„Vaiana 2” to kontynuacja przygód polinezyjskiej bohaterki, która tym razem wyrusza na poszukiwanie legendarnej wyspy Motofetū, mającej zjednoczyć rozdzielone plemiona Oceanii. Pierwsza część zdobyła popularność dzięki angażującej historii, wyrazistym bohaterom oraz świetnej muzyce, na czele z przebojowym utworem „Pół kroku stąd”. Niestety, film nie dorównuje swojemu poprzednikowi, co zauważalne jest w kilku kluczowych aspektach.
Główna historia jest nieczytelna i zdecydowanie mniej angażująca niż w pierwszej części. Twórcy najwyraźniej mieli problem z wykreowaniem jasnej linii fabularnej, przez co film zdaje się być chaotycznym zbiorem luźno powiązanych scen, pozbawionych wspólnego kierunku. Wyraźnie odczuwalny jest brak konkretnego antagonisty, co znacząco osłabia napięcie dramatyczne oraz utrudnia emocjonalne zaangażowanie w losy bohaterów. Wprowadzona w filmie postać Matangi, teoretycznie pełniąca rolę „złej”, pojawia się nagle i równie szybko znika, nie wnosząc żadnego konkretnego zagrożenia ani ciekawego zwrotu akcji. Jej obecność jest przez to niezrozumiała i pozostawia widza z uczuciem niedosytu. Dodatkowo, finałowa konfrontacja jest pozbawiona spektakularności i emocji, które tak dobrze pamiętamy z pierwszej części, przez co zakończenie historii okazuje się rozczarowujące i nijakie. Ostatecznie brakuje tutaj tej dramaturgii i epickiego charakteru, który uczynił poprzednią odsłonę wyjątkową.
Nowe postacie, takie jak Moni, Loto czy Kele, nie wyróżniają się na tle innych i wydają się być mało zróżnicowane pod względem wizualnym. Jedynie Loto, konstruktorka łodzi, wnosi świeżość do ekipy, jednak jej potencjał nie zostaje nigdy w pełni wykorzystany. Ogólnie, bohaterowie nie wnoszą znaczącej wartości do fabuły, co sprawia, że trudno się z nimi utożsamić. W sumie jak wspomniałem nie wnoszą też wartości wizualnej, ogólnie cała „ekipa” jest dodana mocno na siłę i przypadkowo. Gdy zagłębiamy się w ich relacje mamy wrażenie, jakbyśmy przeoczyli jakieś istotne informacje – na ich miejscu dosłownie mógłby znaleźć się każy. Relacja między Vaianą a Maui nie uległa znaczącej ewolucji. Choć teraz darzą się sympatią, brak jest głębszej dynamiki czy konfliktów, które mogłyby dodać historii pikanterii. W porównaniu z pierwszą częścią, ich współpraca wydaje się płaska i przewidywalna.
Humor w filmie jest stonowany. Kilka scen, zwłaszcza z udziałem kokosowych ludków, potrafi rozbawić, ale ogólnie brak jest błyskotliwych żartów. Zmiana ścieżki dźwiękowej na oryginalną angielską z udziałem Dwayne’a Johnsona (The Rock) wprowadza nieco ożywienia, jednak nie ratuje ogólnego wrażenia, że film został po prostu źle napisany – szybko i bez jasnego planu, aby tylko wypchnąć go czym prędzej do kin na całym świecie. Szczątkowy humor to zresztą nic nadzwyczajnego, gdy w fabule po prostu nie ma ciekawych postaci, a także jak wspomniałem – głównego czarnego charakteru. I chcę, abyśmy zrozumieli to jasno – główny zły bóg ani na chwilę się nie pojawia.
Podczas gdy pierwsza część miała silne przesłanie rodzinne, tutaj rodzina stanowi jedynie tło i nie odgrywa kluczowej roli w narracji. Brakuje głębszego przesłania czy wartości, które mogłyby poruszyć widza. „Vaiana 2” wypada blado w porównaniu z oryginałem. Sequel nie spełnia oczekiwań i wydaje się niepotrzebny. Pierwsza część miała swoje wady, ale mimo to pozostawiła po sobie pozytywne wrażenie. Kontynuacja nie wnosi nic nowego i pokazuje, jak kruchy był materiał wyjściowy.
Muzyka w „Vaianie 2” nie dorównuje tej z pierwszej części i pozostaje jednym z największych rozczarowań filmu. O ile oryginał zasłynął ze znakomitych utworów, które szybko zapadały w pamięć – na czele z niezapomnianym „Pół kroku stąd” – tak tutaj żadna z piosenek nie posiada podobnej siły rażenia. Kompozycje, mimo starań twórców, brzmią przeciętnie, a teksty nie są już tak pełne emocji i znaczenia. Piosenkom brakuje chwytliwości, a niektóre z nich są tak nijakie, że można je przegapić nawet podczas pierwszego seansu. Choć kilka melodii wyróżnia się ciekawym rytmem i próbą oddania klimatu Oceanii, ostatecznie żaden utwór nie pozostaje z widzem na dłużej. Nawet muzyczne aranżacje scen, które powinny być emocjonujące czy podniosłe, okazują się niewykorzystanym potencjałem, sprawiając wrażenie niedopracowanych lub pozbawionych reżyserskiego polotu. W efekcie cała ścieżka dźwiękowa sprawia wrażenie wtórnej i pozbawionej kreatywności, co dodatkowo pogłębia ogólne uczucie rozczarowania – próbowałem słuchać jej w obu językach, ale nawet The Rock w oryginalnym wydaniu nie ratuje dość kiepskich, odtwórczych piosenek.
Pod względem technicznym (na szczęście), animacja stoi na najwyższym poziomie. Kolory są żywe i bajkowe, a krajobrazy Oceanii prezentują się imponująco. Jednak brak innowacyjnych rozwiązań wizualnych sprawia, że film nie zaskakuje pod tym względem – a można, przykładowo ostatni Kot w Butach pokazał pazur, mocno inspirując się w scenach walki własną estetyką (chociaż trochę podkradniętą ze Spider-Man Uniwersum). Dodatkowo momentami wydaje się nijaki i źle zmontowany, co może wynikać z pierwotnego planu stworzenia serialu zamiast pełnometrażowego filmu.
Film ogląda się z trudem i trudno go polecić innym, nawet zagorzałym fanom pierwszej części. Pomimo ogromnego potencjału drzemiącego w bogatym świecie Oceanii, twórcy nie zdołali zaoferować widzom ciekawej i angażującej historii. Brak wyrazistego antagonisty, słabo rozwinięte wątki oraz chaotyczna narracja sprawiają, że seans „Vaiany 2” staje się męczący. Do tego dochodzą niewykorzystany potencjał nowych postaci i przeciętna, łatwo wypadająca z głowy muzyka, co tylko pogłębia uczucie niedosytu.
Choć film dostępny jest już na platformie Disney+, trudno uznać go za obowiązkową pozycję do obejrzenia – nawet dla osób z sentymentem wspominających Vaianę – Skarb Oceanu. O widzicie, w dwójce nawet nie chciało im się wymyślać podtytułu…
Podsumowując, „Vaiana 2” to produkcja, która nie tylko nie dorównuje swojemu poprzednikowi, ale pozostawia widza z wyraźnym poczuciem rozczarowania, skłaniając do refleksji nad sensem tworzenia sequeli do filmów, które niekoniecznie tego potrzebują. Moim zdaniem słabiutko, maksymalnie 4/10. Już dawno nie było mi tak przykro.














