Kilka lat temu opisałem na swoim blogu niepozorną japońską grę konsolową, która w tamtym okresie naprawdę skradła moje serce. Była nią Catherine, niezwykła platformówka logiczna w konwencji romansu i horroru. Jakiś czas temu ta wspaniałą produkcja powróciła na konsole aktualnej generacji. Powróciła jako wersja ulepszona, przemyślana od podstaw, zapewniająca wszystkim fanom piekielnych katuszy iscie „pełne” doświadczenie. Mowa tu oczywiście o Catherine: Full Body czyli świetnemu połączeniu visual nowel z wymagającą grą platformowo-logiczną. Pisząc ten tekst jestem już kilka godzin po ponownym przeżyciu tej niecodziennej przygody, dzięki czemu mogę dostarczyć Wam poniższą recenzję. Za egzemplarz na Playstation 4 dziękuję polskiemu dystrybutorowi gry – firmie CENEGA. Jest to jednocześnie gra dostępna jedynie na wspomnianą konsolę.

Vincent ma ustatkowane życie – za dnia pracuje, nocami przesiaduje z przyjaciółmi w pobliskim barze. Spotyka się również z Katherine, która aktualnie marzy o założeniu z nim rodziny i spędzeniu razem reszty życia. Pewnego dnia na jego drodze staje jednak piękna Catherine z którą wdaje się w romans. Od tego momentu każdej nocy budzi się w czymś na kształt piekła, gdzie zadaniem jego i jemu podobnych osób, które kogoś zdradziły – będzie nieskończona wspinaczka po ścianach stworzonych z sześcianów. I chociaż to tylko sny – umiera się w nich naprawdę. Czy Vincent przeżyje? Kogo wybierze: Katherine czy Catherine? Kim jest pogrążona w amnezji Rin, której postać pojawiła się dopiero przy okazji remastera? I dlaczego wszyscy, ale to wszyscy we wspomnianym piekle wyglądają jak rogate barany? Tego oczywioście dowiemy się z fabuły tej niezwykłej gry.

Na pewno są wśród nas gracze, którzy na samą wzmiankę nazwy ulubionego dewelopera stawiają uszy na baczność, oraz doskonale wiedzą jakie emocje ich spotkają, gdy sięgną po stworzony przez niego tytuł. Tak jest i w tym przypadku – ja mówię Atlus, a Wy widzicie przed oczami serię Persona czy Shin Megami Tensei. I już wiecie, że otrzymacie wiele godzin doskonałej zabawy, która przede wszystkim charakteryzuje się wyśmienitą, nietuzinkową fabułą, a także dziwnym, iście japońskim, niesamowicie ekscytującym gameplayem. Tym samym właśnie charakteryzuje się recenzowana Catherine – ciekawą historią, niesamowitym środowiskiem i dziwacznymi elementami podanymi w niesamowicie pysznym, ekstrawaganckim wręcz sosie.

Gameplay Catherine dzieli się na dwie części – dzienną i nocną. Za dnia (i wieczorami) oglądamy liczne przerywniki filmowe, które przybliżają nam postać wszystkich trzech dziewczyn – naszej narzeczonej Katherine, dziewczyny natrętnej, znudzonej czekaniem na nasz ruch, pragnącej dziecka, stateczności i tego, abyśmy wreszcie wydorośleli. Catherine – tajemniczej, młodej, namiętnej i nietrzymającej się standardów dziewczyny, z którą nie wiedzieć czemu i jak wdajemy się w romans – dla nas kłopotliwy, dla niej będący czymś więcej niż przygodą na jedną noc oraz Rin – która pojawia się jedynie we wspomnianym „remasterze”, a która cierpiąc na amnezję i liczne życiowe kłopoty wpada nam w oko grając na pianinie w naszym ulubionym barze. Fabuła to jednak nie tylko liczne, przepięknie animowane przerywniki filmowe, ale również takie na silniku gry oraz momenty w których wreszcie przychodzi nam położyć ręce na… padzie. Te ostatnie to najważniejsza część każdego dnia – wizyta w barze Stray Sheep (Zbłąkane Owce). Każdego popołudnia (i wieczora) możemy dowolnie eksplorować niewielki bar, dosiadać się do przypadkowych klientów w celu rozmowy, zmieniać muzykę w szafie grającej, zamawiać kolejne drinki (gdy zamówimy ich odpowiednio dużo mamy okazję posłuchać alkoholowej ciekawostki). Ważną rolę odgrywa też telefon komórkowy na który dostajemy wiadomości od wszystkich dziewczyn. Na te możemy oczywiście odpowiadać za pomocą przedefiniowanych kwestii, co wpływa na nasz pasek moralności, który jasno określa czy jesteśmy dobrym czy złym człowiekiem. To oczywiście nie wszystko, bo jest i automat na którym można zagrać w uproszczoną wersję właściwej gry oraz kilka dodatkowych aktywności, które odkryjemy z czasem. Cała sfera „dzienna” napędza intrygującą fabułę. Sam scenariusz opowiada czym właściwie jest zdrada w związku i jasno określa tego typu zachowanie jako coś skrajnie negatywnego i niebezpiecznego. Dlaczego? Otóż w mieście głównego bohatera nastała fala samobójstw wśród młodych mężczyzn – codziennie rano policja znajduje kolejne ciała, w pierwszych dniach nic nie wskazuje ani przyczyny, ani powiązań, chociaż główny bohater szybko domyśla się, że każda z ofiar dopuściła się zdrady i ktoś życzy jej jak najgorzej. Nie jest to w żadnych wypadku spoiler, a proste odniesienie do drugiej, tej najważniejszej mechaniki, którą zapewnia nam Catherine. Romans za dnia… puzzle-horror z ogromną dawką przemocy nocą.

W barze spędzimy większą część gry

Rin to nowa postać. Dziewczyna cierpi na amnezję.

W grze znajduje się również sporo przerywników anime – te przeplatają się z filmami na silniku gry

W piekle każdy z nas jest rogatym baranem

Noc z Catherine to zupełnie inna bajka – gdy Vincent kładzie się spać – przenosi się do świata snów. Problem w tym, że świata wyjątkowo realnego i niosącego co noc nieuniknioną karę dla każdej osoby, która dopuściła się w swoim związku zdrady. Noc w noc Vincent plączę się więc po złowrogiej krainie w samych bokserkach (w obowiązkowe serduszka), gdzie raz za razem mija innych niegodziwców, których widzi jako stado baranów (a oni tak widzą jego). We wspomnianym baranim piekle możemy wchodzić w interakcję z innymi baranami, poznawać ich historie, nowe techniki wspinaczki, korzystać z punktu zapisu, sklepu, a także… konfesjonału. Wspomniane pomieszczenie poddaje nas rozmaitym testom psychologicznym, których wyniki widzimy później w odniesieniu do innych graczy. Ślub to początek czy koniec życia? Co jest gorsze: zdrada psychiczna czy fizyczna? – w czasie trwania fabuły przejdziemy przez kilkanaście pytań tego typu, a także poznamy odpowiedzi innych graczy (np. z podziałem na płeć – co samo w sobie jest bardzo ciekawe psychologicznie). Konfesjonał to również miejsce przenoszące nas do właściwej gry dla dużych niedźwiadków – puzzli.

Generalnie idea jest prosta – trafiamy na wieżę z sześcianów i musimy wspinać się aż na samą górę. Co jakiś czas odpada jednak jakiś poziom podłogi, więc musimy się śpieszyć i brnąć wyżej i wyżej na czas. Klocki po których chodzimy mają ciekawą właściwość – generalnie nie spadną dopóki stykają się ścianami (obrysami) z innymi klockami. Dzięki temu tworzymy mosty, wieże, kręgi – po których możemy dostawać się na kolejne piętra. Z czasem pojawiają się pudła lodowe po których się ślizgamy, wersje z kolcami, wersje tak ciężkie, że nie można ich przesunąć czy takie, które niszczą się po trochu za każdym razem, gdy tylko na nich staniemy. Wersja FULL BODY to również nowa mechanika, którą możemy wybrać rozpoczynając grę (Remix). Nowością wniej są pudła w kształcie klocków znanych z Tetrisa, długich na kilka kratek, w kształcie liter L czy T. Wyobraźcie sobie jak wygląda wspinaczka, gdy przesuwamy box jeden za drugim, a jak wygląda, gdy na ograniczonej przestrzeni musimy panować nad całymi rzędami połączonych skrzyń – bywa trudno, bywa frustrująco. W tym miejscu pomaga jednak system checkpoint’ów (zwykle jeden do dwóch na różnej wysokości wieży) oraz możliwość cofania do kilku ruchów wstecz. Pomocną dłoń otrzymujemy również w sklepie z przedmiotami (które są również porozrzucane po wieżach) oraz od grającej na pianinie Rin. O ile funkcji tej ostatniej zdradzać nie będę, tak samych itemów jest masa – są takie tworzące zwykłe klocki z klocków specjalnych (np. znikają kolce), są takie, które pozwalają nam wskoczyć 2 poziomy wyżej, wreszcie takie, które tworzą wokół nas pole 3×3 – pozwalające wywinąć się śmierci i wspiąć wyżej nawet w przypadku sytuacji teoretycznie beznadziejnej, gdzie nie mamy jak się przemieszczać i czego przesunąć. Wspomniałem, że gra jest brutalna – Vincent może zginąć na masę sposobów, które zwykle obrazuje zatrważająca ilość krwi zalewająca ekran. Nasz biedny bohater bywa miażdżony, „wybuchany”, nadziewany na kolce, spada w przepaść. W grze występują również niecodzienni, bardzo japońscy „bossowie”. Bohater boi się ojcostwa? Cyk, w jednym z poziomów z otchłani wynurza się złowrogi bobas przypominający przerażającą lalkę. Jakkolwiek dziwnie to wszystko może brzmieć – Catherine to jedna z lepszych i bardziej wciągających gier w jakie miałem okazję zagrać i chociaż to niezwykłe, przekłada się na to i niezwykła mechanika gry logicznej jak i przegadana fabuła łącząca romans, erotyk i horror – magicy z Atlus nie zawiedli.

Catherine w nowej wersji to również zupełnie nowe tryby i wyzwania w tym takie także online. Wspinaczki na czas, porównywania wyników, wspinaczki grupowe – wszystko to znajdziemy w ulepszonej wersji Catherine. Oprócz wyliczonych trybów i ułatwień na osobną wzmiankę zasługuje również wyjątkowo szeroki zakres opcji trudności. Otóż zagadki możemy odpowiednio utrudnić (brak itemów/brak możliwości cofania czasu) co również zdecydowanie ułatwić – np. wyłączając ograniczający nas zegar czy mechanikę, która co jakiś czas zrzuca kolejne poziomy wieży w przepaść (dzięki czemu nigdy nie zginiemy spadając w przepaść). Dla osób niezainteresowanych morderczymi zmaganiami pojawiła się nawet opcja przechodzenia poszczególnych zadań przez komputer – ot w zagadkach postać biega sobie sama i wszystko kończy za nas, a my bez stresu możemy delektować się wyłącznie fabułą. Generalnie twórcy bardzo poważnie przeanalizowali wszystkie słabe punkty wersji z 2011 roku i wprowadzili dziesiątki poprawek, ułatwień czy nawet znacznych rozszerzeń tutoriali (niektóre postacie dają nam bardzo ciekawe podpowiedzi co do układania budowli w coraz wymyślniejsze stosy). Porównując do siebie Catherine z Catherine: Full Body trudno mi wskazać bardziej przyjazny nowym graczom tytuł niż tegoroczna edycja. I to nie tylko w obrębie całej marki, ale tak naprawdę gier w ogóle.

Baranie piekło w pełnej okazałości. Z tyłu konfesjonał.

Idealny przykład klocków dostępnych z włączoną opcją Remix. Jest trudno!

Wieczorne pogaduszki w barze. Jeśli zapełnimy wszystkie widoczne w rogu butelki – w czasie puzzli nasza postać będzie poruszać się szybciej.

Rozmowy i poznawanie bohaterów to jedna z ważniejszych mechanik gry.

W trybie online towarzyszy nam zwykle masa innych graczy. Chociaż nie było mi dane  tegosprawdzić – szczegóły w tekście.

Niestety w tej beczce miodu znalazła się i łyżka dziegciu – tryb online. Z chęcią opowiedziałbym Wam o nim i dał znać jak to jest wspinać się na szczyt spychając innych ludzi w przepaść – ale na kilka podjętych prób nigdy nie dobrało mi innego gracza. Nie sądzę, aby była to moja wina, bo wyszukiwałem gry tak po 23:00 jak i w sobotnie popołudnie – i chociaż zawsze gdzieś na świecie jest jakaś fajna godzina, to nie udało mi się rozegrać ani jednej normalnej gry przez internet. Już nie mówiąc o rankingowych. Niemniej szkoda, że zainteresowanie wydaje się być niskie – chętnie stanąłbym do walki z żywym przeciwnikiem. Nic jednak straconego – większość trybów da się również odpalić na dwie osoby przy jednym TV jeśli dysponujemy dwoma bezprzewodowymi padami. Niektórych graczy może również lekko odrzucić sama grafika – ta jest naprawdę fajna i trudno jej coś zarzucić, ale oplata ją senny, lekko przejaskrawiony i rozmyty filtr, który w wersji na PS3 ukrywał pewne niedociągnięcia, a tutaj… Po prostu został i jest. Ja w czasie gry go nie zauważałem, ale na screenach faktycznie kuje to w oczy.

Czas potrzebny do ukończenia Catherine: Full Body to około 11 godzin. W moim odczuciu jest to ilość przyzwoita, a jeśli przyjdzie Wam do głowy poznać wszystkie zakończenia oraz zdobyć wszystkie trofea – wtedy podaną przeze mnie liczbę pomnóżcie spokojnie razy trzy (albo więcej, trofea Catherine to jedne z najtrudniejszych istniejących do zdobycia pucharków). Przyznam, że nie pamiętam kiedy tak bardzo czekałem na premierę jakiejś gry albo kiedy ostatnio tak świetnie się przy jakiejś bawiłem – a przecież ukończyłem ją już kilka lat wcześniej. Za pewien czas na pewno usiądę do niej ponownie, wtedy może uda mi się odkryć jeszcze więcej zakończeń, mechanik i poukrywanych wszędzie smaczków.

Ekscytująca fabuła, nietuzinkowe postaci, trudne i wciągające puzzle (w wariancie zwykłym i przygotowanym specjalnie pod remaster), wiele poziomów trudności, niekonwencjonalnych rozwiązań, dziwnych pytań i jeszcze dziwniejszych odpowiedzi, a do tego fantastyczne udźwiękowienie – to najmocniejsze punkty nowej-starej przygody. I cóż, że serwery świecą pustkami – wszak to gra dla gracza singlowego, w dodatku takiego spragnionego nowych wrażeń – albo rzewnie tęskniącego za narracją znaną chociażby z Persony 5.

Catherine: Full Body to historia o tym, aby być dobrym człowiekiem – podana w krwawym i półnagim sosie. To jedna z moich ulubionych pozycji konsolowych i z wielką radością mogę polecić ją każdemu kogo nie odrzucił jej opis oraz zamieszczone w tekście screeny. A nawet jeśli nie chcecie dać jej szansy – i tak powinniście. Skrywa w sobie olbrzymie pokłady grywalności, pytań o moralność i japońskiego funu. A jeśli macie chłopaka, którego nie rozumiecie – może wcielenie się w skórę zestresowanego życiem Vincenta pomoże Wam chociaż trochę go zrozumieć. Albo wykopać za drzwi.

Catherine: Full Body oceniam jako 9/10 – remaster z sercem…. rozbryzganym po ścianach. Przygoda, którą każdy musi przeżyć.

Za udostępnienie gry dziękuję firmie Cenega!

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

2 komentarze

Skomentuj tekst: (komentarze są moderowane - pojawią się po zatwierdzeniu)