Skip to main content

Forza Horizon 5 – w końcu na PlayStation 5. Historyczny moment.

Czekałem na to latami – Forza Horizon 5 wreszcie zadebiutowała na PlayStation 5. I nie ma w tym przesady: to wydarzenie. Microsoft zdecydował się oddać swoje najbardziej dochodowe wyścigowe dziecko w ręce graczy PlayStation. Efekt? Już od pierwszych minut czuć, że to tytuł z najwyższej półki – dopracowany, widowiskowy i dający czystą frajdę z jazdy.

Mam za sobą ponad 150 godzin w The Crew: Motorfest, więc do Meksyku przesiadałem się z solidnym bagażem doświadczeń – i z porównaniem, które od razu samo ciśnie się do głowy. Trudno tych dwóch gier nie zestawiać ze sobą. Obie są sandboxami wyścigowymi, obie stawiają na luz, atmosferę festiwalu i swobodę zwiedzania ogromnych map. Skoro Motorfest inspirował się formułą Horizon, to naturalne, że jako gracz nieustannie porównuję jedno z drugim. I właśnie dlatego warto poświęcić chwilę na to, by przyjrzeć się różnicom.

Wydajność i oprawa graficzna

Technicznie? Prawie ideał. Na PlayStation 5 Forza Horizon 5 działa niemal perfekcyjnie. Do wyboru mamy dwa tryby graficzne: Performance (60 klatek na sekundę) i Quality (30 klatek, ale z wyższą rozdzielczością i detalami). Sam gram w trybie wydajności i przyznam szczerze – nie zauważyłem żadnych spadków, nawet gdy ekran aż pękał od liczby szczegółów, ruchu i efektów. Gra działa stabilnie, płynnie i bez zająknięcia. Na zwykłym PS5 nie zauważyłem żadnych kompromisów względem tego, co wcześniej widziałem na Xbox Series X – wszystko śmiga dokładnie tak, jak trzeba. A jeśli ktoś gra na PS5 Pro, może liczyć na jeszcze więcej: natywne 4K, 60 fps i wyraźnie podbitą szczegółowość roślinności oraz tekstur. Robi to wrażenie i aż żałuję, że nie mam jak tego sprawdzić.

Świetnie wypada też obsługa DualSense. Adaptacyjne spusty dają cudowne poczucie oporu przy hamowaniu, a haptyka przenosi drobne detale jazdy na dłonie – od szarpnięć przy wprawianiu kół w cuh, po wibracje przy zmianie nawierzchni. To wszystko sprawia, że prowadzenie auta daje jeszcze większą frajdę.

Tak dopracowana technicznie gra musiała przełożyć się na wizualny efekt – i dokładnie tak jest. Forza Horizon 5 to jedna z najładniejszych gier wyścigowych, w jakie grałem na obecnej generacji konsol. Każdy fragment mapy tętni szczegółami: od rozświetlonych nadmorskich miast, przez wijące się serpentyny w górach, po plaże i wydmy, na których widać niemal każdy ziarenko piasku. Gra korzysta z dynamicznej pogody i cyklu dnia i nocy, co daje świetne efekty – burze, zachody słońca, mgły czy ostre południowe światło zmieniają nie tylko klimat, ale też sposób, w jaki czyta się trasę i otoczenie. Mam jednak jedno małe zastrzeżenie – miejscami kolorystyka Meksyku potrafi być zbyt żółta i wypłowiała. Czasem brakuje mi bardziej soczystej palety, szczególnie gdy przypomnę sobie zielone pejzaże z Horizon 4. Jasne, pustynie i wyschnięte pola mają swój urok, ale momentami robi się monotonnie.

Świetnie wypada też warstwa dźwiękowa: ryki silników brzmią realistycznie, opony świszczą jak należy, a muzyka – choć to kwestia gustu – dobrze pasuje do klimatu gry. Bass Arena czy Block Party nadają temp, które podbija rytm jazdy, zwłaszcza w miejskich lokacjach. Jakbym musiał doczepić się do dźwięku – wspomniany Motorfest korzystał z głośnika w padzie, tutaj życzyłbym sobie tego samego – np. przy połączeniach telefonicznych od NPCów czy chociażby „skręć w lewo” od GPS.

Mimo to całość nadal robi ogromne wrażenie. Mapa, detale, płynność – wszystko tu gra. To port dopracowany do ostatniego szczegółu i w niczym nieustępujący wersjom na inne platformy.

Mechanika i rozgrywka

Forza Horizon 5 to przede wszystkim świetnie zaprojektowana zabawa. Meksyk w wersji Horizon to ogromna mapa pełna aktywności – od klasycznych wyścigów asfaltowych, przez off-roadowe zmagania, po efektowne ekspedycje, które momentami przypominają krótkie filmy akcji z samochodami w roli głównej.

Twórcy dobrze uporządkowali ten ogrom treści. Zamiast sezonowych wyzwań znanych z poprzednich odsłon, mamy teraz pięć głównych gałęzi festiwalu – na przykład rajdy terenowe, drift, klasyczne wyścigi czy pokazy na plaży. Każda z tych gałęzi rozwija się osobno i odblokowuje nowe wydarzenia w miarę postępów, co daje poczucie struktury i celu. Wiesz, że jeśli skupisz się na konkretnej sekcji, dostaniesz za to konkretne nagrody i nowe trasy – i to działa. To bardzo dobra decyzja. Nie gubisz się w natłoku ikon, tylko prowadzisz swoją przygodę tak, jak chcesz – czy to po piaskach Baja, czy krętych ulicach miasta. Wszystko jest tu logicznie ułożone, ale nadal daje ogromną swobodę.

Poza główną ścieżką fabularną Forza Horizon 5 oferuje zaskakująco dużo dodatkowych aktywności. Są tu „Barn Finds” – czyli ukryte po mapie klasyki motoryzacji do odnalezienia i odrestaurowania, są strefy prędkości, drifty, wyzwania fotograficzne i masa aktywności sieciowych. Do tego tryb Horizon Arcade – czyli luźne, kooperacyjne mini-gry na czas, które potrafią wciągnąć na przynajmniej kilka wieczorów. Czasem trzeba rozwalić jak najwięcej billboardów, czasem trafi się polowanie na skarby, a czasem po prostu szalona jazda przed siebie – zdarza się też główkowanie, mam już kilka godzin na zegarze, a nadal zastanawiam się jak ściągnąć jedną tablicę EXP z dachu domu stojącego przy drodze..

W porównaniu do Motorfest, gdzie wszystko opiera się na playlistach i dość sztywnych ścieżkach tematycznych, Forza daje więcej swobody. Każdy znajdzie coś dla siebie i – co najważniejsze – ciągle pojawiają się nowe rzeczy do zrobienia. Przez większość czasu nie miałem ani chwili nudy, bo co chwilę coś mnie rozpraszało – a to wyścig, a to wyzwanie, a to jakiś znajomy pojawił się na mapie i chciałem z nim konkurować.

Za to bardzo cenię jedną rzecz – interakcje z innymi graczami. Duchy ich przejazdów, rekordy na tablicach wyników, wyzwania czasowe czy nawet sama obecność znajomych na mapie sprawiają, że czuję się częścią większej społeczności. To nie jest samotna jazda przez pusty świat – tu ciągle coś się dzieje, ktoś kogoś wyprzedza, ktoś właśnie pobił mój rekord w strefie prędkości. I to naprawdę motywuje do dalszej jazdy.

Do tego dochodzą elementy, które fajnie uzupełniają klimat gry. Można kupować domy, które służą jako punkty szybkiej podróży i bazy wypadowe, a także odblokowują dodatkowe bonusy. Jest też cały system personalizacji – ubrania, emotki, klaksony – wszystko to można zbierać, zmieniać i dopasowywać do własnego stylu. Dla jednych to tylko kosmetyka, ale ja lubię, gdy mogę włożyć coś innego niż domyślną kurtkę i zaznaczyć swoją obecność nie tylko na trasie, ale też na ekranie wyników.

Mam jednak kilka zastrzeżeń. Przede wszystkim – samochody odblokowują się zaskakująco szybko. Już po kilku pierwszych godzinach można zgarnąć auta z najwyższej półki, co trochę zaburza poczucie progresji. Brakuje tego momentu, w którym naprawdę czujesz, że na coś długo pracowałeś. Z drugiej strony – to też forma nagrody, która potrafi cieszyć, więc nie traktuję tego jako wielki minus. Do tego dochodzi jeszcze system losowania nagród. Za postępy i levele dostajemy kupony, które pozwalają zakręcić kołem fortuny – czasem wpadnie kasa, czasem ubranie, czasem ekskluzywne auto. Z jednej strony to miłe urozmaicenie, ale z drugiej – trudno nie odczuć lekkiego syndromu „hazardowego”, kiedy łapiesz się na tym, że liczysz tylko na kolejne zakręcenie i lepszy drop.

Warto też wspomnieć o fabule. W podstawowej wersji jest jej niewiele – kilka przerywników, proste scenariusze – to bardziej pretekst niż historia. Mam wrażenie, że więcej narracji dostaje się dopiero w płatnych dodatkach, jak Hot Wheels, ale o tym więcej później.

