Skip to main content

Do Balleriny nie miałem absolutnie żadnych oczekiwań. Serię o Johnie Wicku uwielbiam – wiadomo – ale ten film? Wiedziałem, że powstaje. Coś tam Ana de Armas, coś tam spin-off. I tyle. Bez emocji, bez napięcia, bez liczenia dni do premiery.

Aż tu nagle – po blisko trzech latach przerwy od spontanicznego, samotnego wypadu do kina (bo w ostatnich latach to raczej premiery, pokazy, albo randki z żoną), budzę się rano i myślę: „Idę”. Bez powodu. Bez planu. Sam. I trafiłem na Ballerinę – film z uniwersum Johna Wicka, który, o dziwo, naprawdę daje radę. A przecież spin-offy mają tendencję do bycia czymś pomiędzy skokiem na kasę a fanowskim dodatkiem zrobionym tylko po to, żeby coś się działo. Po tej całej dziwnej randce z serialowym The Continental (która bardziej przypominała siedzenie w milczeniu z kimś, z kim nie masz już o czym gadać – zerknijcie na Amazon Prime), nie spodziewałem się niczego dobrego.

A jednak. Ballerina to po prostu solidny, angażujący film akcji, który z jednej strony czerpie z tego, co już znamy i lubimy, a z drugiej – wnosi coś od siebie. Wyszło z tego coś lepszego, niż się spodziewałem. I właśnie o tym będzie ten tekst.

Urocza, ale nie słodka. Niezdarna, ale skuteczna

Największe zaskoczenie? Główna bohaterka. Eve – grana przez Anę de Armas – naprawdę daje radę. Nie dlatego, że błyszczy na ekranie czy wygląda jak z katalogu, tylko dlatego, że jest postacią, której naprawdę chce się kibicować. Ma w sobie coś prawdziwego – jest silna, ale nie niezniszczalna, skoncentrowana, ale nie zimna. Po prostu: człowiek z krwi i kości, który akurat umie zadać cios.

To nie jest kolejny superzabójca z fabryki Wicków (chociaż oczywiście fabularnie tak). Eve walczy inaczej. Jej styl to taki kontrolowany chaos – czasem wygląda, jakby coś jej nie wyszło, jakby się potknęła… ale w efekcie trafia dokładnie tam, gdzie trzeba. Nie gra na siłę, nie stara się dominować fizycznie – używa sprytu i wszystkiego, co ma pod ręką. Talerz, kij, broń, przewrócony stolik – wszystko da się wykorzystać, jeśli masz refleks i trochę wyobraźni. Jak to powiedzieli w filmie: walczy po dziewczyńsku. I właśnie dlatego jej sceny walki są takie wciągające – czujesz napięcie, bo nie masz pewności, czy wyjdzie z tego cało. Ale kiedy już się zepnie, potrafi wyjść z najgorszego bagna obronną ręką. Nie jest perfekcyjna – i to działa na jej korzyść. Dzięki temu wszystko wydaje się bardziej autentyczne. To właśnie ta niedoskonałość daje filmowi powiew świeżości. Nie mamy tu klona Johna Wicka w wersji żeńskiej, tylko bohaterkę z własnym stylem, rytmem i charakterem. I serio – ogląda się to z przyjemnością. Bez zmęczenia, bez porównań. Po prostu: nowa jakość w znajomym świecie.

Granaty, miotacze i klubowy rozpierdziel

Nie da się ukryć – Ballerina ma czym przywalić. Sceny akcji to dokładnie ten poziom przegięcia, który w takim filmie nie tylko nie przeszkadza, ale wręcz sprawia, że czekasz na więcej. Tu nie ma nudnego strzelania zza skrzynki ani losowych kopniaków w powietrze – są konkretne, pomyślane z głową i pazurem sekwencje, które się po prostu zapamiętuje.

Najbardziej w głowie została mi scena z granatami. Totalny chaos – ale kontrolowany. Napięcie? Jest. Absurd? Też. Wybuchy? Oczywiście. Całość wygląda jakby ktoś wrzucił pudełko z fajerwerkami do magazynu z bronią i zamknął za sobą drzwi. I niech się dzieje. Ogląda się to z bananem na twarzy, bo jest głośno, pomysłowo i inaczej niż zwykle. Do tego jest pojedynek z miotaczami ognia – gdzieś na zasypanej śniegiem ulicy, w scenerii rodem z jakiegoś pokręconego świątecznego koszmaru. Kompletnie inny klimat niż klub czy hotel, ale wizualnie robi robotę. No i jest jeszcze bójka w klubie – niby klasyk gatunku, ale zrobiona z głową. Kamera nie lata jak oszalała, nie trzeba zgadywać, kto kogo właśnie kopnął. Muzyka pulsuje, wszystko gra – i dosłownie, i w przenośni.

Widać, że twórcy naprawdę przyłożyli się do tego, żeby każda scena miała własny styl i sens. Tu coś płonie, tam coś wybucha, ale nic nie dzieje się tylko po to, żeby się działo. Wszystko ma rytm, choreografia pracuje jak dobrze naoliwiona maszyna, a ty jako widz po prostu siedzisz i się cieszysz. I dokładnie o to chodzi.

Tak, Keanu też tu jest – i to z klasą

No dobra – wiemy, że to uniwersum Johna Wicka, więc pytanie, które wielu zadaje sobie jeszcze przed seansem brzmi: „Czy Keanu się pojawia?”. I odpowiedź brzmi: tak. Jest. Ale spokojnie, nie kradnie show. I spokojnie, to nie jest spoiler – Keanu jest w zwiastunie i na plakatach. John Wick wpada do Balleriny na moment, niczym gość specjalny, który przychodzi na wesele, robi rundkę po stolikach, rzuca parę słów, a potem znika, zostawiając innych w centrum uwagi. I to właśnie jest w tym najlepsze. Reeves pojawia się dosłownie w kilku scenach – nie jest to cameo na poziomie „mrugnięcia do kamery”, ale też nie ciągnie filmu w swoją stronę. Po prostu istnieje w tle, jako pomost między historią Eve a światem, który już znamy. Nie ma tu żadnego taniego marketingowego zagrania w stylu: „Wciśnijmy Keanu w każdą możliwą scenę, żeby wszyscy się ekscytowali”. Jego obecność to raczej smaczek dla fanów, coś miłego, a nie koniecznego. Ma swoją rolę do odegrania, ale ani przez moment nie próbuje odebrać głównej bohaterce głosu.

I właśnie za to wielki plus. To dalej film Eve. Jej historia, jej emocje, jej decyzje. A Wick? Wspiera. I znika. Tak, jakby mówił: „Masz to, dziewczyno”. Keanu jak zwykle ma w sobie to coś – wchodzi na ekran, milczy i już wiadomo, że nikt nie podskoczy. A mimo to cały czas wiadomo, że to nie on tu gra pierwsze skrzypce. Jego pojawienie się to raczej naturalna konsekwencja, a może nawet pełni rolę metafizycznego zegara, który w pewien sposób informuje kiedy w ogóle dzieje się Ballerina. Fajnie zagrane. Fajnie pomyślane. Dokładnie tak powinno wyglądać dobre cameo.

Trochę za ciemno, trochę za poważnie

Nie ma róży bez kolców – nawet w świecie, gdzie róża to granat zaczepny. Choć przez większość seansu bawiłem się naprawdę dobrze, druga połowa filmu to już trochę inna bajka. I niestety – nie do końca taka, na jaką miałem ochotę.

W pewnym momencie film zdejmuje garnitur i zakłada kożuch. Stylowe wnętrza, klubowy neon, elegancja Continentalu – znikają. Akcja przenosi się do zasypanej śniegiem wioski, w której mieszkają całe rodziny zabójców. Dosłownie. Dzieci biegają po podwórkach, a w tle ktoś ładuje magazynek. I okej, klimat zupełnie inny – bardziej surowy, bardziej przyziemny. Ale trzeba przyznać, że robi się trochę… dziwnie. Zawsze mnie w tym uniwersum bawiło to, że co druga osoba to płatny zabójca na etacie, tylko że zamiast biura ma Nokię 3310 i czeka na smsa, kogo i za ile zlikwidować. Brzmi jak absurd – i trochę nim jest. A jednak jakoś to działa. Bo z drugiej strony, to właśnie dzięki temu każdy – od taksówkarza po barmankę – może być śmiertelnym zagrożeniem, co cały czas buduje napięcie. Ale wracając: wizualnie ta część filmu męczy. Szaro, ciemno, dym, ogień, śnieg – niby stylowo, ale po chwili masz ochotę podkręcić jasność w kinie. I do tego zmienia się ton. Z opowieści o zasadach, rytuałach i strukturach świata zabójców wchodzimy w coś bardziej przypominającego thriller o przetrwaniu. Jakby ktoś wcisnął „przewiń” i nagle oglądasz zupełnie inny film. Niby ciekawe, ale przejście nie jest gładkie – bardziej jak skok w bok bez uprzedzenia.

Nie zrozumcie mnie źle – akcji w drugiej połowie jest sporo. I to nie byle jakiej. Strzelają, walczą, płonie, wybucha. Ale brakuje temu segmentowi tego charakterystycznego luzu, tej komiksowej stylówki, która zawsze była znakiem rozpoznawczym świata Johna Wicka Tutaj twórcy poszli w stronę bardziej surową, przyziemną, mroczną – i trochę się z tego stylu po drodze wylało. Wiem, że chodziło o kontrast, pokazanie czegoś innego, zmiana nastroju… ale jak dla mnie, skręcili za bardzo w stronę ciemności. I nie mówię tylko o tonie narracyjnym – mówię też o dosłownej ciemności na ekranie. Miejscami ledwo coś widać.

Zasady są po to, żeby… no właśnie, żeby co?

Druga rzecz, która trochę mnie zaskoczyła, to temat złamania zasad hotelu Continental. Wszyscy wiemy – zasada numer jeden: nie załatwiamy interesów na terenie hotelu. Kropka. Przez całą serię to była świętość. Złamiesz – koniec kariery, ekskomunika, polowanie. Prosty układ. A tu? W Ballerinie mamy pełnoprawną strzelaninę w praskim Continentalu. Ktoś sobie po prostu wchodzi i zaczyna eliminować ludzi – w środku, na miejscu, jakby to była klatka schodowa, nie sanktuarium zabójców. I niby jest reakcja, obsługa robi porządek, nie ma cackania się… ale to tyle. Scena się kończy, nikt nie robi z tego afery, świat kręci się dalej. A przecież do tej pory każde naruszenie reguł Continentalu było wydarzeniem na poziomie wojny domowej. Tutaj – po prostu kolejny wtorek. Dla mnie to było po prostu dziwne. W głównych filmach taki numer kończył się ekskomuniką, ogólnym pożarem i wiecznym potępieniem. Było wiadomo: złamiesz zasady – płacisz. A tutaj? Wszystko dzieje się błyskawicznie, niemal bez echa. Tak, pojawia się reakcja, ktoś coś mówi, coś się potem dzieje… ale całość sprawia wrażenie, jakby reguła została przypomniana tylko z obowiązku, a nie z realnym ciężarem narracyjnym.

Trochę zabrakło tu szacunku do własnej mitologii. Do tej bazy, na której przecież opiera się cały urok Wickowego świata – że to nie jest zwykłe mordobicie z ładną choreografią, tylko świat z zasadami, rytuałami, strukturą, dziwnym kodeksem honorowym, w którym nawet morderca ma swoje „nie wolno”. Jasne, są jakieś konsekwencje tej sytuacji, coś z niej wynika, ale cały ten motyw został potraktowany po łebkach. I szkoda, bo to właśnie takie detale zawsze robiły tu największą robotę. Tutaj? Trochę szkoda, że tego nie dopilnowali.

Znane twarze, nowi gracze i fabuła w punkt

Skoro już pochwaliłem Anę de Armas (i zasłużenie), to warto wspomnieć, że reszta obsady też daje radę. Mamy tu fajną mieszankę – trochę starych znajomych z głównej serii, trochę świeżej krwi. I muszę przyznać: to działa. Nie ma przesytu, nie ma znanych nazwisk tylko po to, żeby były. Anjelica Huston wraca jako szefowa Ruskiej Romy i jest dokładnie taka, jaką ją pamiętam – chłodna, majestatyczna, lekko przerażająca. Ian McShane jako Winston to już klasyk – parę zdań z tą jego niewymuszoną elegancją i od razu wiadomo, że maniery nie zginęły, nawet w świecie, gdzie każdy nosi broń. Lance Reddick pojawia się niestety już tylko na moment – ostatnia rola Charona. Krótko, ale z klasą. I wzruszająco. Z nowych twarzy: Norman Reedus. Człowiek, który wygląda, jakby spał w samochodzie, ale z wyboru. Gra tu zbuntowanego zabójcę, który spokojnie mógłby dostać własny spin-off . Ma charyzmę, ma klimat, ale jest go zdecydowanie za mało. Wchodzi, patrzy spod oka, rzuca coś mrukliwie… i znika. A szkoda, bo potencjał był. Może wróci, może nie – ale ewidentnie był niedopowiedziany. Gabriel Byrne jako główny zły – czyli Kanclerz jakiegoś chorego zakonu zabójców – jest po prostu OK. Nie wywołuje żadnego „wow”, nie czujesz ciśnienia, że to postać, której boisz się nawet myśleć na głos. Ale jest wystarczająco mroczny, wystarczająco przekonujący, żeby dać impuls do całego zamieszania. To nie Viggo, to nie Santino D’Antonio, ale… daje radę. Nie przeszkadza, nie dominuje, po prostu robi swoje i nie psuje klimatu. Chociaż byli lepsi od niego, chociaż raczej jest najgorszym (w tym niewłaściwym sensie) w całej historii.

A fabuła? Prosto, równo, skutecznie. Klasyczna zemsta. Trochę śledztwa. Ktoś ginie, ktoś zdradza, ktoś się pali. Eve jedzie przez pół świata, żeby rozliczyć się z przeszłością – i tyle. Nie ma tu żadnej wielowarstwowej intrygi, żadnego „a teraz twist roku” – i bardzo dobrze. Wszystko jest klarowne, tempo uczciwe (po lekkim rozbiegu), a każda nowa lokacja to pretekst do kolejnej solidnej bijatyki. Tak powinien wyglądać film akcji – nie kombinować, tylko dać widzowi dokładnie to, po co przyszedł.

Na plus: więcej o Ruskiej Romie. Czyli tej dziwnej, choreograficzno-mafijnej szkole baletowej dla zabójców, z której pochodzą i John, i Eve. Ten wątek zawsze miał potencjał i dobrze, że w końcu został trochę rozbudowany – jest klimat, jest struktura, są zasady, które niby mają sens, choć nie wiadomo dla kogo. No i pojawia się nowa frakcja – sekta zabójców. Brzmi jak coś wyciętego z serialu o Blade’zie? Trochę tak. Ale… nawet się to trzyma kupy. Jest w tym nowa energia, lekki twist w znanym świecie, coś, co zmienia układ sił i może spokojnie napędzać kolejne historie. A jeśli chodzi o sam świat – wiadomo, że jest na miejscu. Monety, hotele, zasady, kodeksy – wszystko, co trzeba, żeby poczuć się jak w domu. Fani będą się cieszyć, nowi się nie zgubią. Film nie traktuje widza jak idioty, ale też nie sili się na encyklopedyczne wykłady. Po prostu: dobrze wyważony świat, który ciągle działa.

Stahelski czuwa, Wiseman kręci – i to czuć

Jeśli chodzi o reżyserię, to sprawa wygląda tak: za sterami Len Wiseman, ale z ręką Chada Stahelskiego na ramieniu. I serio – bardzo to czuć. Ten film to taki dobrze zrobiony remix – znajomy beat, ale z nowymi samplami i lekko zmienionym tempem.

Z jednej strony mamy wszystko, co dobrze znamy i lubimy z uniwersum Wicka: strzelaniny w luksusowych apartamentach, kluby pełne neonów, balet, krew i choreografia, która momentami wygląda jak taniec śmierci w operze. To wszystko jest – i co ważne: nie wygląda jak tania podróbka. Czuć tu szacunek do oryginału i pewną dyscyplinę w kopiowaniu stylu bez zjadania własnego ogona. Z drugiej strony – Wiseman dorzuca coś od siebie. Zwłaszcza w tej mroczniejszej, bardziej surowej drugiej połowie filmu, gdzie momentami robi się wręcz thrillerowo. Więcej napięcia, mniej stylizacji, więcej „nie wiem, czy ktoś zaraz nie wyjdzie zza drzewa z nożem”. I chociaż nie każdemu się to spodoba, ja to doceniam. Nie jest to perfekcyjne, ale też nie jest na autopilocie. Próba zbudowania własnej tożsamości? Jest. Szacunek za to. A jeśli chodzi o walki – to jest topka. Choreografia rozpisana precyzyjnie, bez chaosu, bez epileptycznego montażu. Widać, kto z kim walczy, gdzie kto stoi, kto właśnie dostał kolbą w zęby. W paru miejscach może i trochę więcej slow-mo, może parę ujęć za dużo, ale nadal wszystko czytelne, rytmiczne, efektowne i z głową.

Jak to brzmi! I jak to wygląda!

Jeśli chodzi o muzykę i atmosferę – tu też jest na czym zawiesić ucho i oko. Od razu czuć, że dźwięki robią ci sami ludzie, co przy Wicku: ciężkie elektroniczne bity, dramatyczne smyczki i ta nerwowa, pulsująca energia, która idealnie podbija tempo scen akcji. Szczególnie w klubie – tam każdy kopniak, strzał i rzut butelką gra razem z muzyką. Montaż dźwięku? Mistrzostwo. W spokojniejszych momentach słychać też nawiązania do rosyjskiego klimatu, trochę wschodnich nutek, trochę melancholii – i świetnie to pasuje do Ruskiej Romy i tej całej brutalnej szkoły baletowej, z której wyszła Eve.

Wizualnie też jest dobrze. Nowy Continental w Pradze wygląda jak miejsce, gdzie równie dobrze możesz zamówić karabin, jak i zestaw do degustacji win. Luksus, elegancja, klimat. A dla kontrastu: ośnieżona wioska opanowana przez sektę zabójców – jak z horroru klasy B. Ale działa. Jest mroczno, zimno, nieprzyjemnie. I o to chodziło. Podobały mi się też kostiumy. Całość balansuje gdzieś między elegancką brutalnością a komiksowym absurdem. Tu się biją, tam się kłaniają, a między tym złote monety, zakazane hotele i reguły, które czasem coś znaczą. Film fajnie rozbudowuje to uniwersum, pokazując jego nowy, nieco bardziej gotycko-przaśny zakątek. Ale cały czas czujesz, że to ten sam świat. Ten, w którym John Wick potrafił zabić ołówkiem i nikt się temu specjalnie nie dziwił.

Podsumowanie

Ballerina to – bez owijania – bardzo udany spinoff. I to taki, który nie próbuje być na siłę „lepszy niż Wick”, ale robi swoje i robi to dobrze. Jasne, nie przeskakuje poprzeczki ustawionej przez czwórkę czy dwójkę, ale też nawet nie próbuje. To osobna historia – mniejsza, bardziej skupiona, ale wciąż mocno osadzona w tym, co lubimy: efektowne pojedynki, honorowe zasady w świecie pełnym chaosu, no i postać, której naprawdę chce się kibicować. Na tle innych pobocznych pomysłów z tego uniwersum wypada wręcz świetnie. Zdecydowanie lepiej niż The Continental, który – nie będę owijać – był takim serialowym sucharem, że aż dziw, że komuś chciało się go dokończyć. O ile Ballerina ma styl, pomysł i energię, o tyle tamten projekt był bardziej jak… fanfik napisany przez fana, który nigdy nie zrozumiał, o co chodziło w oryginale.

A tu? Tu wszystko się zgadza. Jest klimat, jest akcja, jest postać z charakterem. I – co równie ważne – jest miejsce na więcej. Ten film naprawdę rozbudowuje uniwersum i pokazuje, że jeszcze długo nie trzeba go zamykać w szufladzie z napisem „skończone”. Z kina wyszedłem zadowolony, bez uczucia straconego czasu. Wręcz przeciwnie – Ballerina to dwie godziny stylowej rozrywki, które pokazują, że jak się chce, to można. I nie trzeba przy tym wywracać wszystkiego do góry nogami.

8/10. Warto.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply