby torów, ucierpiała również dynamika samych wyścigów. Klasyczne Mario Kart słynęło przecież z intensywnego tempa i emocjonujących, ciasnych zakrętów, gdzie każdy drift mógł zaważyć na zwycięstwie. Tym razem Nintendo zdecydowało się na dziwny eksperyment z formułą Grand Prix – pierwszy wyścig w każdym pucharze to tradycyjne trzy okrążenia, natomiast kolejne trasy to długie, szerokie odcinki łączące różne lokacje. Nie zawsze i czasami spotkamy oryginalny wyścig, jednak ponieważ ścigamy się na mapie świata – proste trasy podzielone na checkpointy zdarzają się częściej niż bym chciał. I choć początkowo brzmi to ciekawie, te proste „dojazdówki” szybko zaczynają nużyć. Brakuje im adrenaliny i wyzwań – to raczej proste przejazdy bez większych emocji. Więc po chwili pojawia się rutyna i nuda. Nie dziwię się, że wielu graczy przestało w ogóle sięgać po tryb Grand Prix, bo zwyczajnie tęsknią za klasyczną formułą opartą na trzech szybkich okrążeniach. Wiem, ze da się takie zmontować własnoręcznie w opcjach, ale to jednak nie to samo.
Mario Kart World wprowadza też zupełnie nowy tryb – Eliminację (Knockout Tour), w którym aż 24 zawodników ściga się przez ciąg tras, tworząc jeden ogromny rajd. Przyznaję, że to akurat potrafi być niezłą zabawą: ekran pełen chaosu, regularne eliminacje najsłabszych graczy – brzmi jak recepta na dobrą rozrywkę. Rzeczywiście, Knockout Tour jest najbardziej elektryzującym elementem nowej odsłony.
Problem pojawia się jednak, gdy ten sam chaotyczny schemat przenosi się do standardowych wyścigów online czy trybu Grand Prix. Przy tak dużej liczbie graczy i natłoku przedmiotów, wyścigi zmieniają się w czystą loterię – umiejętności tracą znaczenie, bo niezależnie od tego, jak dobrze jedziesz, wystarczy chwila, by z pierwszego miejsca spaść na ostatnie (lub odwrotnie). Trudno czerpać satysfakcję ze zwycięstwa, gdy prowadzenie w każdej chwili może zmienić się w klęskę przez przypadkową serię pocisków czy power-upów. Taki chaos może być zabawny podczas imprezy ze znajomymi, ale dłuższa gra szybko zaczyna irytować. Po kilkunastu godzinach spędzonych z Mario Kart World odczuwałem już nie tyle ekscytację, co zmęczenie i frustrację. Niestety, gra traci przez to urok, który od zawsze był jej znakiem rozpoznawczym. Coraz mocniej dociera do mnie, że nowa odsłona Mario Kart jest po prostu mniej wciągająca niż jej poprzednicy.
Największą nowością Mario Kart World jest oczywiście tryb Free Roam – swobodna jazda po otwartym świecie, który łączy wszystkie trasy. Na papierze pomysł brzmiał świetnie: od dawna marzyłem o dużej piaskownicy w stylu Mario Kart, w której mógłbym beztrosko eksplorować, odkrywać sekrety czy nawet podejmować się różnych misji, podobnie jak kiedyś w Diddy Kong Racing. Nintendo jednak poszło inną drogą. Otwarty świat jest tutaj głównie dekoracją – jeździsz, podziwiasz widoczki… i niewiele poza tym. Z przykrością stwierdzam, że choć świat ma spory potencjał, to w praktyce okazuje się zwyczajnie pusty. Już po kilkunastu minutach odczułem znużenie – brakuje aktywności, które mogłyby utrzymać moje zainteresowanie na dłużej. W efekcie to, co miało być największym atutem nowej odsłony, szybko stało się jej największym rozczarowaniem.
Owszem, świat w Mario Kart World nie jest zupełnie pusty – twórcy porozrzucali tu trochę znajdziek i drobnych aktywności. Można więc zbierać monety Peach (tzw. Medale Księżniczki), trafiać na ukryte bloki zapytania albo uruchamiać krótkie wyzwania zręcznościowe za pomocą przełączników P. Problem polega na tym, że szybko orientujemy się, jak bardzo powtarzalne są te zadania: „przejedź przez kilka checkpointów na czas”, „zbierz niebieskie monety przed końcem limitu” – i tak w kółko. Początkowo próbowałem się tym bawić, ale po kilku godzinach czułem, że tracę czas.
Największym rozczarowaniem są jednak nagrody za wykonywanie tych zadań. Liczyłem na coś atrakcyjnego, co zmotywuje mnie do dalszego działania, tymczasem za większość misji dostajemy jedynie… nalepkę. Tak, drobną ikonkę, którą można sobie przykleić obok nicku w trybie online, choć niemal nikt nawet nie zwróci na nią uwagi. Mój początkowy entuzjazm wyparował w mgnieniu oka – bo po co mam inwestować czas w aktywności, które niczego realnie nie dają? Nintendo stworzyło więc piękny i barwny świat, ale zapomniało nadać mu głębi i sensu. Szkoda, bo potencjał był tu naprawdę spory.
W Free Roam brakuje jakiegokolwiek konkretnego celu, który zachęciłby do eksploracji świata. Ten tryb nie oferuje ani fabuły, ani chociażby luźnego wątku, który motywowałby gracza do dalszej jazdy – po prostu „jedź przed siebie i odpoczywaj”. Na papierze może brzmi to relaksująco, ale w praktyce szybko staje się nudne i bezcelowe. Niestety, Nintendo nie zadbało nawet o podstawowe udogodnienia, takie jak możliwość oznaczenia punktów na mapie czy wyznaczenia trasy do kolejnego wyzwania. Zamiast tego jeździ się zupełnie „na wyczucie”, często błądząc po mapie i walcząc z monotonią. Sam kilka razy niemal przysypiałem, gdy desperacko próbowałem odnaleźć ostatnie znajdźki.
Największym zawodem jest jednak aspekt społeczny. Nie potrafię zrozumieć, jak Nintendo mogło pominąć opcję wspólnego zwiedzania świata na podzielonym ekranie! Kanapowy multiplayer od zawsze był sercem Mario Kart, a tutaj, w najbardziej otwartym trybie, został całkowicie zignorowany. Można co najwyżej eksplorować w pojedynkę lub online, ale już lokalnie we dwoje – nie. Dla mnie to ogromne niedopatrzenie. Marzyłem przecież o wspólnej, beztroskiej jeździe po otwartym świecie Mario razem ze znajomymi – gra jednak szybko sprowadziła mnie na ziemię. Generalnie najpewniej chodzi o wielkość mapy – bo w lobby online można trochę „pojeździć” na podzielonym ekranie, ale oczywiście całość się resetuje, gdy oddalimy się od siebie za bardzo. W efekcie Free Roam stał się trybem, do którego zaglądałem na samym początku, lecz bardzo szybko całkowicie go porzuciłem z powodu braku motywacji.
Najbardziej jednak boli zmarnowany potencjał. Twórcy zupełnie nie wykorzystali możliwości, jakie dawał otwarty świat – aż prosiło się, by eksploracja i wykonywanie wyzwań nagradzane były czymś sensownym, np. nowymi postaciami, pojazdami czy ciekawymi strojami. Niestety, w Mario Kart World wszystko jest sztywno podzielone: postacie zdobywamy wyłącznie przez wygrywanie Pucharów, pojazdy za zebrane monety, a stroje tylko poprzez zbieranie jedzenia podczas wyścigów. Swobodna jazda po świecie nie daje właściwie nic wartościowego – to ogromna, niewykorzystana szansa.