Motorfest vs Horizon – moje spojrzenie zza kierownicy

Jako ktoś, kto spędził w Motorfest ponad 150 godzin, mogę uczciwie powiedzieć, że oba sandboksy mają swoje mocne strony. The Crew: Motorfest to produkcja Ubisoftu i widać w niej rękę tej firmy – mocny nacisk na system progresji, strukturalną przejrzystość i wyraźnie nakreślony klimat. Sama formuła przypomina zresztą Horizon już na pierwszy rzut oka: otwarty świat, tropikalna wyspa, festiwalowa atmosfera, zmieniające się wyzwania i duży nacisk na styl i personalizację. Motorfest wyróżnia się przede wszystkim wyraźną strukturą – tematyczne playlisty prowadzą gracza za rękę i pozwalają od razu poczuć, w jakim kierunku iść. To duży plus, zwłaszcza na początku. Do tego dochodzi szeroki wybór pojazdów – samoloty, łodzie, motocykle, quady – tego w Forza Horizon 5 po prostu nie ma i momentami za tym tęsknię. Ale mimo wszystko to właśnie Horizon 5 daje mi większą frajdę z jazdy. Modele prowadzenia są bardziej dopracowane – czuć wagę auta, każdy samochód prowadzi się inaczej, a drift naprawdę przypomina jazdę po śliskiej nawierzchni, a nie przypadkowe szarpanie. Motorfest – mimo że zrobił duży postęp względem poprzednich odsłon – nadal potrafi być zbyt arcade’owy. Momentami czuję się tam, jakbym prowadził „mydło w wannie”. Tak samo zróżnicowanie aut w Forzie robi wrażenie. Mamy tu około 400 w pełni licencjonowanych modeli – od klasyków po współczesne hiperauta – i to wszystko można swobodnie modyfikować oraz używać w różnych klasach wyścigów. Motorfest stawia bardziej na egzotykę i widowiskowość, ale nie daje aż takiej swobody konfiguracji czy personalizacji.

Podsumowując: obie gry mają swoje mocne strony i oba światy dobrze znam. Ale jeśli miałbym wybrać jedną – to jednak Forza Horizon 5. Daje mi większą satysfakcję z jazdy, więcej możliwości modyfikacji i lepsze poczucie „bycia na trasie”. Choć nie ukrywam – playlistowa forma Motorfest miała swój urok i czasem chętnie bym do niej wrócił.

Nie wszystko jednak błyszczy tak samo jasno. Mimo że Forza Horizon 5 robi ogromne wrażenie pod względem wizualnym, niektóre fragmenty mapy – zwłaszcza centralne i pustynne obszary Meksyku – potrafią być dość monotonne. Dominują tam żółcie, piaski i wypłowiałe kolory, które z czasem zaczynają się zlewać w jedno. Brakuje tu tej barwnej różnorodności, którą pamiętam choćby z brytyjskich krajobrazów w Horizon 4. Oczywiście, plaże czy gęste dżungle prezentują się pięknie, ale pustynne przestrzenie bywają po prostu blade i mniej angażujące wizualnie.

Drugą sprawą są dodatki. Podstawowa wersja gry jest naprawdę bogata, ale nie zawiera wszystkich rozszerzeń. Hot Wheels i Rally Adventure trzeba dokupić osobno – każdy z nich to wydatek rzędu około 90–110 zł, więc jeśli ktoś chce mieć „pełną Forzę”, musi się liczyć z dodatkowymi kosztami. A że to właśnie te dodatki zawierają najciekawsze scenariusze fabularne i zupełnie nowe lokacje, trudno nie poczuć FOMO. W moim przypadku to było dość mocne – miałem wrażenie, że bez tych rozszerzeń coś mi po prostu umyka i że nie gram w kompletną wersję gry.

I jeszcze jedna rzecz, która mnie trochę zaskoczyła – płatna mapa skarbów. To niewielki dodatek za kilkanaście złotych, który od razu odsłania wszystkie ukryte tablice i lokalizacje bonusów. Moim zdaniem tego typu rzeczy po prostu powinny być widoczne w grze od początku albo odkrywane stopniowo w trakcie rozgrywki. To element zabawy – albo coś, co świadomie pomijasz – a nie coś, co powinno być sprzedawane osobno jako mikrotransakcja.

Finisz z piskiem opon

Mimo kilku zgrzytów, Forza Horizon 5 na PS5 to po prostu rewelacyjna gra wyścigowa. Jej największe atuty – genialna płynność, zachwycająca oprawa graficzna i ogromna różnorodność aktywności – sprawiają, że każda chwila spędzona w Meksyku daje satysfakcję.

Do tego dochodzi naprawdę imponująca liczba samochodów – jest ich grubo ponad 400 i praktycznie każdy został dopieszczony w najmniejszych detalach. Od klasyków motoryzacji, przez muscle cary, aż po najnowsze hypercary – czuć, że twórcy przyłożyli się nie tylko do modeli, ale też do tego, jak każdy z tych pojazdów się prowadzi, brzmi i zachowuje na różnych nawierzchniach. To nie jest tylko kolekcja na pokaz – to zestaw, z którego realnie się korzysta i w którym każdy znajdzie coś dla siebie.

Dla mnie to produkcja, która bije Motorfest tam, gdzie najbardziej mi zależy: w samym prowadzeniu, w możliwościach personalizacji i w poczuciu, że wszystko mogę, nic nie muszę. Jest pełna, przemyślana i daje mi dokładnie to, czego szukam w arcade’owym sandboxie – wolność, frajdę i motoryzacyjny świat, do którego chce się wracać.

To najlepsza odsłona serii Horizon i jedna z najlepszych gier wyścigowych, w jakie grałem na tej generacji. Rzekłem.

Moja ocena: 9/10

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply