Usiadłem przed HBO Max z czystego sentymentu. Teorię wielkiego podrywu oglądałem przez lata, tych bohaterów znam praktycznie na pamięć, więc liczyłem na powrót do dobrze znanego świata. Nie oczekiwałem kopii oryginału, ale miałem nadzieję, że twórcom uda się jeszcze raz wycisnąć coś z tej marki. Dość szybko okazało się jednak, że obrali zupełnie inny kierunek. Z dawnym serialem ten spin-off łączą przede wszystkim znajome twarze, nazwiska i kilka nawiązań, ale cała reszta próbuje iść własną drogą.
Punktem wyjścia jest wydarzenie, które wywraca świat bohaterów do góry nogami i uruchamia całą historię. W centrum wydarzeń tym razem znajduje się Stuart Bloom (ten od sklepu z komiksami), któremu towarzyszą Bert Kibbler, Denise oraz Barry Kripke. Nie będę zdradzał szczegółów, bo to jeden z tych seriali, w których najlepiej samemu odkrywać, dokąd prowadzi ten zwariowany pomysł. Wystarczy powiedzieć, że twórcy bardzo szybko wrzucają bohaterów w zabawę z multiwersum, alternatywnymi wersjami postaci i coraz bardziej absurdalnymi sytuacjami. Już od pierwszych odcinków widać też, że John Ross Bowie dostał znacznie więcej przestrzeni niż w Teorii wielkiego podrywu i całkiem dobrze ją wykorzystuje.
Już w pierwszym odcinku widać, że twórcy chcą pobawić się całym uniwersum, a nie tylko opowiedzieć kolejną historię z udziałem znanych bohaterów. Co chwilę można odnieść wrażenie, że gdzieś w tle przemykają znajome twarze, tylko mocno zmienione przez realia alternatywnych rzeczywistości. Do tego dochodzi jedno bardzo subtelne nawiązanie do postaci z Teorii wielkiego podrywu, które jako fana oryginału zwyczajnie mnie ucieszyło. Mam nadzieję, że to dopiero początek takich niespodzianek.
Jeszcze większym zaskoczeniem okazał się jednak sam klimat serialu. To nie jest już spokojny sitcom, który można oglądać dla luźnych dialogów i żartów. Zamiast tego dostajemy sporo akcji, chaosu, przemocy i tempo, które praktycznie nie zwalnia. Momentami bliżej temu do seriali superbohaterskich (ku mojemu zdziwieniu do głowy przychodzi mi Peacemaker) niż do Teorii wielkiego podrywu. Twórcy od początku wrzucają widza na głęboką wodę i nie tłumaczą wszystkiego krok po kroku. Z jednej strony buduje to tajemnicę i zachęca do oglądania kolejnych odcinków, z drugiej niektórzy mogą poczuć się zwyczajnie zagubieni.
Pierwszy odcinek jest bardzo intensywny. Przez niecałe 30 minut dzieje się naprawdę sporo, a serial praktycznie nie daje widzowi chwili na złapanie oddechu. Twórcy co kilka minut dorzucają nowy pomysł albo kolejny zwrot, dzięki czemu trudno się nudzić. Problem w tym, że momentami cierpi na tym czytelność. Po seansie miałem wrażenie, że zobaczyłem naprawdę dużo, ale jednocześnie nie wszystko zdążyło odpowiednio wybrzmieć. Na razie trudno ocenić, czy to celowy zabieg, czy po prostu efekt zbyt ambitnego otwarcia.
Na ocenę bohaterów jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Stuart pozostaje sobą, choć tym razem trafia w znacznie większe tarapaty niż kiedyś. Bert i Denise dostają swoje momenty, ale na razie wyglądają bardziej jak zapowiedź tego, co dopiero nadejdzie. A Kripke to… Kripke, najbardziej wkurzajaca postać serialu, chociaż może i najciekawsza. Widać jednak, że twórcy mają pomysł na całą czwórkę i nie traktują nikogo wyłącznie jako tła.
Aktorsko nie mam większych zastrzeżeń. Kevin Sussman ponownie dobrze odnajduje się w roli Stuarta, Lauren Lapkus wnosi do serialu sporo naturalności i luzu, Brian Posehn jest po prostu sobą w najlepszym tego słowa znaczeniu, a John Ross Bowie kradnie większość scen, w których się pojawia. To właśnie jego występ zrobił na mnie największe wrażenie. Szkoda jedynie, że humor schodzi tu wyraźnie na dalszy plan, a może nawet otrze się o poziom ścieku, ale trudno mi wyrokować. Oczywiście zdarzają się uśmiechy i pojedyncze żarty, ale całość znacznie mocniej stawia na akcję, napięcie i momentami zaskakująco brutalne sceny. Jeśli ktoś oczekuje klimatu klasycznej „Teorii wielkiego podrywu”, może się mocno zdziwić.
Realizacyjnie nie mam większych zastrzeżeń. Zdjęcia wyglądają dobrze, montaż jest szybki, a muzyka skutecznie podkręca tempo wydarzeń. Całość od początku stawia na znacznie mroczniejszy klimat niż Teoria wielkiego podrywu. Zamiast ciepłego sitcomu dostajemy produkcję, która momentami bardziej przypomina serial akcji z domieszką czarnego humoru. Widać też, że twórcy postawili na efekty i widowiskowość, a nie na odtwarzanie klimatu znanego z oryginału.
Największym atutem jest dla mnie odwaga. Zamiast bezpiecznie kopiować sprawdzony schemat, twórcy postanowili pójść w zupełnie inną stronę i zbudować historię wokół motywu multiwersum. To ryzykowny pomysł, ale po pierwszym odcinku wydaje się mieć potencjał. Największy problem? Humor. Jest go zdecydowanie mniej, niż się spodziewałem, a całość dużo mocniej stawia na akcję i chaos. Do tego serial praktycznie nie tłumaczy zasad swojego świata. Być może to celowy zabieg i wszystko zostanie wyjaśnione później, ale po pilocie miałem więcej pytań niż odpowiedzi.
Dla kogo jest ten serial? Na pewno nie dla osób, które liczą na kolejny lekki sitcom w stylu Teorii wielkiego podrywu. Sam momentami czułem się zaskoczony kierunkiem, w którym poszli twórcy. Zdecydowanie lepiej odnajdą się tu widzowie lubiący mroczniejsze klimaty, science fiction, motyw multiwersum i seriale, które od początku wrzucają na głęboką wodę.
Ocena po pierwszym odcinku: 6/10, ale z dużym znakiem zapytania. To bardziej ocena potencjału niż gotowego serialu. Pilot zostawia po sobie sporo pytań, ale jednocześnie daje kilka powodów, żeby zostać z tym serialem na dłużej. Niestety lub stety, serial dystrybuowany jest w sposób tygodniowy, więc nie mogłem sprawdzić co jest dalej.
Podsumowując, to nie jest powrót, którego się spodziewałem. Twórcy świadomie odcięli się od klimatu Teorii wielkiego podrywu i poszli w zupełnie inną stronę. Nie wszystko zagrało, humoru wyraźnie mi zabrakło, a momentami chaos brał górę nad opowieścią. Mimo to pilot zrobił jedną rzecz bardzo dobrze – sprawił, że chcę obejrzeć drugi odcinek. Jestem po prostu ciekaw, czy ten pozorny bałagan zacznie się układać w coś naprawdę dobrego, czy okaże się tylko efektowną sztuczką na start.