Mam wrażenie, że Nintendo stworzyło wielki plac zabaw, ale zabrakło odwagi, by zrobić z nim coś naprawdę interesującego. W efekcie dostaliśmy piękną, lecz płytką makietę, która zachwyca wizualnie, ale w środku okazuje się zupełnie pusta. Mario Kart World obiecuje wielką przygodę, a w rzeczywistości oferuje tylko garść powtarzalnych zadań bez większego sensu. Piękne, kolorowe opakowanie, które kryje jedynie rozczarowanie.
Mario Kart 8 Deluxe przyzwyczaił mnie do bogatej obsady i świetnych opcji personalizacji – ponad 40 zróżnicowanych postaci (w tym także goście z Zeldy czy Splatoona) oraz tuning pojazdów dawały naprawdę spore pole do zabawy. Mario Kart World niby idzie jeszcze dalej, oferując aż 50 bohaterów, ale w praktyce nie wypada to już tak imponująco.
W pierwszej chwili duża liczba robi wrażenie, ale szybko okazuje się, że większość nowych postaci to dziwaczny wybór – można tu grać Goombą, krową z Moo Moo Meadows, rybką Cheep Cheep, a nawet pingwinem. Rozumiem humorystyczny aspekt takiego wyboru, ale jednocześnie z rosteru zniknęło wielu ulubieńców fanów. Koopalings? Nie ma. Diddy Kong? Zniknął bez śladu. Link, Inkling, Villager – wszyscy nieobecni. To bardzo dziwny krok wstecz po tym, jak poprzednia część rozpieszczała nas różnorodnością i gościnnymi występami.
Sam szczególnie odczułem brak Diddy Konga – postać, którą zawsze wybierałem. Teraz jej brak wydaje się kompletnie niezrozumiały, zwłaszcza w kontekście tak dużej liczby dodanych postaci drugoplanowych. Co więcej, wiele nowych „bohaterów” to w zasadzie stare postacie ubrane w inne stroje, ale zajmujące osobne miejsca na liście. W MK8 można było po prostu zmienić kolor czy kostium Yoshiego lub Shy Guya – tutaj każda wariacja jest traktowana jak nowa postać. Efektem jest lista kierowców sztucznie napompowana duplikatami, co wygląda na niepotrzebny bałagan.
Szybko poczułem więc, że duża liczba postaci to tylko marketingowy chwyt. Realnie nowych, ciekawych bohaterów jest tu raptem kilkanaście, a cała reszta to kosmetyczne zapychacze. Obawiam się też, że brakujące postacie pojawią się później w formie płatnych DLC – co byłoby wyjątkowo niesmaczne, zwłaszcza przy cenie 80$ za podstawową wersję gry. Mam więc wrażenie, że Nintendo zrobiło krok do tyłu – z pozoru dając nam więcej, a w praktyce zabierając sporo tego, co w Mario Kart 8 Deluxe było najlepsze.
Najbardziej jednak boli mnie coś innego: Mario Kart World bardzo szybko stracił impet i społeczność. Pamiętam pierwsze dni po premierze – ekscytacja, dyskusje, pełne lobby online. Ale wystarczył miesiąc, by wszystko przycichło. Coraz częściej słyszę, że gracze wracają do Mario Kart 8 Deluxe, a World kurzy się na półkach. Powody? Wszystkie wymienione wcześniej – uboższa zawartość, chaos zamiast balansu, nietrafione zmiany.
Sam przekonałem się o tym boleśnie, gdy próbowałem zagrać online. Czekanie kilka minut na uzupełnienie lobby, wyścigi startujące z niepełną obsadą, brak dynamiki. Zdarzało mi się grać w trybie online z 10 czy 12 graczami zamiast obiecanych 24. System matchmakingu działa wolno, a dodatkowe filtrowanie według rankingów jeszcze bardziej rozbija pulę. Gracze wychodzą z lobby zniecierpliwieni – nic dziwnego, skoro czasem czeka się nawet 8 minut, by w ogóle ruszyć wyścig. W sieci pojawiają się coraz bardziej dosadne pytania: czy Mario Kart World już umarło? I choć może to brzmieć dramatycznie, coś w tym jest. Społeczność coraz głośniej mówi o rozczarowaniu. Czytam wątki, w których gracze otwarcie przyznają, że wrócili do MK8 Deluxe – bo tam jest więcej tras, lepszy balans, przyjemniejszy tryb online. Sam również się na tym złapałem. Dla odreagowania frustracji uruchomiłem starego Switcha i odpaliłem MK8. I bawiłem się… po prostu lepiej.
