Skip to main content

Z rozmaitymi urban legends i creepypastami mam tak, że zwykle wolę dopowiadać sobie historię w głowie, niż oglądać film, który krok po kroku tłumaczy każdą zagadkę. Właśnie dlatego do Backrooms bez wyjścia podchodziłem z pewną ostrożnością. W końcu mówimy o internetowym micie, który od lat działa głównie dzięki atmosferze, niedopowiedzeniom i poczuciu, że za następnym rogiem może kryć się coś, czego nie da się logicznie wyjaśnić. Na szczęście twórcy dobrze rozumieją, gdzie leży siła tego konceptu. Zamiast rozbierać go na części pierwsze, pozwalają mu pozostać tajemniczym. Dzięki temu Backrooms bez wyjścia nie sprawia wrażenia filmu, który próbuje wyjaśnić legendę, ale działa raczej jako zaproszenie, które wciąga nas w jej środek.

Głównym bohaterem jest Clark – architekt po życiowych przejściach, który utknął w pracy w sklepie meblowym i nie bardzo potrafi odnaleźć się po rozpadzie małżeństwa. Podczas jednej z nocnych zmian odkrywa przejście do dziwnego świata składającego się z pozornie nieskończonych żółtych korytarzy. Wkrótce do jego historii dołącza terapeutka Mary, a film zaczyna coraz mocniej zacierać granicę między tym, co realne, a tym, co dzieje się wyłącznie w głowach bohaterów.

Największą siłą filmu jest klimat. Backrooms bez wyjścia nie próbuje straszyć na siłę kolejnymi jumpscare’ami czy potworami wyskakującymi zza rogu. Zamiast tego stawia na coś znacznie trudniejszego do osiągnięcia – poczucie ciągłego dyskomfortu i narastającego zagubienia. Długie, niemal identyczne korytarze, brzęczące jarzeniówki i przestrzenie przypominające opuszczone zaplecza centrów handlowych tworzą świat, który od pierwszych minut wydaje się znajomy, a jednocześnie kompletnie nienaturalny. Im dłużej przebywałem razem z bohaterami w tych żółtych pomieszczeniach, tym częściej łapałem się na tym, że sam zaczynam wypatrywać czegoś niepokojącego w miejscach, gdzie teoretycznie nie działo się absolutnie nic. I właśnie wtedy film działa najlepiej – kiedy sprawia, że zwykły korytarz zaczyna wydawać się czymś znacznie bardziej niebezpiecznym, niż powinien.

Duża w tym zasługa głównej pary aktorów. Chiwetel Ejiofor świetnie odnajduje się w roli Clarka – człowieka, który pogubił się we własnym życiu i nagle znajduje miejsce, nad którym wydaje mu się, że może odzyskać kontrolę. Z każdą kolejną wizytą w Backrooms coraz mocniej widać, jak fascynacja tym światem zaczyna mieszać się z obsesją. Renate Reinsve jako Mary stanowi dla niego dobre przeciwieństwo. Początkowo patrzy na całą sytuację z dystansem i zawodowym chłodem, ale z czasem sama zostaje wciągnięta w rzeczywistość, której nie potrafi już racjonalnie wyjaśnić. Dzięki ich kreacjom film nie sprowadza się wyłącznie do eksplorowania dziwnego labiryntu. W centrum cały czas pozostają ludzie ze swoimi lękami, frustracjami i próbami odnalezienia sensu w świecie, który coraz bardziej wymyka się logice.

Nie wszystko działa jednak równie dobrze. W pewnym momencie film zaczyna trochę kręcić się w kółko, jakby sam utknął we własnym labiryncie. Kolejne wejścia do Backrooms nie zawsze przynoszą coś nowego, a historia na chwilę traci tempo. Mam też mieszane uczucia wobec fragmentów stylizowanych na found footage. Czasami świetnie podbijają poczucie chaosu i zagubienia, ale kilka razy twórcy wyraźnie przesadzili z trzęsącą się kamerą. Zamiast większej immersji dostałem coś podobnego do choroby lokomocyjnej, albo zbyt długiej gry w okularach VR. To nie jest problem, który psuje cały film, ale co delikatniejsi widzowie mogą mieć z nim mały problem.

Podoba mi się za to to, że twórcy nie ulegli pokusie wyjaśniania każdej zagadki. Backrooms pozostaje miejscem tajemniczym, niepokojącym i wymykającym się prostym definicjom. Można patrzeć na nie jak na alternatywny wymiar, ale równie dobrze jak na odbicie problemów bohaterów, którzy utknęli w swoim życiu i nie potrafią zrobić kroku naprzód. Film zostawia sporo przestrzeni na własne interpretacje, dzięki czemu jeszcze długo po seansie zastanawiałem się nie tyle nad tym, co właściwie zobaczyłem, ale co tak naprawdę chciał mi powiedzieć.

Backrooms bez wyjścia nie jest horrorem, który zapisze się w historii gatunku złotymi zgłoskami. Momentami gubi tempo, czasem niepotrzebnie kręci się wokół tych samych pomysłów, ale jednocześnie bardzo dobrze wykorzystuje potencjał tkwiący w internetowej legendzie. To film, który bardziej niepokoi, niż straszy, i który zamiast tanich sztuczek stawia na atmosferę oraz poczucie ciągłego zagubienia. Wyszedłem z seansu z głową pełną dziwnych obrazów i wrażeniem, że twórcom udało się uchwycić coś, co od lat fascynuje fanów Backrooms. A to wcale nie było takie oczywiste. I chociaż sam z siebie pewnie bym go pominął (zobaczyłem go na pokazie prasowym za co dziękuje dystrybutorowi!), tak straciłbym coś, czego od dawna mi brakuje – kameralnej historii, która wciąga ciszą i zagadką, na którą nie ma odpowiedzi.

Raczej zawału nie dostaniecie, ale warto dać Backrooms szansę. A nóż widelec wyniki oglądalności pociągną następne świetne creepypasty, a te kocham jak nic na świecie.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply