Skip to main content

Wyjścia do teatru traktuję jak małą celebrację życia. Bez patosu, po prostu – teatr jest najbardziej ludzką ze sztuk. Dzieje się tu i teraz, bez dubli i montażu. Nawet jeśli sięga po historię czy bardziej odrealnione światy, w centrum zawsze stawia człowieka z jego emocjami, słabościami i codziennymi problemami. Zaproszenie do Teatru Współczesnego przyjąłem z ciekawością, ale też lekką rezerwą. Lubię się dawać zaskakiwać, choć coraz częściej wchodzę na widownię z pytaniem, czy to będzie wieczór, który zostanie ze mną na dłużej. Na spektakl wybrałem się z moją przyjaciółką Igą – wspólne wyjście było częścią jej urodzinowego prezentu, więc emocji od początku było trochę więcej. Z jakimi odczuciami wyszedłem? O tym w dalszej części tekstu. Za zaproszenie dziękuję Teatrowi Gudejko – który wystawia recenzowaną sztukę, chociaż gościnnie innej scenie niż swoja własna.

Do zobaczenia za rok to historia dwójki z pozoru zwykłych ludzi, którzy przypadkiem poznają się pewnego wieczoru w restauracji i wchodzą w relację, która od początku wymyka się prostym definicjom. Jest rok 2000. Od tego momentu spotykają się raz w roku, zawsze w tym samym hotelowym pokoju, na jeden wyjątkowy weekend. On oficjalnie wyjeżdża w podróż służbową. Ona – podobno – szuka wytchnienia i duchowego oczyszczenia w klasztorze. Każde z nich ma swoje życie poza tymi spotkaniami. Nie dzwonią do siebie, nie piszą, nie utrzymują kontaktu między kolejnymi rocznicami. A jednak przez kilkanaście lat tworzą więź, którą trudno jednoznacznie nazwać romansem, zdradą czy związkiem w klasycznym rozumieniu.

W rolach głównych wystąpili Anita Sokołowska i Paweł Deląg. Najważniejsze jest to, że jako duet działają znakomicie. Pasują do siebie, uzupełniają się i grają tak, jakby naprawdę znali się od lat. Między nimi czuć chemię, ale nie taką oczywistą i filmową – raczej podszytą zmęczeniem, doświadczeniem, czymś bardzo ludzkim. Na tę relację zwyczajnie dobrze się patrzy.

Inaczej odbieram ich jednak osobno. Rola Anity Sokołowskiej jest naturalna, momentami może nawet zbyt szeroka emocjonalnie, ale można to obronić upływem czasu i ewolucją bohaterki. Jej postać dojrzewa, zmienia się i to jest w tej interpretacji widoczne. Z Pawłem Delągiem mam większy problem. Konstrukcyjnie wszystko się zgadza – to rola przemyślana, świadoma. A jednak w odbiorze bywa męcząca. Zastanawiałem się, na ile to kwestia interpretacji, a na ile samej postaci, która jest trudna, chwilami irytująca, emocjonalnie rozchwiana. Jego wybuchy entuzjazmu czy gwałtowne zmiany tonacji zaburzały harmonię spektaklu. W scenach poważnych był przekonujący, spokojny, wiarygodny. Ale gdy wchodził w bardziej ekspresyjne rejestry, wybijał mnie z rytmu. Oczekiwałem większego stonowania i subtelności.

Sama fabuła mnie nie zawiodła i od początku do końca wydaje się logiczna. Początkowo sądziłem, że będziemy śledzić bohaterów rok po roku, tymczasem dostajemy skoki o pięć lat. To akurat działa na korzyść spektaklu – pozwala zobaczyć dłuższą perspektywę tego bardzo niestandardowego romansu i uchwycić realne zmiany w ich życiu.

Nie powiedziałbym jednak, że to historia zaskakująca. Bardziej przewidywalna niż odkrywcza. Niektóre z kolejnych spotkań sprawiają wrażenie przystanków, które niewiele wnoszą – są poprawne, ale nie porywają. Przyglądając się relacji dwojga tak różnych ludzi, momentami trudno mi było uwierzyć w skalę ich przemian. W teatralnym, „pięcioletnim” skrócie duże zmiany psychologiczne wydają się naturalne. Ale jeśli założymy, że oni widują się co roku, część decyzji – choćby nagłe zwroty światopoglądowe – budzi wątpliwości. Nawet jeśli tekst próbuje je uzasadnić. Ogląda się to przyjemnie, ale mam wrażenie, że wiele z tych spotkań można by przewidzieć. Gdyby ktoś miał rozpisać kolejne etapy ich relacji, zapewne nie minąłby się bardzo z tym, co widzimy na scenie. Taki jest urok tej konstrukcji – opiera się bardziej na emocjonalnym rozwoju niż fabularnych niespodziankach.

I tu dochodzimy do najważniejszego: to działa. Bo mimo schematyczności ta historia wzrusza. I to szczerze. To ciepła, momentami gorzka opowieść o czasie, o dojrzewaniu, o uczuciu, które nie powinno istnieć, a jednak trwa. Bohaterowie, choć chwilami przewidywalni, są wiarygodni i wewnętrznie bliscy. A emocje, które zostają po wyjściu z teatru, są bardzo prawdziwe.

Kostiumy i scenografia to małe mistrzostwo świata. Jest dość zwyczajnie, ale z wyczuciem i urokiem. Scena przedstawia hotelowy pokój – dominuje wielkie łóżko z czerwoną narzutą, całość ma w sobie coś lekko prlowsko-romantycznego. Może odrobinę zbyt dosłownie, ale biorąc pod uwagę, że historia zaczyna się w 2000 roku, trudno się tego czepiać.

Co ciekawe, sama przestrzeń – choć estetycznie dopracowana – rzadko jest naprawdę wykorzystywana. Poza łóżkiem i niewielkim keyboardem właściwie niewiele się z nią dzieje. Scenografia istnieje bardziej jako tło niż aktywny element opowieści. Natomiast, każdy przeskok czasowy to również bardzo ciekawy zbitek „telewizyjnych momentów”

Kostiumy wypadają bardzo dobrze. Zwłaszcza kreacje Anity Sokołowskiej przyciągają uwagę – niektóre sukienki są świeże, eleganckie, wyraziste. Męska garderoba jest poprawna, raczej zachowawcza. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do kwestii czasu – bohaterowie ewoluują przez kilkanaście lat i widać to w doborze stylów, ale sama moda nie zawsze oddaje upływ epok. Brakuje mocniejszego zaznaczenia zmian estetycznych kolejnych lat.

Technicznie: Dźwięk rozchodzi się bardzo dobrze, mikrofony działają bez zarzutu – wszystko słychać wyraźnie, niezależnie od miejsca na widowni.

Do zobaczenia za rok” to bardzo urocza sztuka. Niewielka w formie, oparta głównie na dialogu i relacji dwojga ludzi, bez wielkich dramaturgicznych fajerwerków. I może właśnie dlatego jej największą wadą jest przewidywalność. Poza pięcioletnimi przeskokami czasu – które naprawdę mnie zaskoczyły, bo długo byłem przekonany, że będziemy iść rok po roku – niewiele tu momentów, które wytrącają z równowagi. Nie wszystkie skróty i przemiany bohaterów są w pełni przekonujące, czasem logika emocjonalna lekko się rozjeżdża.

A jednak oglądało mi się to naprawdę dobrze. Aktorzy dali radę, nawet jeśli nie zawsze ich interpretacje idealnie ze sobą współgrały. Były momenty słabsze, były drobne zgrzyty, ale całość ma w sobie coś ciepłego i szczerego. To historia, która nie próbuje udawać, że odkrywa świat na nowo. Raczej przypomina o tym, co już wiemy – że warto doceniać to, co mamy, że życie nie zawsze układa się według naszych planów, i że gramy kartami, które dostajemy. Wyszedłem z teatru z lekkim, ciepłym sercem. Może nie poruszony intelektualnie, może nie wstrząśnięty, ale emocjonalnie zaopiekowany.

Jeśli więc szukacie spektaklu, który dobrze obejrzeć z drugą połówką – to bezpieczny wybór. Jest wzruszająco, momentami zabawnie, momentami gorzko, ale przede wszystkim bardzo ludzko. To po prostu dobrze spędzony czas.

Zapraszam do Teatru Gudejko. i do ich repertuaru. Kolejny wieczór z tymi znakomitymi aktorami i całkiem niezłym tekstem już 9 marca, bilety znajdziecie na stronie Teatru oraz w serwisach z biletami online.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply