Podobno „chłopaki nie płaczą”. Nie wiem ile w tym prawdy, bo dobrnąwszy do zakończenia „Last Day of June” popłakałem się jak małe dziecko, a moja dziewczyna przez kilka minut musiała mnie pocieszać. Czy jest to sytuacja dziwna – nie wiem, natomiast wiem, że powinniście się o niej dowiedzieć, a najlepiej przeżyć ją samodzielnie. Zapraszam Was do recenzji niezwykle wzruszającej gry logicznej, która z pewnością na długo zostanie w Waszych sercach i świadomości. Oczywiście jeśli odczuwacie jakiekolwiek emocje. Last Day of June ukończyłem na konsoli Playstation 4 PRO, ale istnieją również wersje na PC oraz Nintendo Switch.

„Ostatni dzień czerwca” to tak naprawdę nazwa zdecydowanie zwodnicza, bo generalnie w recenzowanej produkcji lato własnie się kończy. Tytułowa June to dziewczyna głównego bohatera, a to co przeżywamy to ostatni dzień jej życia. Fabuła opowiada o pewnym wyjeździe nad jezioro, w wyniku którego w wypadku samochodowym lądujemy na wózku, a nasza dziewczyna umiera. Jakiś czas później, w brzydkim i zaniedbanym domu rozpamiętujemy to co się wydarzyło, a dzięki tajemniczym magicznym obrazom na nowo próbujemy przeżyć ostatni dzień z naszą ukochaną – i w tym cała magia – wcielając się w różne postacie z naszej wioski zmieniamy swoje wcześniejsze wybory, które zawsze w jakiś sposób wpływają na ostateczny wypadek. Wiatr porwał nam latawiec i w skórze małego chłopca bawimy się piłką – co ostatecznie kończy się wbiegnięciem na jezdnie i śmiercią głównej bohaterki?  Pokombinujmy jak latawiec odzyskać, a piłki w ogóle nie ruszyć. Brzmi prosto? Początkowo, gdyż wcielając się w czworo bohaterów wpływamy wzajemnie na swoje decyzje – i cóż z tego, że wybierzemy latawiec, skoro piłkę porwie znudzony pies?

Mechanika może wydawać się skomplikowana, na szczęście taką nie jest. W zamieszkanej przez nas osadzie mieszka kilkoro sympatycznych bohaterów. Wcielamy się więc w każdego z nich i staramy się tak przeżyć dzień, aby nie dołożyć swojej cegiełki do śmierci June. Problemy zaczynają się już na etapie łamigłówek – jak na wspomnianym przykładzie latawca – bo co jeśli podwiązany do niego sznurek potrzebny jest kilku osobom i zabranie go zmienia wszystkie pozostałe scenariusze? Gra dzieli się więc na dwa segmenty: pierwszy dziejący się w nocy, gdy nasz bohater przemierza na wózku okolice domu, aby dzięki przeżywaniu wspomnień aktywować namalowane przez jego wybrankę obrazy, które pozwalają „cofać się w czasie” do dnia wypadku. Drugi rodzaj scen to wcielanie się we wspomnianych wyżej mieszkańców wsi i lawirowanie pomiędzy ich obowiązkami w taki sposób, aby przynajmniej teoretycznie trzymać się jak najdalej od miejsca felernego wypadku. Gameplay jest więc prosty i bazuje jedynie na lewej gałce analogowej, prawej odpowiadającej za kamerę i przycisku X pomagającemu wchodzić w interakcje. Do przeżyć każdego bohatera udajemy się wielokrotnie, gdyż pewne elementy świata pomimo cofania czasu pozostają wspólne. Miejscowy myśliwy nie może przejść przez jedną z furtek ponieważ stoi za nią waza? We wspomnieniach małego chłopca możemy ją rozbić. Wspomniany młodzian nie ma siły, aby otworzyć wiekową furtkę? Miejscowy emeryt na pewno sobie z tym poradzi. Lawirujemy więc pomiędzy obrazami, poszerzamy teren działań i staramy się doprowadzić sprawę do porządku. Zagadki przed którymi stajemy są prawie zawsze logiczne, a zakres naszych wędrówek niezbyt szeroki, chociaż ten z przeżywaniem kolejnych scen lekko się rozrasta – o wspomniane wcześniej niedostępne tereny. Generalnie dość trudno stanąć na dłużej w miejscu, zwłaszcza, że The Last Day of June to jedynie 3 do 4 godzin fabuły. Niektórzy z Was spędzą z nią odrobinę więcej czasu, ale tylko wtedy jeśli zechcą bardziej przykombinować pojawiające się scenariusze i odnaleźć dodatkowe wspomnienia postaci, porozrzucane po całej wiosce.

Fabuła rozwija się jednak nieśpiesznie, a do kolejnych postaci otrzymujemy dostęp dopiero, gdy ukończymy konkretny rozdział. Postacie nie mówią, ale dużo mruczą, nawet pomimo tego, że mają naprawdę wiele do przekazania. Osobiście bardzo lubię takie rozwiązania, gdyż możemy przeżywać wszystko oraz interpretować również we własnej wyobraźni. Animatorzy dali jednak radę, wszystkie postacie są bardzo ekspresyjne i nie mamy najmniejszego problemu ze zrozumieniem tego co się dzieje. Sama fabuła potrafi chwycić za serce, nie tylko dlatego, że ze wszystkich sił stara się nas uderzyć tym co nieuniknione, ale dodatkowo doskonale operuje obrazem, dźwiękami i wyczuciem tego co dobre i złe. W Last Day of June nie ma miejsca na przypadkowe sceny albo do niczego nie pasujące krajobrazy – tutaj jeden bodziec silnie wspomaga drugi. Pewne rzeczy są niestety przewidywalne, ale nie znaczy to, że nie są atrakcyjne. Jakbym miał wypunktować jakieś minusy to jednym z nich z pewnością będzie przeżywanie tych samych sytuacji – okej, niektóre z nich zostają w późniejszych etapach skrócone i lekko przewinięte, ale dzieje się tak zwykle podczas zaczęcia kolejny raz wybranej historii – to co dzieje się później, a także jej zakończenie bywa niepomijalne. Nie irytuje to jakoś specjalnie, ale było zauważalne.

Styl graficzny to jeden z największych wyróżników Last Day of June, ten wygląda jak ożywiony obraz olejny. Całość charakteryzuje się małą szczegółowością, bardzo wyróżniającymi się barwami i pewną umownością. Niech najlepszym przykładem będzie to, że główni bohaterowie (z psem na czele) nie mają oczu, zamiast nich otrzymaliśmy puste, mocno niepokojące twarze. Takie przedstawienie postaci oraz świata ma jeden zasadniczy plus – moim zdaniem anonimizuje akcję, która nabiera bardziej intymnego charakteru.

Last Day of June to produkcja co prawda niewielka, ale zdecydowanie warta sprawdzenia. To jedna z najbardziej uczuciowych gier w jakie dane mi było zagrać. To urocza przygoda, która pokazuje ile warta jest miłość i co możemy dla niej zrobić. Zdecydowanie polecam, bo tę historię powinien przeżyć każdy. Lepiej tutaj niż na żywo (zwłaszcza, że w realnym świecie nie można cofnąć czasu). Gwarantuję, że podczas napisów końcowych będziecie płakać jak bobry.

Chociaż nigdy nie widziałem płaczącego bobra… Last Day of June polecam, w skali „czy się opłacało” wydać 84zł (na promce było 60% taniej, polecam szukać!) to oceniam słuszność zakupu jako 9/10. Coś pięknego.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Skomentuj tekst: (komentarze są moderowane - pojawią się po zatwierdzeniu)