Wokół Mixtape zdążyło wylać się już tyle skrajnych opinii, że momentami można odnieść wrażenie, jakby ludzie grali w dwie zupełnie różne produkcje. Jedni ją wyśmiewają, inni z kolei stawiają wśród najbardziej emocjonalnych doświadczeń tego roku. Właśnie dlatego nie mogłem przejść obok niej obojętnie. Dlaczego? Ponieważ są takie gry, które odpalasz „na godzinkę”, a chwilę później orientujesz się, że siedzisz całkowicie wciągnięty w ekran, mimo że pod względem gameplayu nie dzieje się tu nic szczególnie skomplikowanego. Mixtape jest dokładnie takim przypadkiem – bardziej przypomina wieczorny seans niż klasyczny growy maraton, ale właśnie za to kupiła mnie od pierwszych minut.
Dla mnie to jeden z tych rzadkich tytułów, w których interaktywny film, chodzona narracja i proste mechaniki łączą się w coś pozornie bardzo prostego, a jednocześnie zaskakująco mocno działającego emocjonalnie. I nawet jeśli po napisach końcowych nie zostaje tu wiele „do grania”, to same emocje siedziały mi w głowie jeszcze długo po skończeniu całej historii.
Akcja Mixtape rozgrywa się właściwie podczas ostatniego wspólnego dnia – albo raczej ostatniej wspólnej nocy – trójki nastolatków z północnej Kalifornii lat 90., którzy właśnie kończą liceum i za moment każde z nich ruszy w kompletnie inną stronę życia. To jednak nie jest historia o ratowaniu świata czy wielkiej przygodzie, tylko o tym dziwnym momencie tuż przed końcem pewnego etapu. O ostatnich imprezach, głupich decyzjach, niewypowiedzianych uczuciach i sytuacjach, które wtedy wydają się dramatem życia, a po latach zostają najważniejszymi wspomnieniami.
Cała konstrukcja opowieści opiera się na tytułowej kasecie z muzyką, którą jedna z bohaterek układa jak własną ścieżkę dźwiękową dorastania. Każdy kolejny utwór uruchamia nowe wspomnienie, a gra wrzuca nas w środek tych scen trochę jak do snu – momentami bardzo realistycznego, a momentami celowo przerysowanego i stylizowanego na sposób, w jaki sami pamiętamy młodość. Klimat lat 90. czuć tutaj praktycznie na każdym kroku. Nie tylko w ubraniach czy gadżetach, ale też w samym sposobie spędzania czasu i relacjach między bohaterami. Jest w tym charakterystyczne poczucie wolności wymieszane z totalną niepewnością dotyczącą przyszłości. I właśnie dzięki temu całość wypada tak naturalnie, zamiast sprawiać wrażenie kolejnej nostalgicznej pocztówki „pamiętacie lata 90.?”.
Twórcy Mixtape bardzo sprytnie unikają tanich spoilerowych fajerwerków. To nie jest historia oparta na jednym wielkim plot twiście, tylko na dziesiątkach małych scen i emocji, w których łatwo odnaleźć coś znajomego. Raz jedziemy nocą przez miasteczko, innym razem włóczymy się po opuszczonym parku rozrywki albo trafiamy na imprezę, która wymknęła się spod kontroli. Wszystko spina jedna noc, jedna przejażdżka i jedna playlista. Gra nie próbuje też na siłę tłumaczyć, co jest rzeczywistością, a co wspomnieniem podkręconym przez nostalgię. Całość działa bardziej jak strumień świadomości niż klasyczna, linearnie prowadzona fabuła. Każda kolejna scena dopowiada fragment relacji tej trójki, ich lęków, marzeń i obaw związanych z tym, że za chwilę wszystko się zmieni.
Z perspektywy czystej rozgrywki Mixtape jest wręcz bezczelnie proste – i moim zdaniem to nie wada, tylko świadoma decyzja twórców. To gra, w której przede wszystkim oglądamy, słuchamy i chłoniemy klimat, zamiast walczyć z wymagającymi mechanikami. Trzon zabawy stanowią spokojne sekwencje eksploracyjne – spacerowanie po miasteczku, dachach, pokojach czy ulicach, często przy bardzo ograniczonym poziomie interakcji. W wielu momentach najważniejsze jest po prostu bycie obok bohaterów i uczestniczenie w ich ostatniej wspólnej przygodzie.