Oczywiście, są tacy, którym World się podoba. Na starcie gra zebrała bardzo dobre oceny – część recenzentów chwaliła ją za innowacje, przystępność i piękną oprawę. I nie będę tego negował: Mario Kart World nie jest złą grą. To wciąż solidna, dopracowana technicznie produkcja Nintendo. Graficznie prezentuje się świetnie, kolory są intensywne, a ścieżka dźwiękowa jak zwykle stoi na bardzo wysokim poziomie. Mechanicznie też jest w porządku – nowe triki, jak grindowanie, skoki z driftu czy jazda po ścianach, dodają dynamiki. Model jazdy nadal daje frajdę (chociaż te wspomniane wyżej bzdury z jazdą po ścianach czy rampach bardziej mnie irytują niż jarają), a tryb Eliminacji potrafi naprawdę wciągnąć. Online (gdy już działa) jest stabilne, a gra utrzymuje 60 klatek nawet w największym chaosie.
Ale mimo tych wszystkich zalet, czuję niedosyt. Mario Kart World to gra pełna kontrastów – z jednej strony pełna błyskotek, z drugiej zaskakująco pusta w środku. Potrafi dawać świetną zabawę, ale równie często frustruje. Zostawia wrażenie gry, która mogła być czymś więcej, ale nie do końca wie, czym chce być.
Bawiłem się momentami świetnie. Ale częściej… kręciłem głową z rozczarowaniem. I będzie tylko gorzej, bo moja żona już się znudziła i również chce wrócić do Mario Kart 8.
Mario Kart World miał być spełnieniem marzeń – świeżym startem kultowej serii na nowej konsoli, z rozmachem godnym ośmiu lat oczekiwania. Tymczasem okazał się moim największym growym zawodem ostatnich lat. Jako tytuł startowy Switcha 2 startował z wysokiego C – ale im dalej w grę, tym bardziej czułem, że to nie jest ten sam Mario Kart, którego pokochałem.
Owszem, gra wprowadza kilka świeżych pomysłów: ogromny świat do swobodnej jazdy, nowe mechaniki ruchu, tryb Eliminacji, większy chaos na trasach. Tyle że za te nowinki zapłaciliśmy zbyt wysoką cenę. Mniej tras, słabsza kampania Grand Prix, niewykorzystany Free Roam, uproszczona personalizacja, dziwaczne decyzje przy doborze postaci – wszystko to sprawia, że World to bardziej krok w bok niż naprzód. Gra, która próbuje trafić do każdego, ale nie zachwyca nikogo w pełni.
Mario Kart World mnie nie kupił. I wygląda na to, że sporej części graczy też nie. To wciąż Mario Kart, więc zabawa bywa – ale magia gdzieś uleciała. Pozostaje mieć nadzieję, że jeszcze ją odzyskamy – bo na razie… ciężko tu dojechać do mety. Moja ocena to 6/10, i chociaż chciałbym, aby było tylko lepiej, to trudno mi w to uwierzyć.
ps. nie wierzycie? Nawet screeny, które znalazłem do tego tekstu są miałkie i totalnie bez powera. A naprawdę szukałem dobrych!






Skoro już mowa o kostiumach – to niestety kolejny krok w tył. W Mario Kart 8 Deluxe alternatywne wersje postaci, jak różne kolory Yoshiego czy Shy Guya, odblokowywało się prosto i szybko, a stroje w stylu Mario Tanooki czy Linka pojawiały się w DLC albo były dostępne od ręki. W Mario Kart World kostiumy niby są, ale ich system odblokowywania to jakiś żart.











