Są gry, do których wraca się trochę jak do dzieciństwa – niby wiesz, czego się spodziewać, ale i tak z ciekawością zaglądasz za każdy kolejny róg. Planet of Lana 2 dokładnie tak mi się kojarzy: z powrotem do świata, który już znam, ale który ktoś delikatnie podrasował, rozszerzył i podkręcił, zamiast budować wszystko od zera. Jeśli czytaliście moją recenzję pierwszego Planet of Lana, to mniej więcej wiecie, czego się tu spodziewać – a jeśli nie, to warto tam zajrzeć przed dalszą lekturą. Dwójka bardzo mocno stoi na fundamentach jedynki i wcale się z tym nie kryje. To nie jest sequel, który próbuje sprzedać rewolucję na okładce. To spokojna, świadoma ewolucja pomysłu – i od pierwszych minut czuć, że twórcy dobrze wiedzieli, co w jedynce działało, a czego lepiej po prostu nie ruszać.
Na start warto uporządkować, czym w ogóle jest ta gra i gdzie nas wrzuca. Planet of Lana 2 to nadal dwuwymiarowa, boczna platformówka logiczna, w której prowadzę tytułową bohaterkę i jej kociego towarzysza przez obcą, ale zaskakująco ciepłą planetę Novo. Akcja dzieje się chwilę po wydarzeniach z pierwszej części – świat jest już wyraźnie naznaczony kontaktem z maszynami i nową technologią, a różne społeczności reagują na to po swojemu. Czuć to nie tylko w tle historii, ale też w samych lokacjach. Zamiast klasycznej ekspozycji dostaję podróż przez miejsca, które same opowiadają, co tu się wydarzyło: lodowe szczyty, głębokie wody, zapomniane ruiny czy wioski, w których aż czuć napięcie między naturą a metalem. To dalej świat bez nachalnej gadki, bez ścian tekstu i bez wielkich monologów. Klimat robi tło, animacja, światło i to, jak otoczenie reaguje na każdy mój ruch.
Jeśli chodzi o założenia, gra na papierze jest prosta: idziesz z punktu A do B, po drodze rozwiązujesz zagadki środowiskowe, unikasz przeciwników i co jakiś czas trafiasz na bardziej zręcznościowe sekwencje. Planet of Lana 2 nie odcina się od baśniowego nastroju, ale pod spodem ma całkiem konkretny szkielet science fiction – cały czas przewija się tu temat konsekwencji wprowadzenia obcej technologii do spokojnego świata. I co ważne – mimo większego rozmachu, to wciąż kameralna historia. Nie o ratowaniu galaktyki, tylko o relacji dwójki bohaterów i próbie poskładania swojego, niewielkiego, ale skomplikowanego kawałka rzeczywistości.
Rozgrywka bazuje na tym, co w tym gatunku lubię najbardziej: prostych zasadach, które są stopniowo mieszane, zamiast przytłaczania setką systemów. Lana porusza się teraz pewniej – potrafi robić wall jumpy (w odpowiednich miejscach), sprawniej ślizgać się pod przeszkodami, szybciej wspina się po krawędziach, a całość jest po prostu bardziej żwawa niż w pierwszej części. Na początku czuć, że twórcy dają chwilę na oswojenie się z tym zestawem ruchów, ale po pierwszej godzinie gra zaczyna nimi żonglować na tyle sprawnie, że zwykłe przejście przez ekran z lewej do prawej potrafi być małą eksplozją radości. Mui, nasz kosmiczny kot, też dostał więcej do roboty – może hakować maszyny, na chwilę przejmować kontrolę nad stworzeniami i urządzeniami, a także dostawać się w niedostępne dla nas miejsca, np. aby zrzucić nam linę. To wszystko owinięte jest wokół znanego schematu: Lana popycha ciężkie obiekty, uruchamia dźwignie i nurkuje, a jej włochaty towarzysz wciska się w szczeliny, odciąga przeciwników i aktywuje rzeczy, do których zwykły człowiek nie ma dostępu.


I szczerze – to właśnie ten duet robi całą robotę. Konieczność myślenia o dwóch postaciach naraz sprawia, że te zagadki w ogóle mają sens. Bez Mui zostałby bardzo ładny, ale dość prosty platformer. Grałem w całą masę tego typu gier, od protoplastów gatunku jak Another World, przez Limbo, Inside, Little Nightmares, po naprawdę dziesiątki innych koncepcji „dzieciakiem w prawo”, ale tutaj robi się to najprzyjemniej. Nie da się jednak ukryć, że sama jakość łamigłówek to lekki krok w tył względem jedynki. Z jednej strony są tu świetne sekwencje, gdzie trzeba ogarnąć ruch Lany, pozycję kota, reakcję przeciwników i elementy otoczenia – i wtedy gra naprawdę zmusza do zatrzymania się i pomyślenia. Z drugiej strony sporo zagadek opiera się na jednym, dość oczywistym schemacie, który po kilku ekranach zaczyna być aż nazbyt czytelny, przez co prosty i właściwie nie pozwalający nam się zatrzymać na dłużej. To nadal działa i dalej daje frajdę, ale rzadziej pojawia się ten moment, w którym czujemy się dumni, że nie sprawdziliśmy rozwiązania na YouTube – tutaj nawet nie musimy.
Nie będę udawał – wodne poziomy to coś, czego większość graczy zwyczajnie nie znosi. Trauma po takich rzeczach jak The Legend of Zelda: Ocarina of Time i jej słynna Wodna Świątynia siedzi gdzieś z tyłu głowy do dziś, a „zabójcza woda” to motyw, który przewija się w co drugiej przygodówce. I właśnie dlatego tym bardziej mnie zaskoczyło, jak dobrze Planet of Lana 2 sobie z tym radzi. Tutaj wodne etapy są po prostu świetne i bawiłem się w nich naprawdę dobrze. Mocnym, bardzo konkretnym wyróżnikiem dwójki są właśnie sekwencje podwodne -nurkowanie nie jest tu jednorazowym trikiem, tylko pełnoprawnym elementem rozgrywki, który później łączy się ze skradaniem, ucieczkami czy współpracą z Mui. Powolne zanurzanie się w ciemnych, błękitnych głębinach, gra światłem, ograniczona widoczność i to niepokojące uczucie, że coś dużego porusza się gdzieś obok – to są momenty, które naprawdę zostają w głowie. Fajnie w końcu zobaczyć grę, która traktuje wodę nie jako irytujący przerywnik, tylko jako pełnoprawny, klimatyczny element projektowania poziomów.
Niestety, trochę mniej przekonują mnie fragmenty, w których steruję wyłącznie Mui. Sam pomysł rozumiem – skoro kot ma własne umiejętności, to naturalne, żeby na chwilę oddać go w moje ręce i pozwolić pobawić się nimi bez udziału Lany. Problem w tym, że część tych sekwencji trochę się dłuży i sprawia wrażenie na siłę rozciągniętych. Jakby zamiast zwartego epizodu ktoś koniecznie chciał wrzucić wszystkie sztuczki kota w jednym ciągu. Dla mnie to były momenty lekkiego znużenia, zwłaszcza że wcześniej tempo gry było naprawdę dobrze wyważone. Jednakże, nie sposób narzekać, że są to elementy dodane na siłę – są cennym elementem fabularnego przedstawienia świata, gdyż dzieją się tysiące lat wcześniej i pozwalają zrozumieć co tak naprawdę stało się w tej przepięknej krainie.
Pod względem narracji Planet of Lana 2 trzyma się tego, co działało w jedynce: minimum słów, maksimum kontekstu. Emocje i relacje budowane są animacją, gestami i tym, jak bohaterowie reagują na świat, a nie dialogami. Historia dalej idzie w stronę odpowiedzi – głębiej w przeszłość planety i konflikt między naturą a maszynami, ale też w samą Lanę, która nie jest już tą samą postacią co wcześniej (w jedynce nawet nie załapałem, że to jej imię!). I dobrze, że gra daje tu przestrzeń na ciszę. Te momenty, w których po prostu idę, słucham muzyki i patrzę na kolejne warstwy tła i czasami piękne, nieziemskie grafiti.
Nie wszystko jednak trafia tak, jak powinno. Część wątków pobocznych (gdy np. komuś pomagamy zamiast iść po to po co idziemy) jest zarysowana zbyt szybko, przez co ich kulminacje nie zawsze mają odpowiedni ciężar. Do tego dochodzą niedopowiedzenia – dla mnie okej, ale ktoś może poczuć lekki niedosyt. Jeśli chodzi o tempo, całość trzyma dobry poziom. Kampania zajęła mi około 8 godzin na PS5 i czułem lekki niedosyt, który z każdą następną godziną mógłby zamienić się w zgagę. Gra jest większa niż jedynka, ale momentami odbija się to na akcji – zdarzają się fragmenty, gdzie przez kilka ekranów robię wariacje na ten sam temat i czekam na coś nowego, a to nowe nie nadchodzi. Ba, bywają ekrany, które po prostu mijamy i w ogóle nic się na nich nie dzieje. Na plus działa za to łagodna kara za błędy. Checkpointy są sensownie rozstawione, więc nawet trudniejsze sekcje nie frustrują.
Audiowizualnie Planet of Lana 2 to kolejny dowód na to, ile można wycisnąć z prostego, dwuwymiarowego szkieletu, jeśli ktoś ma dobre oko do kadru. Ręcznie malowane tła robią świetne wrażenie – od pastelowych krajobrazów po mroczniejsze, industrialne przestrzenie, gdzie światło pracuje na metalu i wodzie. Postacie są proste, ale bardzo ekspresyjne – czasem kilka klatek animacji mówi więcej niż jakikolwiek dialog. Do tego dochodzi fajna gra głębią: drugi i trzeci plan cały czas żyją, coś się porusza, miga, buduje tło dla tego, co dzieje się na pierwszym planie. Muzyka znowu robi ogromną robotę. Za ścieżkę odpowiada ten sam kompozytor co w jedynce i słychać tu jego styl – filmowe, szerokie tematy przeplatają się z delikatniejszymi motywami na smyczki i pianino. Dzięki temu każda większa scena ma swój własny charakter, raz bardziej epicki, raz bardzo kameralny. Dźwiękowo też jest bardzo dobrze: od odgłosów fauny, przez ciężkie, mechaniczne brzmienia maszyn, aż po przytłumione, klaustrofobiczne dźwięki pod wodą. Wszystko dobrze współgra z obrazem i sprawia, że nawet prostsze fragmenty rozgrywki nie tracą klimatu.
Gdybym miał to zebrać w konkrety, wyglądałoby to tak. Na plus zdecydowanie relacja między Laną a Mui – to mechaniczny i fabularny trzon całej gry i praktycznie każda wspólna sekwencja daje frajdę. Bardzo dobrze wypadają też etapy wodne: kreatywne, klimatyczne, momentami lekko niepokojące, ale bez męczenia. Do tego oprawa – wizualnie i muzycznie to gra z charakterem, której kadry spokojnie mogłyby wisieć na ścianie. Po stronie minusów mam mniej naprawdę pamiętnych zagadek, niż bym chciał. Bywa nieźle, ale spora część to wariacje na znane z jedynki motywy. Do tego dochodzą rozdziały z samym Mui – ciekawe w założeniach, ale momentami przeciągnięte i wybijające z rytmu. Zdarzają się też fragmenty skradankowe, które potrafią zamienić się w lekką ruletkę: albo trafisz timing, albo powtarzasz sekwencję kilka razy. Na szczęście checkpointy trzymają to w ryzach.
Dla kogo jest Planet of Lana 2? Dla osób, które lubią spokojne, klimatyczne platformówki, gdzie ważniejszy jest nastrój niż tempo. Jeśli kupuje cię narracja bez dialogów i powolne, momentami kontemplacyjne tempo, jest duża szansa, że Novo cię wciągnie. Jeśli jednak liczysz na rewolucję względem jedynki, bardzo trudne zagadki albo ciągłą akcję, możesz się odbić.
Czy warto? Tak – pod warunkiem, że wiesz, na co się piszesz. To nie jest gra, która próbuje udawać coś więcej. To rozwinięcie sprawdzonego pomysłu: większe, ładniejsze i momentami ciekawsze, ale nadal oparte na tych samych fundamentach. Jeśli chcesz wrócić do tego świata i spędzić z nim kilka kolejnych godzin, Planet of Lana 2 robi to dokładnie tak, jak powinna. Dla mnie 8/10, chociaż na trójkę raczej już nie czekam.