Co jakiś czas tempo zmienia się i pojawiają się krótkie minigierki. Raz śmigamy deskorolką przez spokojne przedmieścia, omijając samochody i wykonując proste triki, innym razem pchamy sklepowy wózek środkiem ulicy między rozpędzonymi autami w scenie przypominającej absurdalny sen. Są też nocne zdjęcia, baseball pod gwiazdami, włamanie do opuszczonego parku rozrywki czy odpalanie fajerwerków z tylnego siedzenia samochodu. To jednak bardziej interaktywne scenki niż gameplayowe systemy, które trzeba opanować.
Sterowanie zazwyczaj ogranicza się do kilku prostych czynności – ruchu, okazjonalnego skoku, lekkiego sterowania kierunkiem albo prostego timingu zsynchronizowanego z muzyką. Gra praktycznie nie karze za błędy i bardzo rzadko stawia przed graczem jakiekolwiek wyzwanie. Zdarzają się wręcz fragmenty, w których nasz udział jest minimalny, a pad przez dłuższą chwilę prawie nie jest potrzebny. I rozumiem, że dla części osób będzie to ogromny problem. Brak głębszych mechanik, brak wyzwania i bardzo ograniczona interakcja mogą zwyczajnie odrzucić graczy szukających bardziej klasycznej formy zabawy. Ja jednak bardzo szybko zaakceptowałem, że Mixtape jest znacznie bliżej interaktywnego filmu niż tradycyjnej gry. Kiedy przestawiłem się na ten rytm, całość zaczęła działać dokładnie tak, jak twórcy prawdopodobnie planowali.
Fabuła Mixtape opowiadana jest głównie z perspektywy jednej z bohaterek, która nie tylko uczestniczy w wydarzeniach, ale też regularnie je komentuje, często zwracając się bezpośrednio do gracza. Trochę przypomina to prywatny pamiętnik albo osobiste „making of” własnej młodości – bohaterka tłumaczy, dlaczego pewne momenty były dla niej ważne, ironicznie wspomina dawne dramaty i czasami wyprzedza wydarzenia, które dopiero za chwilę zobaczymy na ekranie. Pozostała dwójka przyjaciół nie pełni jednak roli zwykłego tła. Każde z nich dostaje własne momenty, własne lęki i marzenia, a cała historia kręci się wokół prostego, ale bardzo ludzkiego problemu – ta paczka zaraz się rozpadnie, bo każde pójdzie w inną stronę życia i nikt tak naprawdę nie wie, jak sobie z tym poradzić. Zresztą cały scenariusz działa właśnie dzięki takim drobnym momentom. Niezręczne rozmowy w samochodzie, niedopowiedziane półsłówka czy zdania urwane w połowie tylko po to, żeby ktoś nie musiał przyznawać się do własnego strachu. To wszystko wypada bardzo naturalnie i momentami aż niekomfortowo prawdziwie.
Oczywiście znajdą się osoby, które uznają tę historię za zbyt prostą albo zbyt mocno opartą na klimacie zamiast wielkich zwrotów akcji. Dla mnie jednak właśnie w tym tkwi jej siła. Mixtape nie próbuje udawać czegoś większego, niż jest. To po prostu opowieść o końcu pewnego etapu życia – o tym ostatnim dniu, który z pozoru wygląda zwyczajnie, ale gdzieś z tyłu głowy czujesz już, że to finał czegoś ważnego. Gra nie moralizuje ani nie próbuje dawać prostych odpowiedzi. Zamiast tego pokazuje trzy różne sposoby radzenia sobie z tym samym lękiem – ucieczkę w marzenia, ironię albo emocjonalny chłód, spod którego co jakiś czas przebijają się prawdziwe emocje. I chyba właśnie dlatego tak dobrze mi to wszystko zagrało. Po napisach końcowych miałem wręcz wrażenie, jakbym żegnał własną paczkę znajomych ze szkoły.
Tempo całości też jest bardzo specyficzne. To gra, którą spokojnie można ukończyć podczas jednego dłuższego wieczoru – mniej więcej trzy godziny wystarczą, żeby zobaczyć wszystko, co przygotowali twórcy. Mimo krótkiego czasu trwania Mixtape nigdzie się jednak nie spieszy. Pozwala sobie na ciszę, na jazdę samochodem bez dialogów czy długie ujęcia, w których bohaterowie po prostu siedzą i patrzą przed siebie.
Dla mnie była to ogromna zaleta, bo mało która gra potrafi aż tak zaufać własnemu klimatowi. Satysfakcja nie wynika tutaj z pokonania trudnej sekwencji czy odblokowania nowej umiejętności, tylko z samego przeżywania kolejnych scen i obserwowania, jak ta emocjonalna układanka powoli się domyka. Były momenty, kiedy autentycznie miałem gulę w gardle, były sceny wywołujące szczery uśmiech, a kilka razy parsknąłem śmiechem przy jakimś kompletnie idiotycznym, typowo nastoletnim pomyśle bohaterów.
Jednocześnie muszę przyznać, że momentami czułem lekką frustrację związaną z pracą kamery. Zdarzają się ujęcia, w których postacie znajdują się tak daleko od ekranu, że ich ruch zaczyna przypominać bardziej animowane tło niż faktycznie żywe sceny. Wygląda to trochę tak, jakby bohaterowie zostali wrzuceni gdzieś daleko za plan i obserwowani z dużego dystansu. W grze, która tak mocno opiera się na emocjach, mimice i drobnych gestach, potrafi to delikatnie wybić z immersji. Brakowało mi wtedy bliższych kadrów i większej intymności scen, bo czasami jedna mina czy spojrzenie mogłyby powiedzieć więcej niż cały dialog. Nie jest to oczywiście problem rozwalający odbiór gry, ale momentami da się odczuć, że realizacja nie zawsze utrzymuje ten sam poziom zaangażowania kamery.
Audiowizualnie Mixtape to jednak absolutna petarda. Styl graficzny bardzo mocno przypomina współczesne animacje poklatkowe – bohaterowie poruszają się celowo „szarpanie”, jakby ktoś ręcznie przesuwał ich pomiędzy kolejnymi klatkami. Efekt od razu przywodzi na myśl nowoczesne, mocno stylizowane filmy animowane i sprawia, że całość ma swój bardzo charakterystyczny rytm. W połączeniu z intensywną kolorystyką dostajemy sceny wyglądające momentami jak mieszanka komiksu, teledysku i czyjegoś wyidealizowanego wspomnienia. Ta charakterystyczna stepping animation sprawia, że każdy ruch wydaje się bardziej wyrazisty i trochę teatralny, jakby cały świat był wielkim muzycznym wspomnieniem odtwarzanym w głowie bohaterki.
Ogromną rolę odgrywa też muzyka, która właściwie staje się tutaj pełnoprawnym bohaterem całej historii. Mixtape korzysta z masy licencjonowanych utworów – od DEVO i Roxy Music, przez Lush czy The Smashing Pumpkins, aż po Iggy Pop, Siouxsie and the Banshees, Joy Division i The Cure. I co najważniejsze – to nie jest przypadkowa składanka znanych nazwisk wrzucona dla marketingu. Każdy utwór jest powiązany z konkretną sceną i konkretnymi emocjami.
W jednej chwili pędzimy nocą na deskorolce przy gitarowym numerze dudniącym w słuchawkach, a chwilę później siedzimy nad wodą przy dużo bardziej melancholijnym kawałku. Muzyka praktycznie prowadzi tutaj narrację i naprawdę rzadko widzę gry, które robią to aż tak naturalnie. To jeden z tych soundtracków, które po skończeniu gry ma się ochotę od razu odpalić jeszcze raz – już poza ekranem, gdzieś podczas nocnej jazdy samochodem.
I jeśli tylko macie możliwość, naprawdę warto grać w słuchawkach. Projekt dźwięku jest świetny – od odgłosów miasta i szurania butami po asfalcie po drobne detale tła, które bardzo płynnie stapiają się z muzyką. Mixtape brzmi trochę jak wspomnienie – lekko przytłumione, momentami przerysowane, z muzyką zawsze odrobinę głośniejszą niż reszta świata. Dzięki temu cały klimat siedzi w głowie jeszcze długo po napisach końcowych.


