Niedzielny wieczór, klasyczny moment między jeszcze jednym odcinkiem serialu a szukaniem czegoś nowego do chipsów i kanapy. I nagle eureka, Amazon Prime wyświetla reklamę filmu Urodzony Rabuś – pastelowe kolory, uśmiechnięty Channing Tatum i klimat lekkiej komedii o nieudolnym rabusiu. Kliknęliśmy więc Tatuma z żoną bez większych oczekiwań, licząc raczej na coś głupkowatego i niezobowiązującego. Tymczasem dostaliśmy zaskakująco ciepły, momentami naprawdę smutny dramat o facecie, który żyje w suficie sklepu z zabawkami, okrada McDonald’sy i próbuje posklejać swoje życie na nowo.
Film opowiada historię Jeffreya Manchestera, byłego wojskowego, który zaczyna napadać na restauracje McDonald’s, dostając się do środka przez dach. Stąd zresztą bierze się jego pseudonim Roofman. Jeff nie jest jednak typowym filmowym gangsterem ani błyskotliwym kryminalistą. Bardziej przypomina człowieka, który dawno temu pogubił się w życiu i teraz sam nie do końca wie, jak z tego wyjść. Dlatego też dość szybko wpada, ale równie szybko sobie z tym radzie. I tu zaczyna się główna oś filmu. Po ucieczce z więzienia bohater ukrywa się w ogromnym sklepie z zabawkami, gdzie urządza sobie prowizoryczne życie między magazynami i zapleczem. Sam punkt wyjścia brzmi absurdalnie i wręcz komediowo, ale reżyser Derek Cianfrance bardzo szybko skręca w stronę spokojniejszego, bardziej melancholijnego kina. Zamiast farsy dostajemy historię o samotności, wstydzie i człowieku, który desperacko próbuje uwierzyć, że jeszcze da się zacząć od nowa.
Kluczowa okazuje się relacja Jeffa z Leigh graną przez Kirsten Dunst. Ich wspólne sceny mają w sobie coś bardzo naturalnego – bardziej przypominają podsłuchane fragmenty prawdziwego życia niż typowy filmowy romans. I właśnie wtedy Roofman działa najlepiej, bo przestaje być historią o napadach, a staje się opowieścią o ludziach próbujących odnaleźć trochę spokoju w kompletnie nieidealnym życiu.
Największym zaskoczeniem okazał się dla mnie sam Tatum. Mógł spokojnie przejechać przez ten film na autopilocie sympatycznego cwaniaka, ale gra Jeffa z dużą delikatnością i wyczuciem. To facet rozdarty między ekscytacją nowym życiem a ciągłym poczuciem winy i strachem, że wszystko zaraz się rozsypie. Czasami wystarczy jedno spojrzenie albo krótka chwila ciszy, żeby było widać, jak bardzo ten bohater nie pasuje ani do dawnego świata przestępstw, ani do normalności, którą próbuje sobie wymarzyć.
Bardzo dobrze wypada też Dunst. Leigh mogła być kolejną „filmową samotną matką”, ale aktorka daje jej zmęczenie, ostrożność i poczucie, że życie zdążyło ją już kilka razy solidnie przeczołgać. Dzięki temu relacja tej dwójki naprawdę ma emocjonalny ciężar i nie sprawia wrażenia sztucznie dopisanego wątku romantycznego.
Tempo filmu jest spokojne, momentami wręcz leniwe. To nie jest kino efektownych pościgów i wielkich napadów. Jeff częściej próbuje po prostu przetrwać kolejny dzień bez wpadki, ukryć swoje ślady albo poudawać normalnego człowieka. I właśnie dzięki temu zamiast śmiać się z absurdalnej sytuacji, coraz bardziej wchodziłem w jego głowę i zaczynałem rozumieć, jak bardzo przywiązał się do życia, które od początku było skazane na rozsypkę.
Nie wszystko działa jednak idealnie. Początek momentami trochę za długo kręci się wokół kolejnych napadów i można odnieść wrażenie, że film odwleka przejście do właściwej historii. Kilka postaci z drugiego planu również wygląda tak, jakby twórcy mieli na nie większy pomysł, ale ostatecznie zabrakło czasu, żeby je mocniej rozwinąć. Warto też zaznaczyć, że mimo marketingu nie jest to pełnoprawna komedia kryminalna. Humor oczywiście się pojawia, dialogi bywają lekkie i ironiczne, ale twórców dużo bardziej interesuje sumienie bohatera niż kolejne żarty czy efektowne akcje.
I chyba właśnie dlatego Roofman działa najlepiej wtedy, gdy całkowicie odpuszcza kino napadowe i staje się po prostu historią o człowieku, który bardzo chciałby dostać jeszcze jedną szansę.
Czy warto? Dla mnie zdecydowanie tak. To jeden z tych filmów, które włączasz bez większych oczekiwań, a kończysz z poczuciem, że trafiłeś na coś dużo bardziej szczerego i emocjonalnego, niż sugerowała okładka. Nie jest to wielkie kino ani emocjonalny nokaut, ale bardzo ciepły, ludzki dramat, który potrafi zostać w głowie na dłużej. Opisuje go krótko, bo warto zobaczyć go samego. Tym bardziej, że jest oparty na prawdziwej historii – co dotyka nas najmocniej podczas napisów końcowych.














