Skip to main content

Uwielbiałem pierwszego kinowego Teda – to był dokładnie ten poziom bezczelnego humoru, który trafia u mnie w punkt. Z dwójką, czyli Ted 2, miałem już znacznie więcej problemów – momentami było męcząco, dało się odczuć brak Mili Kunis, ale jakoś to przeżyłem i nie skreśliłem całkiem tej serii. Do tego dochodzi jeszcze jeden ważny element – Seth MacFarlane. Jestem jego dużym fanem, od lat siedzę w Family Guy i American Dad!, i niezmiennie imponuje mi, jak świetnie ogarnia dubbing i jak bardzo potrafi popłynąć w tym swoim, kompletnie odklejonym humorze. I właśnie dlatego „Ted” to dla mnie coś więcej niż kolejna komedia – to przedłużenie tego stylu, tylko w wersji aktorskiej. Serialowy „Ted” to dokładnie ten przypadek, kiedy odpalasz „jeden odcinek do kolacji”, a kończysz o drugiej w nocy z przekrwionymi oczami i myślą: „jeszcze jeden i naprawdę idę spać”. To guilty pleasure, które bardzo szybko przestaje być guilty, bo w pewnym momencie łapiesz się na tym, że kibicujesz pluszowemu degeneratowi i zagubionemu nastolatkowi bardziej niż bohaterom połowy „poważnych” produkcji.

Serial działa jako prequel filmów i cofa nas do 1993 roku. Świat zdążył już zapomnieć o fenomenie żywego misia, a Ted wraca do zwykłej codzienności w domu Bennettów w Massachusetts. Mamy tu 16-letniego Johna, jego rodziców i kuzynkę – i zamiast wielkich stawek dostajemy życie klasy średniej: szkołę, pierwsze randki, rodzinne spięcia i absurd sytuacji, w której najlepszym kumplem chłopaka jest wulgarny, uzależniony od używek pluszak. I właśnie to jest największa siła wyjścia – zwyczajność rozjechana od środka przez coś kompletnie nienormalnego.

Twórcą całości jest oczywiście Seth MacFarlane i to czuć praktycznie w każdej scenie. Bardzo konsekwentnie miesza tu teen dramę, rodzinną farsę i komedię bez żadnych hamulców. Każdy odcinek ma swój punkt zaczepienia – szkoła, impreza, święta, rodzinny konflikt – ale w tle cały czas rozwijają się większe rzeczy: dojrzewanie Johna czy napięcia pokoleniowe w domu. Tempo jest szybkie, dialogi lecą seriami, żart goni żart, ale to nie jest tylko ściana gagów. Co jakiś czas trafia się odcinek, który dokłada emocji i kończy się czymś na kształt małego cliffhangera – i wtedy ręka sama sięga po kolejny.

Formalnie to klasyczne 30 minut, choć epizody potrafią się rozciągnąć do ponad 40 – i w praktyce wychodzi im to na dobre. Jest miejsce na głupie wygłupy, ale też na sceny, które nagle okazują się zaskakująco ciepłe i szczere. Co ważne, nie ma tu poczucia, że ktoś na siłę rozciąga pomysł z filmu na serial. Każdy odcinek ma własny ciężar, a sezon faktycznie składa się w spójną całość, zamiast być tylko zlepkiem luźnych historii.

Obsadowo jest po prostu solidnie, ale są tu też momenty, które wyraźnie wychodzą ponad to. Max Burkholder jako John trafia w trudny balans – jest nieporadny i trochę śmieszny, ale jednocześnie na tyle prawdziwy, że nie staje się tylko tłem dla Teda. Rodzice, czyli Scott Grimes i Alanna Ubach (jezu, nie znoszę jej, wiecznie gra przerażoną życiem, dokładnie to samo grała w okropnym Venom 3), bardzo łatwo mogliby skręcić w stronę karykatury, ale przez większość czasu czuć w nich ludzi z krwi i kości, oferując może trochę szorstki, ale bardzo prawdziwy i ciepły dom.

I jest jeszcze ona – Giorgia Whigham jako Blaire. I tu już nie będę udawał obiektywności, bo to jedna z tych aktorek młodego pokolenia, które po prostu przyciągają uwagę od pierwszej sceny. Ma w sobie coś jednocześnie bardzo naturalnego i lekko „dziwnego” – w dobrym sensie – dzięki czemu idealnie odnajduje się w tym świecie. Jest urocza, charyzmatyczna i zwyczajnie ciekawa ekranowo. I serio, chcę jej więcej w Hollywood, ale nie w generycznych produkcjach, tylko właśnie w rzeczach alternatywnych, trochę pokręconych, czasem głupich, czasem bardzo specyficznych. Tu nie jest tylko „głosem młodego pokolenia” – jest pełnoprawną częścią tej relacji i kimś, kto realnie dokłada do dynamiki całej grupy.

Cała ekipa bardzo szybko zaczyna działać jak dobrze zgrana, trochę dysfunkcyjna rodzina – i to jest coś, co ten serial sprzedaje bez większego wysiłku.

No i sam Ted. Seth MacFarlane robi tu robotę na kilku poziomach jednocześnie – nie tylko podkłada głos, ale faktycznie „gra” tę postać na planie, reaguje na innych aktorów i to czuć w rytmie scen. Animacja stoi na absurdalnie wysokim poziomie jak na serial – mimika, ruch, światło na futrze. Po kilku minutach przestajesz widzieć efekt komputerowy, zaczynasz widzieć postać. I co ważne, Ted nie wybija z rytmu scen, tylko naturalnie w nich siedzi, jakby zawsze tam był.

Warto też jasno powiedzieć, z czym tu mamy do czynienia, jeśli chodzi o humor. To jest czysty styl Seth MacFarlane – wulgarny, bezczelny i momentami kompletnie odjechany. Żarty o AIDS, absurdalne teksty o robieniu ręką psu czy inne rzeczy, które brzmią jak najgorszy możliwy pitch na kartce, tutaj pojawiają się właściwie na porządku dziennym. Tyle że klucz tkwi w tym, jak są podane. Bohaterowie często mówią o tym wszystkim z kamienną powagą, jakby to były najnormalniejsze tematy na świecie, i właśnie ten kontrast robi robotę. To nie jest krzykliwa wulgarność dla samego szoku – bardziej dziwaczna, skrzywiona normalność, która działa, bo jest konsekwentna.

Największy plus? To się świetnie klei. Humor jest prostacki, momentami wręcz ordynarny, ale ma taki timing i pewność siebie, że po chwili przestajesz analizować, czy „wypada”, i po prostu się śmiejesz. Co ważne, serial trzyma poziom – nie ma tu klasycznego zjazdu po pilocie. Oba sezony są zaskakująco równe i wchodzą gładko, jeden po drugim, bez poczucia zmęczenia materiału.

Nie wszystko działa idealnie. Czasem czuć schemat – kolejna szkolna afera, kolejna awantura przy stole – i w pewnym momencie zaczynasz widzieć konstrukcję od środka. Do tego dochodzi nawyk dokładania obowiązkowego żartu na koniec niemal każdej sceny. Bywają momenty, które aż proszą się o chwilę ciszy albo dłuższe wybrzmienie, ale zamiast tego dostają szybki punchline i jedziemy dalej. To nie rozwala serialu, ale momentami odbiera mu trochę ciężaru. Zwłaszcza że kiedy twórcy na chwilę odpuszczają i pozwalają scenie po prostu „być”, wychodzi z tego coś naprawdę dobrego. Na szczęście to raczej krótkie potknięcia niż realny problem. To co mi również przeszkadzało, chociaż może to dziwne – dość dużo tu przeklinają. Nie, abym miał z tym jakikolwiek problem, po prostu wydało mi się to dziwne – siedzą przy stole przy kolacji całą rodziną, a jebią jak pod monopolowym. Trochę mi się tu zaburza obraz rodziny jako takiej, gdy 16 latek i miś pozwalają sobie na tak wiele przy rodzicach.

Najważniejsze jest jednak to, że serial rozumie swój format. To nie jest zbiór skeczy – postacie się rozwijają, relacje się zmieniają, konflikty wracają i mają konsekwencje. Twórcy kombinują z sytuacjami i pilnują, żeby całość nie wpadła w powtarzalność. A przy tym utrzymują balans między grubym humorem a momentami, które mają autentyczne serce.

I powiem coś jeszcze, totalnie prywatnie – jestem rozwalony za każdym razem, kiedy Ted wskakuje w jakiś strój. Garnitur? Kupione od razu. Halloweenowy epizod i Ted jako Ewok ze Star Wars? Jeszcze gorzej. Mam swoje lata, jestem dorosłym facetem, mam żonę, a i tak rozklejam się, kiedy widzę dobrze ubranego pluszowego misia. To jest absurdalne, ale dokładnie taki jest też ten serial – i chyba dlatego to działa.

To nie jest produkcja dla każdego. Jeśli wulgarność cię męczy, odbijesz się szybko. Ale jeśli kupujesz ten typ humoru – prosty, bezczelny, momentami przegięty, ale dobrze napisany – wchodzisz w to bez większego oporu. Po dwóch sezonach mam bardzo konkretny wniosek: to po prostu cholernie przyjemna, zabawna rzecz. Animacja Teda robi wrażenie, dubbing niesie postać, żarty działają tak, jak powinny, a całość ogląda się lekko i szybko. To jeden z tych seriali, które „wchodzą” sezonami, bez poczucia straty czasu.

Ja kupuję to w całości – i bez ironii chcę więcej czasu z tym niegrzecznym misiem i jego ekipą. Moja ocena? Solidne 8/10

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply