Skip to main content

Kocham Anne Hathaway i bardzo lubię Meryl Streep, ale fanem „jedynki” nigdy nie byłem. Zdecydowanie wolę je w innych rolach, choć nie mam problemu z uznaniem jego kultowości. Kiedy żona i znajomi wyciągnęli mnie do kina, nie byłem do końca przekonany, co mnie czeka. Bardziej nastawiałem się na odgrzewany sequel, na siłę doprawiony współczesnymi trendami, które nie zawsze do mnie trafiają. Co otrzymałem? Trudno powiedzieć. Dwadzieścia lat po tym, jak Miranda jednym spojrzeniem potrafiła zamrozić całe kino, wróciłem do jej świata i szybko złapałem się na dziwnym deja vu. Z jednej strony to wciąż ta sama opowieść o modzie większej niż życie, z drugiej – wszystko ma w sobie coś bardziej streamingowego niż kinowego. Nawet jeśli plakat krzyczy, że to pełnoprawny sequel z powracającą obsadą i ekipą.

Fabuła bez spoilerów jest w teorii bardzo na czasie. Mamy współczesny Nowy Jork, Runway nadal działa, ale czasy świetności papieru dawno minęły. Miranda musi zmierzyć się z rzeczywistością, w której sam prestiż tytułu już nie wystarcza, bo budżety reklamowe odpływają do aplikacji, influencerów i nowych platform. Emily wyrosła na ważną postać w świecie luksusowych marek – zamiast biegać po kawę, decyduje teraz o wielomilionowych kampaniach, które mogą uratować albo pogrążyć magazyn. Andy z kolei poszła w stronę bardziej zaangażowanego dziennikarstwa i oczywiście ich drogi znowu się przecinają. Problem w tym, że choć wszyscy są starsi i bardziej doświadczeni, to wcale nie znaczy, że mądrzejsi. Cały konflikt da się streścić bardzo prosto: czy ikoniczna marka jest w stanie przetrwać zmianę epoki i co trzeba poświęcić, żeby to się udało?

Na papierze brzmi to jak idealny materiał na ostrą, aktualną satyrę. W praktyce film przez większość czasu bardziej snuje się po tym świecie, niż faktycznie opowiada historię. Pierwsze trzy czwarte to głównie powroty, spotkania, eventy i łapanie klimatu branży, która sama nie wie, czy wciąż rozdaje karty, czy już tylko próbuje nadążyć za algorytmami. Dopiero pod koniec pojawia się coś, co można nazwać konkretną fabułą – decyzje, konsekwencje, wyraźne stawki. Problem w tym, że przychodzi to za późno i trochę na siłę. Sprawia to wrażenie, jakby twórcy długo nie mogli się zdecydować, o czym właściwie ma być ten film, i dopiero w trzecim akcie podjęli decyzję.

I tu dochodzimy do najbardziej paradoksalnej rzeczy  – to w ogóle nie jest historia, która broni się jako film kinowy. Dużo bardziej przypomina coś, co powinno być czteroodcinkowym miniserialem wracającym po latach, bo poza znanymi nazwiskami naprawdę niewiele uzasadnia jego obecność na dużym ekranie. Konstrukcyjnie dostajemy raczej luźne rozdziały z życia bohaterek niż zwartą opowieść. Kilka wątków aż prosi się o rozwinięcie w kolejnych odcinkach, pojawia się sporo pobocznych postaci, którym zwyczajnie brakuje czasu, żeby wybrzmieć. Gdyby rozciągnąć to na cztery części i wrzucić na platformę streamingową, wszystko nagle zaczęłoby działać – rytm, struktura, sposób prowadzenia historii. W kinie natomiast wyraźnie czuć brak koncentracji i ostrzejszej linii dramaturgicznej. Film uparcie snuje się swoim tempem, jakby kompletnie ignorował to, czego wymaga ten format.

Jeśli chodzi o aktorstwo, sytuacja jest bardzo podobna do fabuły – wszystko jest poprawne, momentami nawet bardzo dobre, ale tylko jedna osoba naprawdę wchodzi na wyższy poziom. Meryl Streep wciąż potrafi jednym ruchem oka ukraść całe ujęcie i kilka razy przypomina, dlaczego Miranda stała się ikoną popkultury. Problem w tym, że ta nowa wersja bohaterki jest dziwnie niespójna – z jednej strony nadal lodowata i bezlitosna, z drugiej scenariusz dorzuca jej tyle wahań i „miękkich” momentów, że zaczyna to wyglądać jak nie do końca przemyślana próba ocieplenia wizerunku. Można to tłumaczyć upływem czasu, ale z perspektywy widza częściej wygląda to na brak konsekwencji niż świadomy zabieg. Anne Hathaway jako Andy to dla mnie największy zgrzyt. Mam wrażenie, jakby ta postać przez dwie dekady praktycznie się nie zmieniła. Nadal jest pełna marzeń, trochę zagubiona i reaguje na ten świat jak ktoś świeżo wrzucony do branży, a nie osoba, która już przez to przeszła i powinna mieć poukładane priorytety. To, co kiedyś było urocze, tutaj bywa zwyczajnie niewiarygodne. Emily Blunt ma z kolei problem z rozdwojeniem postaci. Raz widzimy pewną siebie kobietę sukcesu, która gra według własnych zasad, by chwilę później wrócić do neurotycznej, spiętej wersji sprzed lat. Dałoby się to obronić, gdyby film świadomie grał kontrastem, ale częściej wygląda to tak, jakby ktoś nie do końca panował nad spójnością bohaterki. Na tym tle Stanley Tucci robi dokładnie to, czego od niego oczekuję. Nigel ma mniej czasu ekranowego, niż bym chciał, ale każda jego scena wnosi energię, rytm i charakter. Tu czuć, że ktoś pamięta, dlaczego ta postać działała – jest ironia, jest luz i konkretne spojrzenie na branżę. Gdyby cały film trzymał ten poziom, mówilibyśmy o naprawdę mocnym powrocie. Nowe twarze wypadają przyzwoicie, ale głównie jako tło. Kenneth Branagh ma potencjał na ciekawy wgląd w prywatność Mirandy, ale scenariusz ledwo ten temat zahacza. Reszta młodszego pokolenia pojawia się i znika szybciej, niż zdążymy się nimi zainteresować.

Jeśli chodzi o cameo, to jest tu ciekawy problem. Bo wbrew pozorom tych występów gościnnych jest naprawdę sporo – od projektantów pokroju Donatelli Versace, przez twarze mody i mediów, aż po pojedyncze nazwiska ze świata muzyki i sportu. Tyle że film kompletnie nie potrafi tego wykorzystać. Większość z tych osób po prostu miga na ekranie, często bez większego znaczenia dla historii, bardziej jako tło niż realna wartość dodana. I to właśnie boli najbardziej. Przy takim potencjale można było zrobić prawdziwy popkulturowy event – coś na poziomie wielkiego zlotu świata mody i celebrytów. Zamiast tego dostajemy zestaw cameo, które istnieją, ale rzadko kiedy zostają w głowie na dłużej. To nie jest element, który psuje film, ale trudno nie czuć niedosytu. Zwłaszcza jeśli ktoś liczył, że ten sequel pójdzie w stronę bardziej „epickiego” jubileuszu branży, a nie tylko szybkiego przeglądu znajomych twarzy.

Sam seans był dość specyficzny. Z jednej strony wciąga sam powrót do tych postaci i świata – jest coś kojącego w oglądaniu ich znowu w akcji, wśród pokazów, redakcji i perfekcyjnych stylizacji. Z drugiej strony bardzo szybko czuć, że emocjonalne stawki są niskie. To bardziej dobrze zrealizowany „making of” świata mody niż historia, która naprawdę angażuje. Rytm jest rozchwiany. Sceny płyną gładko, ale brakuje wyraźnych punktów ciężkości – zamiast napięcia mamy serię momentów: trochę humoru, trochę dramatu, trochę backstage’u, potem znowu event. Finał próbuje to poskładać, ale robi to za późno. Najlepiej działa chemia starej obsady i sam świat przedstawiony – kostiumy, scenografia i kulisy branży, która próbuje odnaleźć się w nowych realiach. Film potrafi też celnie pokazać, jak zmieniło się znaczenie prestiżu w erze social mediów, i robi to bez nachalnego moralizowania. Problemem pozostaje brak konsekwencji w postaciach i masa wątków, które pojawiają się i znikają bez większego znaczenia. I znowu wychodzi to samo – to historia, która dużo lepiej działałaby jako serial niż film.

Dla mnie to solidne 7/10. Jeśli ktoś naprawdę kocha ten świat i czekał na powrót tej ekipy, spokojnie może dorzucić punkt więcej. Ja jednak liczyłem na coś bardziej przebojowego – nie jest gorzej niż kiedyś, ale po tylu latach oczekiwałem czegoś więcej. „Jak ma wzruszać, skoro nie wzrusza?” – i to w sumie najlepiej podsumowuje mój odbiór.

Dla kogo jest ten film? Dla fanów oryginału i osób, które po prostu chcą jeszcze raz wejść do tego świata – to przyzwoita, momentami bardzo sympatyczna kontynuacja, która nie psuje wspomnień. A to już coś. Jeśli jednak liczysz na mocne kinowe emocje i historię, która naprawdę wbije się pod skórę, możesz wyjść z poczuciem, że to bardziej materiał na wieczorny seans na kanapie niż film, który potrzebował dużego ekranu.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply