Skip to main content

Na Baw się dobrze i przeżyj poszedłem do kina trochę z musu i trochę z przekory, bo marketing tego filmu skutecznie mnie do niego zniechęcił. Zwiastun wyglądał jak krzykliwa, chaotyczna nawalanka, w której wszystko jest na ósmym biegu i nikt nie pamięta, że kino to nie tylko montaż pod playlistę z szybkich przebojów. Tymczasem okazało się, że pod tą warstwą hałasu siedzi całkiem sensowny, pomysłowy koncept science fiction, który może i bywa głupiutki, ale trzyma się kupy na tyle, że dwie godziny uciekają zaskakująco gładko. I, co najlepsze, sala śmiała się w momentach, których raczej nikt w scenariuszu nie zaznaczył jako wielkie prześmieszne punchline’y – ale ta przypadkowa śmieszność paradoksalnie tylko dodawała całości uroku. A za zaproszenie na pokaz prasowy dziękuję firmie Kino Świat.

Zacznijmy od tego, co tu w ogóle oglądamy. Baw się dobrze i przeżyj to miks science fiction, kina akcji i komedii, to kino gatunkowe mieszające komedię z praktycznie horrorem. Punkt wyjścia jest prosty: facet wpada do całodobowej restauracji w Los Angeles i ogłasza, że jest z przyszłości. Bierze ludzi na zakładników, bo potrzebuje z nich złożyć ekipę, która pomoże mu uratować świat przed zbuntowaną sztuczną inteligencją. Problem w tym, że tobi to już prawie dwusetny raz, bo właściwie nigdy nie udało się mu dotrzeć do celu, a ekipa, którą raz za razem werbuje… zwykle umiera gdzieś w środku drogi. Brzmi jak pomysł rzucony gdzieś na szybko na zebraniu reżyserów, i to tych mniej waznycy – ale w praktyce działa zaskakująco dobrze. Dzięki temu film jest dość kameralny, a jednocześnie potrafi odlecieć w totalne sci-fi. Czyli to co tygryski lubią najbardziej, w sfery, które niby znamy, ale na dobrą sprawę jeszcze ich nie widzieliśmy. Takie twisty to ja szanuję.

Fabuła jest tu naprawdę prosta, przynajmniej na starcie. Mamy jeden bar, zamkniętą przestrzeń i grupę przypadkowych ludzi, których los nagle łączy w dość absurdowych okolicznościach. Do środka wpada Sam Rockwell jako gość z przyszłości, przejmuje kontrolę i przekonuje wszystkich, że jeśli z nim nie pójdą, to świat który znają po prostu się skończy. Po drodze film dorzuca krótkie wglądy w przeszłość bohaterów – bardziej w formie lekkiej satyry niż wielkich twistów – żeby pokazać, jak każdy z nich wpisuje się w ten technologiczny chaos, o którym opowiada cała historia. I właściwie te retrospekcje to najlepsze co ten film spotkało, nie tylko świetnie nakreślają powagę (lub niepowagę) akcji, co większość z nich mogłaby zostać odcinkiem Black Mirror. Pomysły mamy tutaj naprawdę ciekawe i wyjątkowe, może odrzucone z mądrzejszych rzeczy, ale na pewno na tyle rajcujące, aby produkcji wybaczyć wszystko inne.

Na pierwszym planie jest Sam Rockwell i robi dokładnie to, co potrafi najlepiej – zmęczony, wkurzony antybohater, któremu nie ufasz, ale i tak za nim idziesz. Ciągnie film, nawet kiedy dialogi zaczynają się zapętlać. Haley Lu Richardson jako Ingrid zaczyna jak żart (uczulenie na Wi-Fi!), a kończy jako najbardziej „ludzka” postać z bardzo dotkliwą, przejmującą historią. Michael Peña dorzuca nerwową, lekko przerysowaną energię, a Zazie Beetz i Asim Chaudhry pilnują, aby każdy przyjął potężną dawkę humoru. Juno Temple, której osobiście nie lubię – zahacza o cięższe klimaty życia i śmierci, a także rozterek moralnych, ale wypełnia swoje zadanie znakomicie, więc trudno jej czegokolwiek zarzucić. Nie wszyscy dostają jednakowo dużo czasu antenowego – część to bardziej chodzące gagi niż pełne postacie – ale całościowo obsada robi robotę, nawet jeśli momentami scenariusz każe im grać trochę na pałę.

