Skip to main content

Są filmy, z których wychodzisz z uśmiechem, i są takie, po których czujesz się, jakby ktoś wytarł Tobą buty. Braciszek (Little Brother), obejrzany na Netfliksie, należy niestety do tej drugiej kategorii. A szkoda, bo punkt wyjścia miał naprawdę spory potencjał. Historia o dwóch braciach, którzy nie mogliby się bardziej różnić, aż prosiła się o dobrą komedię pełną zderzeń charakterów, błyskotliwych dialogów i zabawnych sytuacji. Zamiast tego dostałem film, który dość szybko rozmienia ten pomysł na drobne.

Fabuła jest prosta – poukładany agent nieruchomości, grany przez Johna Cenę, musi zmierzyć się z powrotem swojego chaotycznego brata (w sumie to nawet nie brata), w którego wciela się Eric André. Na papierze brzmi to jak solidna baza pod komedię. Kontrast charakterów, rodzinne konflikty i absurdalne sytuacje aż proszą się o wykorzystanie. Tylko że po drodze coś wyraźnie poszło nie tak. Zamiast dobrze wykorzystać ten potencjał, film bardzo szybko zaczyna sprawiać wrażenie, jakby sam nie wiedział, czym właściwie chce być.

John Cena zagrał spiętego faceta, który z każdą kolejną sceną coraz bardziej traci grunt pod nogami, i wychodzi mu to zaskakująco naturalnie. Widać, że dobrze odnajduje się w roli człowieka próbującego za wszelką cenę zachować kontrolę nad sytuacją. Eric André z kolei rzuca się w chaos całym sobą, ale jego energia nie ma tu czego napędzać poza kolejnymi, często zwyczajnie głupimi gagami. Problem nie leży nawet w samym aktorze, a raczej w materiale, który nie daje mu zbyt wielu możliwości. Michelle Monaghan jako żona głównego bohatera sprawnie łagodzi napięcia, choć scenariusz nie zostawia jej zbyt wiele miejsca na pokazanie czegoś więcej. Z kolei Christopher Meloni wnosi do filmu odrobinę klasy i charyzmy w roli drugoplanowej, ale to zdecydowanie za mało, by uratować całość.

Reżyseria kompletnie nie panuje nad materiałem. Sceny ciągną się długo po tym, jak powinny się zakończyć, jakby sam chaos na ekranie miał wystarczyć za dowcip. Problem w tym, że przedłużanie gagów nie sprawia, iż stają się zabawniejsze – wręcz przeciwnie, szybko zaczynają męczyć, tym bardziej, że są niekiedy obrzydliwe, zbędne i irytujące. Nawet solidny warsztat nie byłby w stanie uratować scenariusza, który momentami schodzi do poziomu najgorszych internetowych wyzwań, tylko pozbawionych ich spontaniczności i szczerości. Paradoksalnie w Jackassie czy Bad Grandpa było znacznie więcej wyczucia, pomysłu i komediowej klasy niż w tym recenzowanym poniżej szajsie.

Realizacyjnie nie mam się właściwie do czego przyczepić. Zdjęcia są czyste i estetyczne, montaż sprawny, a dźwięk stoi na wysokim poziomie. To po prostu solidnie wykonana, typowa netflixowa produkcja, która od strony technicznej spełnia swoje zadanie. Ten kontrast tylko mocniej podkreśla, jak bardzo zawodzi scenariusz. Widać, że pieniądze i doświadczenie ekipy były, zabrakło natomiast dobrego pomysłu na historię i humor. Ale nie bójcie się, jest ruchanie i sikanie samemu sobie do ust.

Emocje towarzyszące seansowi? Przede wszystkim zażenowanie i niedowierzanie, że ktoś uznał taki scenariusz za gotowy do realizacji. Na plus zdecydowanie wypada strona techniczna oraz obsada, która robi, co może, żeby wyciągnąć ten materiał (chociaż Panie Cena, jeśli to czytasz, wiesz, że Cię kocham, ale proszę Cię, nie graj w gównach, albo chociaż przeczytaj najpierw tę kartkę A4, którą przygotowali scenarzyści). Na minus – scenariusz. Jest po prostu głupi i nieprzyzwoity w sposób, który nie bawi, a zamiast tego sprawia wrażenie, jakby obrażał zarówno widza, jak i aktorów zmuszonych do odgrywania tych scen.

Jeśli szukacie prostej rozrywki i bez problemu wybaczacie tani, niewyszukany humor, być może znajdziecie tutaj coś dla siebie. Jeśli jednak oczekujecie komedii z pomysłem, dobrze napisanych dialogów i gagów, które faktycznie wywołują śmiech, lepiej odpuścić. Dla mnie to produkcja, która marnuje potencjał i dobre nazwiska w obsadzie. Zero gwiazdek za scenariusz, spory plus za rzemiosło realizacyjne, które mimo wszystko nie jest w stanie uratować całości. Szkoda czasu, szkoda budżetu i przede wszystkim szkoda aktorów.

Jako film film, czyli coś co powinno jakoś tam wyglądać – mógłbym dać nawet siedem, ale prawda jest taka, że to nie wystarcza, aby uznać film nawet nie za sztukę, a chociażby głupią komedię dla nastolatków. To właściwie dziwadło zupełnie dla nikogo. Wizualnie, produkcyjnie czy aktorsko pewnie by się obronił, ale najpierw zgasiliśmy go po 10 minutach, a potem dooglądałem go na dwa kolejne razy z coraz większym facepalmem. Więc przykro mi, ale omijać z daleka – moja ocena to 3/10, a jestem wyjątkowo łaskawy.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply