Wieczory z filmami o pozornie niewinnych kolacjach zawsze są ryzykowne. Wystarczy jedno źle zadane pytanie, jeden kieliszek wina za dużo albo jedno niewypowiedziane od lat zdanie i nagle okazuje się, że przy stole dzieje się więcej niż w niejednym widowisku akcji. Tak właśnie działa Zaproszenie Olivii Wilde. To film, który bierze prosty punkt wyjścia, zamyka czwórkę bohaterów w jednym mieszkaniu i pozwala, aby napięcie rosło z minuty na minutę. I to w doborowej obsadzie.
Joe i Angela są małżeństwem z wieloletnim stażem. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda tak, jak powinno. Mają dom, dziecko i ustabilizowane życie. Problem w tym, że pod powierzchnią kryją się frustracje, niespełnione ambicje i coraz bardziej odczuwalna rutyna. Kiedy pewnego wieczoru zapraszają na kolację nowych sąsiadów – Hawk i Pinę – zwykłe spotkanie szybko zamienia się w emocjonalną grę pełną niedopowiedzeń, prowokacji i pytań, na które nikt nie jest gotowy odpowiadać.
Już od pierwszych scen widać, że Olivia Wilde nie jest zainteresowana tworzeniem klasycznej komedii romantycznej ani lekkiego filmu obyczajowego. Zaproszenie jest przede wszystkim opowieścią o ludziach, którzy próbują przekonać samych siebie, że wszystko jest w porządku, choć doskonale wiedzą, że nie jest. Reżyserka wykorzystuje przy tym bardzo kameralną formę. Większość filmu rozgrywa się w jednym mieszkaniu, a kolejne pomieszczenia stają się areną coraz bardziej osobistych konfrontacji.
To właśnie tutaj najmocniej odzywa się teatralny charakter tej historii. Podczas seansu wielokrotnie miałem wrażenie, że oglądam spektakl przeniesiony na ekran. Nie traktuję tego jako zarzutu. Wręcz przeciwnie. Film żyje przede wszystkim dzięki dialogom, spojrzeniom i temu, co bohaterowie próbują ukryć między kolejnymi zdaniami. Nie ma tutaj miejsca na efektowne sceny akcji czy spektakularne zwroty fabularne. Jest za to bardzo precyzyjnie rozpisana relacja między czwórką bohaterów, która z każdą minutą staje się coraz bardziej skomplikowana.
Ogromną zasługę ma w tym obsada. Seth Rogen pokazuje tutaj nieco inne oblicze niż zwykle. Wciąż potrafi być zabawny, ale pod warstwą humoru kryje się człowiek zmęczony własnym życiem i rozczarowany tym, jak potoczyła się jego droga. Olivia Wilde jako Angela przez większość czasu próbuje zachować kontrolę nad sytuacją, choć widać, że jej świat powoli zaczyna się rozsypywać. Edward Norton świetnie odnajduje się w roli człowieka, który swoją pewnością siebie jednocześnie fascynuje i irytuje wszystkich wokół, a Penélope Cruz wnosi do filmu energię, dzięki której każda scena z jej udziałem przyciąga uwagę (szczególnie jedna, pomiędzy nią, a Olivią Wilde).
Największą siłą Zaproszenia są jednak dialogi. Rozmowy płynnie przechodzą od błahych tematów do kwestii pożądania, zazdrości, lojalności i granic, jakie wyznaczamy w związkach. Z każdą kolejną minutą bohaterowie coraz śmielej zaglądają tam, gdzie zwykle nie wpuszcza się obcych – do własnej intymności, skrywanych pragnień i emocji, które przez lata zdążyły nagromadzić się pod powierzchnią codzienności. Film bardzo trafnie pokazuje, jak cienka granica dzieli pozornie niewinną rozmowę od momentu, w którym na stół zaczynają trafiać sprawy, o których przez lata mówiło się wyłącznie półsłówkami albo nie mówiło wcale. To opowieść o ludziach, którzy z pozoru dobrze się znają, a jednak wciąż potrafią ukrywać przed sobą całe światy. O małżeństwach budowanych na kompromisach, przemilczeniach i przyzwyczajeniach, które z czasem zaczynają przypominać emocjonalne miny czekające na przypadkowe nadepnięcie. Wilde i scenarzyści bardzo umiejętnie wykorzystują atmosferę jednej długiej kolacji, by stopniowo odsłaniać kolejne warstwy bohaterów. Każde pytanie, żart czy niewinne wspomnienie mogą stać się początkiem rozmowy, która prowadzi znacznie dalej, niż ktokolwiek przy stole planował.
Film świetnie oddaje także specyficzne napięcie pojawiające się wtedy, gdy ludzie zaczynają mówić o uczuciach, seksie i wzajemnych oczekiwaniach z większą szczerością, niż pozwalają na to społeczne konwenanse. W pewnym momencie nie chodzi już tylko o flirt czy prowokację, ale o próbę odpowiedzi na pytanie, czy po latach wspólnego życia naprawdę znamy osobę siedzącą obok nas. Dzięki temu zwyczajna kolacja zamienia się w emocjonalne trzęsienie ziemi, a widz stopniowo zaczyna czuć się nie jak obserwator, lecz jak kolejny gość siedzący przy stole, który również słyszy rzeczy, których być może wcale nie chciał usłyszeć.
Nie oznacza to oczywiście, że film jest pozbawiony wad. W pewnym momencie można zauważyć, że porusza tematy dobrze znane z wielu innych historii o kryzysach małżeńskich. Rozmowy o rutynie, niespełnieniu czy poszukiwaniu alternatywnego modelu związku nie należą do szczególnie odkrywczych. Kilka zwrotów fabularnych można przewidzieć z wyprzedzeniem, a niektóre sceny wydają się bardziej zainteresowane dopowiadaniem emocji niż pozostawianiem miejsca na interpretację. Wspomniałem tutaj także o pewnej teatralności i chociaż w materiałach czy wywiadach napotykam subtelne „to nasz oryginalny scenariusz”, tak jest to totalna bzdura – sam ze dwa razy widziałem go właśnie w Warszawskich teatrach, a jeden z nich nawet opisałem o tutaj. To nie wada, ale jednak brakowało mi tej oryginalności, film też bawił mnie stanowczo mniej niż zgromadzonych dookoła dziennikarzy – może dlatego, że niczym mnie nie zaskoczył.
Mimo to całość działa zaskakująco dobrze. Olivia Wilde potrafi utrzymać odpowiednie tempo, a scenariusz konsekwentnie dokłada kolejne elementy do tej relacyjnej układanki. W efekcie otrzymujemy film, który bywa bardzo zabawny, momentami niezręczny, a chwilami wręcz boleśnie szczery. Film, który zyskuje zwłaszcza wtedy, gdy nigdy nie mieliśmy z nim doczynianie w żadnej formie.
Zaproszenie nie odkrywa nowych prawd o relacjach i nie próbuje rewolucjonizować kina obyczajowego. Zamiast tego oferuje bardzo dobrze napisaną, świetnie zagraną historię o ludziach, którzy nagle przestają ukrywać to, co od dawna nosili w sobie. Jeśli lubicie kameralne filmy oparte na dialogach, obserwacji bohaterów i narastającym napięciu, warto przyjąć to zaproszenie. Prosta forma, jedno mieszkanie, dużo krzyku i trafnych spostrzeżeń. To lubię, bo tempo jest równe, a obsada minimalistyczna i gwiazdorska.
Po prostu warto, zwłaszcza w większym gronie.