Technicznie Mixtape na Nintendo Switch 2 działa przyzwoicie, choć wyraźnie czuć, że twórcy postawili przede wszystkim na styl i atmosferę, a nie perfekcyjną płynność animacji. Ruch postaci momentami bywa rwany nie tylko w artystycznym sensie, ale też zwyczajnie od strony wydajności. Na szczęście nigdy nie doszło u mnie do sytuacji, w której wpływałoby to realnie na sterowanie albo psuło przebieg konkretnej sceny. To raczej drobne szarpnięcia i chwilowe spadki płynności, które w przypadku tak mocno stylizowanej gry łatwo momentami pomylić z celowym zabiegiem artystycznym. Chociaż muszę szczerze przyznać, że w kilku momentach pojawia się „rozpierducha” i Switch radził sobie z nią niesamowicie dobrze, efekty cząsteczkowe nie zabijały procesora, a klatki pozostawały stabilne. Nie natknąłem się także na błędy, które utrudniłyby lub uniemożliwiły płynną rozrywkę. Swoją drogą, warto tu nadmienić, że Mixtape dorwiecie poniżej 100zł, a grałem na Switchu 2 ponieważ ta wersja była po prostu najtańsza, warto sprawdzić jak i gdzie aktualnie stoi Mixtape, bo grę ogracie nie tylko na konsolach, ale również na Steam.
Dla kogo jest Mixtape? Przede wszystkim dla ludzi, którzy kochają narracyjne chodzonki, interaktywne filmy i gry budujące emocje klimatem, a nie liczbami, buildami czy milionem systemów do ogarnięcia. Jeśli zdarza ci się odpalić wieczorem serial tylko po to, żeby jeszcze chwilę pobyć z bohaterami i chłonąć atmosferę, nawet gdy fabuła nie robi ciągle fikołków – Mixtape działa dokładnie na tych samych emocjach. To też świetna propozycja dla osób, które nie mają już czasu na kilkudziesięciogodzinne molochy, ale nadal chcą przeżyć coś mocnego. Zamykasz się na jeden wieczór z konsolą, siadasz w słuchawkach i po kilku godzinach wychodzisz z tego doświadczenia z głową pełną wspomnień, emocji i muzyki, którą od razu chcesz odpalić jeszcze raz. Bez uczenia się miliona mechanik, bez farmienia i bez poczucia, że gra próbuje ukraść ci pół życia.
Ale jednocześnie to absolutnie nie jest tytuł dla każdego. Jeśli szukasz wymagającej rozgrywki, głębokiej eksploracji, dużej swobody albo gameplayu, który nieustannie rzuca wyzwania, możesz odbić się od Mixtape naprawdę bardzo szybko. Tutaj zdecydowanie więcej się czuje, słucha i obserwuje, niż faktycznie „gra”.
Czy warto? Dla mnie totalnie tak. I mówię to jako ktoś, kto doskonale rozumie wszystkie zarzuty wobec tej gry. Rozumiem ludzi, którym zabraknie tu mechanik, wyzwania czy większej interakcji. Tylko że Mixtape nawet nie próbuje rywalizować na tym polu. Ona chce przede wszystkim wywołać konkretne emocje – i robi to fenomenalnie. To jedna z tych gier, które przypominają, że medium nie musi wybierać między filmem a grą. Może po prostu opowiedzieć historię we własnym tempie i używać interakcji tylko tam, gdzie rzeczywiście coś wnosi. Mimo krótkiego czasu trwania i bardzo prostego gameplayu dostałem doświadczenie, które autentycznie chciałbym polecić każdemu, kto choć raz tęsknił za dawną paczką znajomych, za miejscem, które kiedyś było całym światem, albo za tym specyficznym uczuciem ostatniej nocy przed dużą zmianą w życiu.
I właśnie dlatego to dla mnie spokojne 10/10. Nie dlatego, że Mixtape jest perfekcyjna w każdym możliwym aspekcie, bo nie jest. Tylko dlatego, że w bardzo konkretnym rodzaju doświadczenia robi dokładnie wszystko tak, jak powinna. Trafiła we mnie idealnie – muzyką, klimatem, dialogami i tym dziwnym poczuciem nostalgii wymieszanej z lękiem przed dorosłością. Dawno żadna gra nie sprawiła, że po napisach końcowych siedziałem jeszcze chwilę w ciszy i zwyczajnie nie chciałem wracać do rzeczywistości.
W mojej głowie Mixtape zostaje jako coś więcej niż kolejna „ładna narracyjna gierka”. To trochę jak świetny album muzyczny albo film, do którego wraca się po latach dla konkretnego nastroju i konkretnych emocji. Jeśli masz w sobie choć odrobinę cierpliwości do spokojnych, emocjonalnych opowieści, to serio – tę przygodę po prostu trzeba przeżyć.














