Są filmy, na które idzie się z ekscytacją, i są takie, na które trafia się bardziej z ciekawości niż z realnej potrzeby. Psoty należały u mnie do tej drugiej kategorii. Tytuł, plakat i zapowiedzi sugerowały kino familijne w dobrze znanym, bezpiecznym wydaniu – takie, które raczej nie chce zaskakiwać, tylko spokojnie dowieźć swoje półtorej godziny. Idąc do kina, nie nastawiałem się więc na nic szczególnego. Raczej na seans „do zaliczenia”, bez większych emocji, z tyłu głowy obciążony doświadczeniami z podobnymi polskimi produkcjami. I muszę szczerze przyznać: myliłem się, bo było naprawdę przyzwoicie.
Psoty opowiadają historię Frani – trzynastolatki, która czuje się bardzo samotna mimo kochających, lecz ciągle zabieganych rodziców. Podczas rodzinnego wyjazdu Frania ratuje potrąconego bezdomnego psa i przygarnia go do siebie jako Sprytka. Gdy jednak mama zdecydowanie sprzeciwia się adopcji, dziewczynka postanawia działać na własną rękę – ucieka z domu i ukrywa się przed rodzicami i pracownikami schroniska. Frania zaczyna publikować w sieci filmiki ze Sprytkiem, który błyskawicznie zdobywa sympatię widzów.
Obsada robi bardzo solidne wrażenie. Aleksandra Zagrodzka w roli Frani to jedno z tych dziecięcych ról, które ogląda się bez poczucia skrępowania czy sztuczności. Jej bohaterka jest naturalna, bystra i wiarygodna – taka, w którą łatwo uwierzyć, zamiast widzieć w niej dziecko recytujące kwestie napisane przez dorosłych. Małgorzata Socha i Borys Szyc jako rodzice Frani wypadają bardzo przekonująco. Socha gra matkę troskliwą, momentami przemęczoną codziennością, a Szyc ojca bardziej zamkniętego w sobie, oszczędnego w emocjach, ale nieobojętnego. To nie są papierowe figury ani wzorcowi rodzice z poradnika – raczej ludzie, którzy próbują ogarnąć życie najlepiej, jak potrafią.
Miłym zaskoczeniem jest też Andrzej Konopka oraz Izabela Dąbrowska w roli „tych złych”. Daleko im do postaci czysto komediowych czy jednoznacznie przerażających, ale na pewno dodają obsadzie kolorytu – wredny weterynarz i pusta dyrektorka schroniska? Dać im osobny film! Wielki minus jednak za to, że ich role zostały dość mocno ograniczone – a przecież są ważni. Zastanawiając się nad ich występem mam wrażenie, że scenarzyści poszli nie tyle na łatwiznę, co w życiu nie widzieli dobrego filmu i nie znają podstawowej budowy scenariusza.
Podoba mi się, że film traktuje psa jako pełnoprawnego bohatera, a nie tylko źródło wzruszeń. Sprytek ma za sobą dramat porzucenia i potrzebuje stałej opieki, co jasno uświadamia widzom, że adopcja to nie bajka, a poważna odpowiedzialność. Wizualnie Psoty również wypadają schludnie: zdjęcia są ładne, a plenery mają swój Warszawski urok i dodają produkcji świeżego klimatu. Humor wypada naturalnie i pasuje do wieku bohaterów – żarty wynikają z osobowości Frani i jej przyjaciół, a nie z byle jakich gagów. Doceniam też wątek internetu – film pokazuje, że media społecznościowe mogą pomóc w słusznej sprawie, ale i gromadzą hejt, który potrafi zniszczyć dobre intencje.
Z drugiej strony film ma kilka słabszych punktów. Przede wszystkim przygoda Frani jest w dużej części mało wiarygodna – ukazuje ucieczkę ze Sprytkiem jak zwykłą gierkę, a coś, co może przynieść realne konsekwencje. Poszukiwania nastolatki wyglądają jakby kompletnie nikt nic nie robił, czy to policja czy rodzice, którzy biernie oglądają coraz to nowe filmy córki w Internecie. To naciągnięcie fabularne sprawia, że wszystko kończy się zbyt gładko. Osobiście zabrakło mi pokazania jakichś konsekwencji tych wybryków – bo w rzeczywistości na ucieczkę z domu nie ma zgody, a film nie adresuje takiego problemu. Mam więc mieszane uczucia, że ten aspekt został tu pominięty, by całość pozostała lekka, a na końcu wszyscy się przytulili i żyli dalej w zgodzie rozumiejąc swoje błędy – nie tędy droga. Samo zachowanie „dorosłych” to jedno, ale też w tym kinie przygodowym mało przygody, wszystko jest trochę zbyt sterylne, brakuje tego czegoś czym cechowały się polskie produkcje DEKADY temu. Stawiam na Tolka Banana, Podróż za jeden uśmiech czy nawet Siedem Życzeń – kiedyś wychodziło nam prawdziwe kino przygodowe, mądre i sensowne, niosące coś więcej niż… no właśnie co? Że ucieczka z domu jest w sumie rozwiązaniem na wszystko? Że warto dzieciom zabrać telefony? Czy niby, że warto adoptować zwierzęta? Niby warto, ale właściwie sam film o tym niekoniecznie wspomina, a wątek schroniska skupia się właściwie na czymś kompletnie innym. Jak wcześniej wspomniałem – scenarzyści powinni wrócić do szkoły, albo chociaż zapoznać się z poradnikiem scenariuszy dla amatorów – konktetnie z budowy i tworzenia wątków. Gdyby odrobili lekcję, film miałby naprawdę wiele warstw edukacyjnych i najpewniej nie straciłby i tak na swoim uroku.
Psoty to kino przede wszystkim dla młodszych widzów i rodzin. Jeśli lubisz ciepłe, przygodowe historie o dzieciach i zwierzętach, to znajdziesz w Psotach coś dla siebie. Dla rodziców film może stać się pretekstem do rozmowy o odpowiedzialności i empatii, bo wątek rodzinnych relacji jest tu naprawdę ważny. Natomiast jeśli szukasz poważnego, realistycznego kina, to Psoty raczej nie spełnią twoich oczekiwań – to lekka i optymistyczna opowieść. Generalnie można polecić ten film wszystkim, którzy chcą po prostu miło spędzić czas w kinie i wyjść z uśmiechem.
Moim zdaniem Psoty są warte obejrzenia. To sympatyczna produkcja, która bawi i wzrusza, chociaż nie próbuje stawiać poprzeczki zbyt wysoko. Podczas seansu bawiłem się dobrze – zdarzały się momenty śmiechu, a kilka scen nawet mnie wzruszyło. Frania jest uroczą bohaterką, a Sprytek przesympatycznym psiakiem, więc łatwo z nimi sympatyzować. Cały film zostawia po sobie pozytywny klimat, więc polecam go każdemu, kto chce spędzić czas z ciepłą, rodzinną opowieścią. A błędy i pewna niekonsekwencja przepleciona miejscami lichą fabułą? No mówi się trudno i żyje się dalej.
Psoty to po prostu uczciwa, sympatyczna przygoda filmowa. Film nie udaje czegoś, czym nie jest, i nie próbuje sztucznie podnosić stawki – skupia się na lekkiej historii, którą ogląda się z przyjemnością. Ma swoje słabsze momenty, ale nadrabia je energią, humorem i emocjami, które nie są wymuszone. Wyszedłem z kina z poczuciem dobrze spędzonego czasu i z uśmiechem, który nie był efektem jednego gagu, tylko całego seansu. To propozycja dla tych, którzy chcą obejrzeć coś prostego, ciepłego i niewymagającego, a jednocześnie zrobionego z wyczuciem i szacunkiem do widza. Aczkolwiek pamiętajmy – chociaż grają tu trzynastolatkowie, to do kina zabierajmy maksimum 8-10 latki. PSOTY chyba powstały właśnie dla nich.














