Skip to main content

Moja przygoda z Wallace’em i Gromitem zaczęła się wiele lat temu, gdy po raz pierwszy zetknąłem się z krótkometrażówką „Wściekłe gacie”. Już wtedy zachwyciło mnie, jak Nick Park potrafi łączyć inteligentny humor, emocjonalną głębię i wyjątkową technikę animacji, która dziś, w erze cyfrowych animacji, nadal prezentuje się niesamowicie świeżo i naturalnie. Każda kolejna produkcja ze studia Aardman Animations była dla mnie świętem – „Podróż na Księżyc”, „Golenie owiec” czy pełnometrażowy film „Klątwa królika” tylko pogłębiły moją fascynację tym duetem. Jako oddany fan Wallace’a i Gromita, z radością obejrzałem najnowszą odsłonę ich przygód – „Zemstę pingwina”. Ten film to prawdziwa uczta dla miłośników klasycznej animacji poklatkowej i brytyjskiego humoru, a zarazem wspaniała okazja, by ponownie zanurzyć się w tym niezwykłym świecie plastelinowych postaci.

„Zemsta pingwina” to szczególna gratka, bo wraca w niej jeden z najlepszych antagonistów w historii animacji poklatkowej – Feathers McGraw. Ten przebiegły pingwin, przebrany w gumową rękawicę na głowie, to idealne połączenie absurdu i autentycznej grozy. W nowej odsłonie Wallace wpada na kolejny genialny pomysł – konstruuje Norbota, inteligentnego krasnala ogrodowego, który szybko zaczyna żyć własnym życiem i czynić zło wśród okolicznych mieszkańców. Naturalnie, za niekontrolowanym zachowaniem rasnala stoi nie kto inny jak Feathers – napędzany chęcią zemsty za to, że Wallace i Gromit pomogli policji w areszkowaniu go. Jego obecność wprowadza doskonałą mieszankę napięcia i humoru, a także cudownie napędza akcję.

Film zachwyca szczegółowością wykonania. Każdy kadr wypełniony jest niezliczonymi detalami, od tekstury plasteliny po realistyczne, choć celowo przerysowane tła, co sprawia, że animacja jest nie tylko imponująca technicznie, ale również artystycznie porywająca. Scenariusz pełen jest subtelnych nawiązań do klasyki kina oraz poprzednich części przygód Wallace’a i Gromita, dzięki czemu seans daje mnóstwo radości wieloletnim fanom serii.

Serce filmu stanowi jednak niezwykła relacja głównych bohaterów. Wallace, ekscentryczny wynalazca z głową pełną pomysłów i niepoprawnym optymizmem, oraz Gromit – jego wierny pies, który choć nigdy nie wypowiada ani jednego słowa, potrafi przekazać całe spektrum emocji jednym spojrzeniem. Ich przyjaźń, pełna ciepła, humoru i wzajemnego zrozumienia, jest przykładem mistrzostwa w kreowaniu bohaterów, którzy bez dialogów potrafią opowiedzieć najbardziej poruszające historie. Gromit swoimi reakcjami i subtelnymi gestami niejednokrotnie potrafi wyrazić więcej uczuć niż niejeden doświadczony aktor z krwi i kości.

Udźwiękowienie to kolejny aspekt filmu, który zasługuje na szczególną pochwałę. Choć dubbingu jest niewiele, bo bohaterowie posługują się słowami bardzo oszczędnie (zwłaszcza Gromit, który nie mówi wcale), dźwiękowcy świetnie poradzili sobie z budowaniem atmosfery filmu. Każdy odgłos, czy to dźwięk zgrzytających mechanizmów, delikatne stukanie plastelinowych stóp, czy nawet subtelne westchnięcia bohaterów, nadaje filmowi dodatkowej głębi. Drobne efekty dźwiękowe są tutaj równie ważne, jak dialogi w tradycyjnych filmach, bo właśnie one często mówią więcej niż słowa. Dzięki temu nawet sceny bez dialogów pulsują życiem i są niezwykle ekspresyjne. Dla fana takich detali, jakim jestem, to prawdziwa gratka – zwłaszcza że minimalizm dialogów idealnie współgra z subtelnym, klasycznie brytyjskim humorem całej produkcji.

„Zemsta pingwina” przypomina, że wciąż jest miejsce dla tradycyjnej animacji poklatkowej, gdzie ręcznie uformowane postacie ożywają na naszych oczach z niezwykłą naturalnością. Dla mnie, jako oddanego fana Wallace’a i Gromita, ten film to kolejny dowód geniuszu Nicka Parka i całego zespołu Aardman Animations, którzy od dekad udowadniają, że animacja może być jednocześnie zabawna, inteligentna i wzruszająca. Zdecydowanie warto dać się porwać tej plastelinowej magii po raz kolejny.

Ogromne brawa należą się też Netflixowi, który nie tylko udostępnia klasyki, ale aktywnie inwestuje w ich nowe odsłony. To wspaniałe, że taka platforma jak Netflix sięga po animacje poklatkowe i daje im nowe życie – nie idąc za wszelką cenę w pełne CGI czy blockbusterowe efekciarstwo, tylko wspierając coś z duszą. Za to naprawdę dziękuję. Jako fan, czuję się wysłuchany. I doceniony.

Mam też nadzieję, że to nie ostatnia współpraca Netflix x Aardman – bo apetyt rośnie w miarę oglądania. Czekam na kolejne projekty, a dziś wieczorem szykuje się jeszcze seans „Uciekających kurczaków 2”, również dostępnych na Netflixie. Klimat brytyjskiej animacji, cudowne rękodzieło i ten niepodrabialny humor – to wszystko sprawia, że naprawdę chce się do tych historii wracać i pokazywać je kolejnym pokoleniom.

Jeśli szukacie filmu, który rozgrzeje serce, rozbawi do łez i przywróci wiarę w to, że animacja może być sztuką – „Wallace i Gromit: Zemsta pingwina” na Netflixie to pozycja obowiązkowa.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply