Sojusznicy (oryg. Heads of State) to najnowsza wysokobudżetowa komedia akcji od Amazon Prime Video, w której John Cena i Idris Elba wcielają się odpowiednio w prezydenta USA oraz premiera Wielkiej Brytanii. Już sam ten duet sugeruje, że film celuje w lekką, rozrywkową konwencję. I rzeczywiście – jest mało realistycznie, ale całkiem wciągająco.
Do Amazon Prime mam pewien sentyment – lubię to, że nie boją się wypuszczać rzeczy lekkich, które nie udają głębokiego kina. Czasem właśnie tego mi trzeba: filmu, który nie męczy, nie filozofuje i po prostu daje frajdę. Do Sojuszników siadałem z całkiem dużymi oczekiwaniami. Po pierwsze: John Cena. Oglądam WWE od 2007 roku, więc trudno, żebym nie miał słabości do gościa, który przez lata był twarzą federacji. Nie udaje aktora – on po prostu jest sobą, co w tego typu filmach działa zaskakująco dobrze. Po drugie: Idris Elba. Szanuję go ogromnie. Gdyby został Bondem, przyjąłbym to bez mrugnięcia okiem. Facet ma charyzmę, głos, ekranową klasę – i nieważne, czy gra gangstera, detektywa czy właśnie premiera Wielkiej Brytanii, zawsze robi to z wyczuciem. Tak, oczekiwania były spore.
Porozmawiajmy chwilę o Jezu… o fabule
Punkt wyjścia dla fabuły jest równie prosty, co niedorzeczny. Will Derringer (John Cena) to świeżo upieczony prezydent USA – były gwiazdor kina akcji, który bez żadnego doświadczenia politycznego wygrał wybory wyłącznie dzięki swojej charyzmie. Sam Clarke (Idris Elba) to z kolei wytrawny, choć tracący poparcie, premier Wielkiej Brytanii – były wojskowy, który twardo stąpa po ziemi i nie ukrywa swojego sceptycyzmu wobec amerykańskiego partnera. Panowie szczerze za sobą nie przepadają i nie próbują tego nawet ukrywać. Ich publiczne przepychanki zaczynają zagrażać relacjom między krajami, jednak szybko okazuje się, że mają znacznie poważniejsze problemy. Podczas wspólnej podróży ich samolot – Air Force One – zostaje zestrzelony, a świat przyjmuje za pewnik, że prezydent i premier nie żyją. W rzeczywistości obaj lądują awaryjnie gdzieś w lasach Białorusi i muszą połączyć siły, by przeżyć oraz powstrzymać tajemniczy zamach, którego celem jest szczyt NATO. Stawką jest więc nie tylko ich życie, ale i przyszłość całego sojuszu. Za zamachem stoi Viktor Gradov (Paddy Considine) – arcyłotr jak z podręcznika kina akcji: rosyjski handlarz bronią, który marzy o zemście na Zachodzie. Współpracuje z wpływowym zdrajcą, chcąc zdestabilizować układ sił w Europie. Derringer i Clarke, ścigani przez nasłanych zabójców, przemierzają pół kontynentu – przez białoruskie mokradła, polską Warszawę, aż po finałowy szczyt NATO we Włoszech – ucząc się po drodze, że czasem trzeba odłożyć personalne animozje na bok.
Brzmi to wszystko kompletnie niedorzecznie? I takie właśnie jest 😉. Film ani przez chwilę nie udaje realistycznego thrillera politycznego – to świadoma, lekka rozrywka z przymrużeniem oka. Film jest głupiutki – i bardzo dobrze o tym wie – ale ogląda się go z zaskakującą przyjemnością. Sojusznicy są nakreśleni jako komedia akcji, ale prawdę mówiąc – z tym humorem bywa różnie. Jasne, jest tu sporo one-linerów, przekomarzanek między bohaterami i trochę parodii politycznych schematów. Prezydent-celebryta dostaje swoje, a przemowy o jedności Zachodu są tak pompatyczne, że jesteśmy w stanie znieść jajko z tatuażem 50 amerykańskich gwiazdkek. Chociaż trzeba powiedzieć szczerze, niektóre żarty naprawdę siadają – jak choćby ten o tym, kto jest „silny siłownią”, a kto „silny naprawdę”, czyli klasyczne: mięśnie Ceny kontra doświadczenie Elby. Albo dość śmieszny montaż wspomnień z podróży. Tylko że to trochę za mało. Momentami miałem wrażenie, że film nie może się zdecydować, czy chce być pełnoprawną parodią kina akcji, czy może jednak czymś trochę poważniejszym. I przez to ten humor wychodzi taki trochę rozlazły. Niby coś tam się dzieje, niby bohaterowie się przekomarzają, ale brakuje scen, które naprawdę rozbawią do łez. Fabuła jest tak oderwana od rzeczywistości, że aż się prosiło, żeby twórcy pociągnęli to dalej i wrzucili więcej absurdu, więcej śmiałości. A tak, mamy kilka uśmiechów, może jeden czy dwa parsknięcia, ale bez większych fajerwerków.
Naishuller, reżyser, ewidentnie lepiej czuje się w scenach akcji niż w komediowych przerywnikach. Potrafi wrzucić humor w sam środek rozpierduchy – jak w momencie, gdy Premier przypadkiem rzuca granat pod własne nogi – ale takich momentów chciałoby się więcej. Jeśli ktoś liczy na coś w stylu 21 Jump Street albo Bodyguarda Zawodowca, to może się trochę rozczarować. Heads of State to raczej akcyjniak z paroma zabawnymi tekstami, a nie pełnoprawna komedia. Fajnie się to ogląda, ale śmiechu jest mniej, niż można by się spodziewać.
W duecie Elby i Ceny działa wszystko, co powinno. Jeden wnosi brytyjską klasę, drugi amerykańską bezczelność. I choć to zestawienie brzmi jak z plakatu, na ekranie naprawdę się sprawdza. Elba ma w sobie spokój, powagę i naturalny autorytet, a Cena – jak to Cena – rozbrajający luz i dystans do siebie. Ich przekomarzanki są autentycznie przyjemne do oglądania i momentami ciągną film tam, gdzie scenariusz zaczyna siadać. Chociaż powiedzmy też sobie szczerze: Hobbs i Shaw zrobili to lepiej. Fajnie, że obaj aktorzy nie próbują grać „na serio” – po prostu dobrze się bawią konwencją i tym, że ich postacie są trochę przerysowane. Elba potrafi zagrać jednocześnie twardziela i gościa z ludzką twarzą, a Cena jest dokładnie takim typem bohatera, którego lubię oglądać w lekkim kinie akcji. Robi swoje, nie robi z tego dramatu.
W drugoplanowej obsadzie też coś się dzieje, choć już z mniejszym efektem. Priyanka Chopra Jonas gra agentkę MI6 i dosłownie kopie tyłki – szkoda tylko, że jest na ekranie tak krótko. Fajnie wypadła, ale miałem niedosyt. Z kolei Stephen Root pojawia się na moment jako geniusz komputerowy, ale jego postać ledwo dostaje cokolwiek do zagrania – zupełnie zmarnowany potencjał. Za to Jack Quaid kradnie cały epizod. Gra agenta CIA, który prowadzi bezpieczny dom w Warszawie, i to, co robi w swojej jednej sekwencji, to czyste złoto. Serio, jego scena to coś w rodzaju dorosłego Kevina samego w domu, tylko z bronią i jeszcze większą ilością pułapek. Parsknąłem śmiechem. I co ciekawe – właśnie jego postać wraca po napisach, co może oznaczać, że ktoś już planuje sequel. Gdyby faktycznie miał wrócić, nie miałbym nic przeciwko. Całościowo obsada naprawdę daje radę. Nikt się nie wybija ponad całość, ale też nikt nie odstaje. Każdy dostaje swoje pięć minut, a Elba i Cena są na tyle wyrazistym duetem, że sam ich ekranowy konflikt wystarcza, żeby utrzymać uwagę widza przez cały seans.
Uwaga! Jest tu Polska
Muszę poświęcić osobny akapit temu, jak w filmie pokazano Polskę – bo jako Polakowi trudno mi było przejść nad tym do porządku dziennego. Spora część drugiego aktu Sojuszników rozgrywa się w Warszawie, gdzie bohaterowie trafiają do tajnej bazy CIA. Brzmi nieźle – polski akcent w hollywoodzkim filmie akcji zawsze cieszy. Problem w tym, jak ten akcent został pokazany. W filmowej Warszawie czas jakby się zatrzymał. Ulice i mieszkania wyglądają na zrujnowane, brudne, wiecznie pogrążone w półmroku – jakbyśmy dalej tkwili w PRL-u. Na ścianach wiszą propagandowe plakaty, w tle kurz i sadza, a monitory mają grube kineskopy, jakby nikt tu nigdy nie słyszał o laptopie. Polska w tym filmie to technologiczna pustynia, brzydka i przestarzała. Ale najbardziej rozbroiła mnie scena przekraczania granicy z Białorusią – nasi bohaterowie chowają się na pace ciężarówki pełnej owiec. Serio. Jakbyśmy byli jakimś zapomnianym państwem z czasów Zimnej Wojny. Miałem ochotę złapać się za głowę. Jasne, to komedia akcji, więc rozumiem, że nie wszystko trzeba traktować serio. Ale mimo wszystko – aż dziwne, że nikt nie zatrzymał tego absurdu na etapie scenariusza. Bo niestety, przeciętny widz z Zachodu może po takim seansie naprawdę pomyśleć, że w Polsce wciąż dominują kopalnie, pasterze i monitory z epoki Windowsa 95.
Co ciekawe, polskie media początkowo chwaliły sam fakt, że Warszawa pojawia się w amerykańskim filmie – i faktycznie, na ekranie przemykają znajome widoki: Pałac Kultury, Most Świętokrzyski, jakieś pomniejsze ulice. Tylko że cała reszta – wnętrza, otoczenie, klimat – została jakby wzięta z innego świata. Jakby twórcy zupełnie nie zadali sobie trudu, żeby pokazać naszą rzeczywistość choć odrobinę uczciwie. Trochę to bawi, ale trochę też boli – bo przecież mówimy o dużej produkcji, która mogła sobie pozwolić na research. Tym bardziej, że są filmy, które pokazały Polskę normalnie. Choćby Prawdziwy ból, który całkiem niedawno zgarnął Oscara dla jednego z aktorów – i to też historia z amerykańskiej perspektywy. Tylko tam nikt nie musiał się chować za owcą, żeby przekroczyć granicę. Podsumowując: dla polskiego widza „polskie akcenty” w Sojusznikach to niestety lekki zgrzyt. Nie chodzi o to, że wszystko musi być idealne i realistyczne, ale jednak… szkoda. Mogliśmy dostać nowoczesną, żywą Warszawę, a dostaliśmy szaro-burą makietę z przestarzałym sprzętem i dziwnym klimatem. Zmarnowana szansa.
Akcja, zdjęcia i… dźwięk na pół gwizdka
Od strony technicznej Sojusznicy to solidne kino akcji klasy średniej. Ilya Naishuller wie, jak kręcić pościgi i strzelaniny – tempo jest dobre, montaż dynamiczny, a sceny akcji czytelne i całkiem pomysłowe. Otwierająca sekwencja z festiwalu La Tomatina wypada efektownie, podobnie jakbijatyka na Białoruskiej wsi czy finał na szczycie NATO. Nie są to sceny, które zostają w głowie na długo, ale ogląda się je bez nudy – czasem nawet z lekkim uśmiechem politowania. Humor miesza się tu z akcją w całkiem zgrabny sposób, zwłaszcza w bardziej przerysowanych momentach (jak one-man show Marty’ego w Warszawie). Wizualnie film trzyma standard – poprawne zdjęcia, trochę pocztówek z drona, sporo ujęć z ręki. Nocna Warszawa potrafi wyglądać efektownie, choć chwilę później znów trafiamy do wnętrz przypominających bunkry z lat 60. Scenografia bywa nierówna, a muzyka niestety zupełnie nie zapada w pamięć. Brakuje choćby jednego motywu, który nadawałby całości charakter. Pod tym względem film jest zaskakująco „cichy” – i niestety także dosłownie. Oglądałem film na Amazon Prime i niestety dźwięk był mocno rozjechany. Oryginalna ścieżka – cicha, niemal szeptana, za to lektor – nagrany na tyle głośno, że niemal wysadził mi głośniki. Trzeba było skakać między ustawieniami głośności jak na koncercie z uszkodzonym nagłośnieniem. Nie wiem, czy to błąd w pliku, czy platformy, ale na pewno nie pomogło w odbiorze. Trochę jak cały film – przez większość czasu działa na pół gwizdka, by nagle przywalić czymś niespodziewanym.
Podsumowanie: Letni blockbuster lecący w tle
Sojusznicy to dokładnie ten typ niezobowiązującego kina akcji, który dobrze sprawdza się wieczorem przy popcornie. Nie zmienia oblicza gatunku, nie próbuje być czymś więcej niż jest – i dobrze. Czerpie pełnymi garściami ze znanych schematów i traktuje to jako atut. Jedni nazwą go głupiutkim, inni – całkiem zabawnym. Ja jestem gdzieś pośrodku.
Bawiłem się nieźle, momentami szczerze się śmiałem (chemia Elby i Ceny robi robotę), ale też kilka razy przewróciłem oczami – głównie przez sposób pokazania Polski. Mimo wszystko przeważają pozytywne odczucia. To lekki, przyjemny „popcornowy” film, który nie próbuje udawać niczego więcej. Twórcy dokładnie wiedzieli, co robią: dali nam wybuchową mieszankę akcji i humoru, podlaną political-fiction tak głupiutkim, że aż zabawnym.
Warto też zauważyć, że mimo gwiazdorskiej obsady film nie trafił do kin – od razu wylądował na streamingu. Może uznano, że to zbyt ryzykowny tytuł na wielki ekran, a może to po prostu znak czasów. I szczerze? W domowym zaciszu sprawdza się lepiej niż w IMAX-ie. Można przymknąć oko na absurdy, rozsiąść się wygodnie i po prostu dobrze bawić.
Ocena: 6/10. Lekko, łatwo i (czasem) przyjemnie, ale z potencjałem zmarnowanym tam, gdzie mogło być naprawdę ciekawie.