Największym zaskoczeniem była dla mnie energia tego filmu. To jest taka mieszanka mrocznej opowieści o technologii i totalnego chaosu formy – raz duszny thriller w jednym pomieszczeniu, za chwilę niemal kreskówkowa satyra na social media. Bywa głupawo, momentami aż za bardzo „pod tezę”, ale tempo robi robotę. Zanim zdążysz się zmęczyć kolejnym monologiem o algorytmach i dopaminie, film wrzuca coś dziwnie przerysowanego albo po prostu śmiesznego i znowu łapie rytm. Najlepiej działa sam pomysł – gość z przyszłości, który kolejny raz próbuje złożyć drużynę z ludzi totalnie nieprzystosowanych do ratowania świata i ma już wyraźnie dość tłumaczenia wszystkiego od nowa. W tym jest i humor, i napięcie. Fajnie wypada też temat AI, bo film nie robi z tego jakiejś abstrakcyjnej grozy, tylko coś, co wynika wprost z naszych codziennych wyborów. I mimo że momentami jedzie po bandzie, to jednak cały czas czuć, że to bardziej zabawa konwencją niż ciężki wykład.

Z drugiej strony – film ma swoje problemy i czuć je dość wyraźnie. Przede wszystkim jest za długi. Te ponad dwie godziny szczególnie bolą w trzecim akcie, kiedy wszystko jest już jasne, a film dalej dorzuca kolejne przemówienia i „dopowiedzenia”, zamiast po prostu to domknąć. Momentami Gore Verbinski (reżyser) za bardzo chce wszystko wyjaśnić. Satyra na social media i AI bywa podana tak wprost, jakby ktoś się bał, że widz nie załapie, o co chodzi.

Problemem jest też ton. Film skacze między czymś naprawdę mrocznym a totalnym wygłupem i nie zawsze to się dobrze klei. Czasem działa świetnie, a czasem wychodzi z tego taka „nieplanowana komedia”, gdzie ludzie śmieją się bardziej z przesady niż z faktycznego żartu. Mnie to aż tak nie wybijało, ale wiem, że dla części widzów to może być męczące.

No i marketing – totalnie nietrafiony. Zwiastuny sprzedawały to jako głośny, efekciarski chaos, a to jednak bardziej kameralny, oparty na pomyśle film. Ja szedłem nastawiony na hałas, a dostałem coś znacznie spokojniejszego i sensowniejszego, choć nadal momentami trochę zbyt pewnego swojej „głębi”. Szedłem z musu, a wyszedłem z lekkim uśmiechem na twarzy i poczuciem, że zobaczyłem wreszcie coś w miarę świeżego.

Dla kogo jest Baw się dobrze i przeżyj? Dla tych, którzy lubią, kiedy kino gatunkowe bierze duży, ryzykowny pomysł i jedzie z nim do końca, nawet jeśli po drodze się potknie.

Jeśli jarają cię historie o technologii, AI i tym, jak to wszystko wpływa na nasze życie – ale nie potrzebujesz, żeby było śmiertelnie poważnie – tylko wystarczy ci sprytna, momentami głupkowata zabawa konwencją, to tu znajdziesz sporo dla siebie.

Ale jeśli nie znosisz mieszania satyry z farsą, drażni cię, gdy film mówi wprost, co masz myśleć, albo temat sztucznej inteligencji już cię zwyczajnie męczy – to raczej nie ten adres. Tu wszystko kręci się wokół technologii i film nawet nie próbuje tego ukrywać.

Dla mnie takie 7/10 i zaskoczenie, że podobało mi się – chociaż wcale nie miało.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply