Skip to main content

Od lat mam słabość do cinematic platformerów i wszystkiego, co kręci się wokół dziwnego, niepokojącego klimatu – od Little Nightmares po Reanimal. Tak się złożyło, że mój brat jest fanatykiem VR i mamy dostęp do PSVR2, dzięki czemu udało się sprawdzić, ukończyć i opisać Little Nightmares VR: Altered Echoes. I już po kilkunastu sekundach wiedziałem jedno – wróciłem do znajomego koszmaru, tylko tym razem ktoś wsadził mnie do środka i zatrzasnął drzwi od zewnątrz. Za udostępnienie kodu do recenzji dziękujemy firmie Cenega Polska.

Pierwsze minuty robią świetną robotę. Gigantyczne otoczenie, poczucie bycia czymś małym i kompletnie bezbronnym, a do tego ten charakterystyczny dyskomfort, z którego seria zawsze słynęła. Mózg praktycznie od razu odpala skojarzenie: tak, to jest Little Nightmares, tylko w końcu w pełnoprawnym pierwszoosobowym wydaniu projektowanym od początku pod VR. Dla mnie to był dokładnie ten rodzaj powrotu, na który czekałem – znajome motywy, ta sama chora wyobraźnia, ale zupełnie nowa perspektywa.

Little Nightmares VR: Altered Echoes od początku nawet nie próbuje udawać wielkiego, numerowanego sequela. To bardziej osobna historia dziejąca się gdzieś na obrzeżach znanego już uniwersum – i szczerze? Moim zdaniem to dobra decyzja. Dzięki temu gra może bawić się klimatem i pomysłami bez ciągłego poczucia, że musi przebijać poprzednie części rozmachem i wykonaniem. Tym razem wcielamy się w Dark Six – postać przypominającą małą dziewczynkę, która próbuje odnaleźć utraconą część samej siebie. Dosłownie. To historia o składaniu własnego echa rozsypanego gdzieś pomiędzy wymiarami. Gra praktycznie od razu mruga do fanów poprzednich odsłon i wrzuca nas prosto w środek chaosu – bez przydługiego wstępu, bez tłumaczenia wszystkiego krok po kroku. Od pierwszych minut dostajemy konkretnego przeciwnika i bardzo mocną sekwencję ucieczki, która od razu przypomina, dlaczego ten świat działa tak dobrze.

Bo to dalej jest ten sam chory, niepokojący koszmar. Przerośnięte lokacje, zimne kolory, zgnilizna, tłuste i zdeformowane sylwetki, a do tego wnętrza wyglądające jak wspomnienie fever dreamu po kilku dniach wysokiej gorączki. VR tylko to potęguje, bo nagle nie oglądasz tych miejsc z boku – stoisz w nich. I momentami serio czuć dyskomfort. Fajnie wypada też motyw portali spinających całą historię. To dzięki nim przenosimy się między kolejnymi rozdziałami, lokacjami i dzieciakami, którymi chwilowo sterujemy. Dzięki temu gra nie stoi w miejscu i cały czas podrzuca nowe perspektywy oraz pomysły na budowanie napięcia.

Strukturalnie Little Nightmares VR: Altered Echoes jest podzielone na kilka rozdziałów i to akurat bardzo pasuje do formatu VR. Każdy fragment obserwujemy z perspektywy innego dziecka – każde dostaje własny mały koszmar, własnego nemezis i kawałek większej układanki. Przez grę przewijają się znajome potwory, które fani serii rozpoznają praktycznie od razu, ale pojawia się też sporo nowych wynaturzeń. I co ważne – nie wyglądają jak wrzucone na siłę „nowe bossy”, tylko naturalna część tego chorego świata. Całość jest więc zaskakująco spójna wizualnie. To dalej uniwersum zbudowane wokół bardzo prostego lęku: bycia za małym wobec świata dorosłych. Tyle że VR wyciąga ten motyw na zupełnie inny poziom. Na płaskim ekranie można było to poczuć, tutaj naprawdę odczuwamy to fizycznie. Kiedy stoisz na krawędzi stołu, a pod tobą ciągnie się ciemność pełna śmieci i jakiegoś lepkiego syfu, mózg automatycznie robi mały krok w tył, nawet jeśli rozsądek wie, że stoisz po prostu w salonie z goglami na głowie.

Mechanicznie gra jest dużo prostsza, niż można się spodziewać – i według mnie to jednocześnie jej największa zaleta i największe ograniczenie. Fundament opiera się właściwie na dwóch rzeczach: ucieczkach oraz wspinaczce. Pierwszy filar to klasyczne Little Nightmares – bieganie przed potworami, przeciskanie się przez szczeliny, szybkie reakcje, okazjonalne przesunięcie dźwigni albo rzucenie czymś w przycisk. Drugi to ciągłe wdrapywanie się po półkach, rurach, przewodach i wszystkim, czego można się złapać małymi łapami. I właśnie wspinaczka działa tutaj najlepiej. W VR taki ruch nagle przestaje być zwykłym „przytrzymaj X, żeby wejść wyżej”. Trzeba fizycznie wykonywać powtarzalne ruchy rękami, więc po pewnym czasie staje się to częścią rytuału obcowania z tym światem. Na szczęście system chwytania jest bardzo czytelny – odległości między punktami dobrze wyważone, ruch naturalny, a całość daje fajne poczucie wcielania się w małego dzieciaka próbującego dostać się tam, gdzie nie powinien. Bardzo podobał mi się też patent z kapturem. W polu widzenia cały czas widać jego brzegi i kołnierz, co naturalnie zawęża obraz po bokach. Dzięki temu gra ogranicza dyskomfort i mdłości typowe dla VR, ale robi to w sposób kompletnie niewymuszony – bez agresywnych winiet czy czarnych ramek pojawiających się nagle na ekranie. Prosty trik, a działa zaskakująco dobrze i dodatkowo idealnie wpisuje się w klimat całej serii.

Niestety, nie wszystkie decyzje związane ze sterowaniem są równie trafione. Najbardziej odczuliśmy to przy… bieganiu, czyli czynności, którą wykonuje się tutaj praktycznie bez przerwy. W Little Nightmares VR: Altered Echoes sprint przypisano do wciskania L3 albo trzymania X – i na papierze brzmi to całkiem normalnie. Problem w tym, że VR rządzi się trochę innymi prawami niż zwykła gra na padzie. W praktyce wciskanie gałki, którą jednocześnie obracasz, podczas, gdy rozglądasz się głową i próbujesz kontrolować ruch postaci, szybko robi się zwyczajnie niewygodne. Alternatywa z trzymaniem X też średnio rozwiązuje problem, bo wtedy tracisz komfortową kontrolę nad kierunkiem biegu. Jasne, możesz dalej rozglądać się hełmem, ale samo sterowanie staje się mniej intuicyjne. I serio dziwi mnie, że twórcy nie dodali po prostu prostego przełącznika sprintu na zasadzie przycisku on/off. W wielu grach VR czy multiplayerowych to już standard, a tutaj po kilku rozdziałach obolałe kciuki zaczynają przypominać o tym, że coś wybitnie poszło nie tak.

Dużą rolę odgrywają też portale, przez które regularnie przechodzimy. Fabularnie to akurat działa bardzo dobrze – pasuje do motywu rozbitej tożsamości Dark Six i całego mieszania się rzeczywistości z czymś bardziej onirycznym. Problem pojawia się później, kiedy gra zaczyna korzystać z tego patentu trochę za często. Portal za portalem, kolejny intensywny błysk, mocne kolory, następne przejście. Po pewnym czasie ten efekt przestaje robić wrażenie i zamiast ekscytacji pojawia się lekkie zmęczenie formułą. Tym bardziej że same segmenty po drugiej stronie często opierają się na podobnym schemacie: wejście, krótka sekwencja, ucieczka albo wspinaczka, wyjście i kolejny portal. Brakuje momentu, w którym gra naprawdę rozwija ten pomysł albo wywraca go do góry nogami.

Fabuła i narracja w Little Nightmares VR: Altered Echoes tradycyjnie chowają się gdzieś pomiędzy brudem, symboliką i dziwną logiką tego świata. Oficjalnie to samodzielna historia, więc da się wejść bez znajomości poprzednich części, ale fani serii wyłapią sporo smaczków i powiązań z mitologią uniwersum. Większość opowieści dzieje się jednak w tle. W wyglądzie lokacji, animacjach potworów, sposobie, w jaki świat reaguje na obecność Dark Six. Nie ma tutaj wielkich dialogów ani tłumaczenia wszystkiego krok po kroku. Zamiast tego dostajemy serię obrazów, wizji i niepokojących scen, które albo składasz sobie sam w głowie, albo po prostu przyjmujesz jako kolejny fragment tego koszmaru. Ton całości bardziej stawia na niepokój niż czysty horror. To nie jest gra oparta na ciągłych jumpscare’ach, tylko na poczuciu obcości i dyskomforcie. Wszystko jest od ciebie większe, każdy ciemny kąt wygląda podejrzanie, a VR tylko wzmacnia wrażenie, że nie powinno cię tutaj być. Kilka razy instynktownie odwróciliśmy głowę i nagle mieliśmy przeciwnika praktycznie twarzą w twarz albo odpalaliśmy zapałkę w ciemności tylko po to, żeby odkryć, że coś stoi kilka centymetrów dalej. To pojedyncze momenty, ale działają bardzo dobrze właśnie dlatego, że gra nie bombarduje nimi bez przerwy.

Tempo też jest sensownie rozpisane. Główna kampania zajmuje mniej więcej 2,5-3 godziny, zależnie od tego, jak szybko radzisz sobie z zagadkami i ile czasu spędzasz na eksploracji. My rozłożyliśmy sobie całość na kilka sesji w goglach, więc finalnie spędziliśmy z grą znacznie więcej czasu, głównie przez powtarzanie fragmentów i zwykłe chłonięcie klimatu. To raczej krótka, konkretna opowieść niż wielka produkcja na kilkanaście godzin – bez sztucznego rozciągania i zapychaczy. Z drugiej strony po napisach końcowych może pojawić się lekki niedosyt, bo powodów do ponownego przechodzenia nie ma tu specjalnie dużo.

Audiowizualnie Little Nightmares VR: Altered Echoes dowozi dokładnie to, czego można oczekiwać po tej marce – z tą różnicą, że VR jeszcze mocniej podkręca cały dyskomfort. Lokacje są brudne, obleśne i zawalone starymi meblami, szmatami oraz sprzętami, które wyglądają tak, jakby dawno straciły swoje pierwotne zastosowanie. Wszystko jest zdeformowane, ciasne albo nienaturalnie wielkie. Całość momentami przypomina poklatkową animację wrzuconą prosto do hełmu VR, tylko z bardzo mocnym oświetleniem i dużo większym poczuciem obecności.

Świetnie wypadają też same modele postaci. Zarówno dzieciaki, jak i potwory wyglądają dokładnie tak, jak powinny w świecie Little Nightmares – grube sylwetki, dziwne proporcje, krótkie kończyny i twarze, którym zdecydowanie lepiej nie przyglądać się z bliska. Ważne jest też to, że wersja na PlayStation VR2 działa naprawdę płynnie. Obraz jest ostry, a gra przez większość czasu trzyma komfortowy poziom płynności, dzięki czemu nie mieliśmy wrażenia, że po kilkunastu minutach organizm zacznie protestować.

Muzyka i dźwięk robią tutaj ogromną robotę. Wracają znajome motywy, delikatne dziecięce melodie, skrzypiące podłogi i oddechy potworów gdzieś w ciemności. To nie jest soundtrack, którego słucha się w czasie spaceru na Spotify, ale podczas grania działa dokładnie tak, jak powinien – skleja atmosferę i buduje napięcie. W VR szczególnie dobrze wypadają drobne efekty przestrzenne. Kroki za plecami, telewizor szumiący gdzieś obok albo przedmiot spadający nad głową od razu podbijają poczucie obecności w tym świecie.

Technicznie też jest zaskakująco solidnie. Przez całą grę trafiliśmy właściwie na jeden większy problem – po przejściu do nowej sekcji kolejny obszar nie chciał się załadować. Na szczęście wystarczyło wczytać checkpoint i wszystko wróciło do normy. Poza tym obyło się bez typowych VR-owych absurdów w stylu latających modeli czy kompletnie rozjechanych kolizji. Interakcje działają logicznie, świat trzyma się kupy, a drobne potknięcia szybko giną pod samym wrażeniem przebywania w tym koszmarze.

Komu więc najbardziej spodoba się Little Nightmares VR: Altered Echoes? Przede wszystkim fanom serii, którzy chcą w końcu stanąć w tym świecie zamiast tylko oglądać go z boku. To też bardzo dobra propozycja dla osób chcących wejść w horror VR bez rzucania się od razu na najbardziej agresywne czy krwawe produkcje. Krótka forma, niski próg wejścia i stosunkowo umiarkowany poziom strachu sprawiają, że to bardzo przyjemny koszmar na jeden albo dwa wieczory. Trochę gorzej mogą bawić się osoby szukające bardzo rozbudowanej fabuły, masy wątków i historii, która zostanie w głowie na długie tygodnie po napisach końcowych. Podobnie gracze liczący na bardziej złożoną rozgrywkę niż wspinaczka, ucieczki i proste interakcje z otoczeniem. Mechanicznie to nadal dość prosta gra i warto mieć tego świadomość przed wejściem do tego świata.

Czy warto? Według nas jak najbardziej. To okolice mocnego 7 albo lekkiego 8 na 10 – głównie dlatego, że gra jest krótka i nie rozwija swoich mechanik szczególnie głęboko. Jednocześnie pod względem klimatu, wykonania i jakości względem ceny wypada naprawdę dobrze. Little Nightmares VR: Altered Echoes momentami sprawia wręcz wrażenie pełnoprawnej kolejnej odsłony serii przeniesionej do VR, nawet jeśli formalnie jest bardziej pobocznym projektem. Klimat został zachowany idealnie. Znajome melodie wracają, potwory dalej są obrzydliwe w ten charakterystyczny, bajkowo-chory sposób, a cały ten świat nadal potrafi jednocześnie fascynować i odrzucać. To nie jest produkcja, która wywróci VR do góry nogami ani zmieni komuś życie, ale jeśli lubicie Little Nightmares i macie PlayStation VR2 pod ręką, trudno wyobrazić sobie lepszą wycieczkę do tego uniwersum.

I całkiem prywatnie – spędziliśmy przy tej grze kilka naprawdę świetnych wieczorów, nawet jeśli pod koniec mieliśmy już momentami lekki przesyt portalami świecącymi po oczach. Było trochę autentycznych skoków ciśnienia, było kilka momentów zwykłego zachwytu nad skalą świata widzianego z perspektywy malucha i było też trochę narzekania na sprint przypisany do gałki. Jeśli lubicie krótkie, gęste klimatem i lekko brudne koszmary, Altered Echoes daje dokładnie to, czego można oczekiwać od tej marki.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply