Są filmy dobre, złe, gówniane, filmy z Rebel Wilson i na samym dnie filmy z chudą Rebel Wilson. Jeśli istnieje coś takiego jak fatshaming, to „Powrót do liceum” jest tego odwrotnością, jest mokrym snem osoby, która schudła i za pomocą tandetnych, kompletnie nieśmiesznych komedii próbuje wrócić do lat, które z różnych powodów uważa za stracone. W pewnym momencie seansu zacząłem się zastanawiać czy Wilson leczy kompleksy czy próbuje zarobić ekstra kasę – ale ponieważ jest producentką tej chały, to sądzę, że bardziej chodzi o to pierwsze.

Nieco prostacka cheerleaderka walczy o to, aby mieć wszystko – popularność, najładniejszego chłopaka i tytuł królowej balu. Jej główna przeciwniczka knuje jednak intrygę, która przeradza się w 20 lat śpiączki dla naszej bohaterki. Ta budzi się w 2022 roku – istnieją już smartfony, followersi, a dookoła wszystko jest obrzydliwie poprawne politycznie. Chociaż widzimy ciało 37 latki, w środku nadal jest skołowana 17 latka – która postanawia wrócić do swojego liceum i zdobyć tytuł Królowej Balu Maturalnego, coś, co zostało jej tak brutalnie odebrane 2 dekady wcześniej.

Jeśli odczuliście, że nie lubię Rebel Wilson – to macie rację. Tolerowałem ją jakoś tam w Pitch Perfekt, a ostatnie dwa większe filmy (Oszustki, Jak Romantycznie) nawet mi się podobały. Ale nie zmienia to faktu, że wielkiej emocji do niej nie czułem. Broń boże z powodu jej poprzedniej wagi, po prostu uważam, że nie ma talentu, a jej role są oparte wyłącznie o nabijaniu się z jej tuszy oraz o elementy slapstickowe (ciągłe upadki, potknięcia). W Powrocie do liceum otrzymujemy jej totalnie odmieniony obraz, i good for her – niech będzie zdrowsza i pełna energii, ale niech skończy z aktorstwem, bo jej jedyna wyróżniająca cecha właśnie przepadła.

Powrót do liceum to nieśmieszna, generalizująca, boomerska i upokarzająca widza „komedia” w której główną rolę odgrywa szkieletor bez krzty uroku. Fabularnie jest bardzo różnie – od łapiących za serce schematów (chce zostać królową dla zmarłej matki), po rozwianie tych schematów dziesięć minut później (chce zostać królową, bo jest po prostu głupia i próżna), przez żarty pokroju „hehe, nie można już mówić gej”. Ogólnie film napisało bodajże trzech facetów, ale zabrakło im jakiejkolwiek wiedzy i odwagi w pisaniu scenariusza – wszystko jest miałkie, przeterminowane, zachowawcze i po prostu głupie. Nie bardzo wiem jak to jest obecnie w liceach w USA, ale nie uwierzę, że banda przegrywów, których nie przyjęłoby nawet „Glee” jest obecnie jedynym zespołem cheerlederów, a pojedyncza influencerka trzęsie szkołą za pomocą „mocy miłości”. Każda scena dosłownie krzyczy poprawnością, a żarty oparte są jedynie na próbach (nieudanych) złamania jej, albo zadaniu pytania „po co to, dlaczego”. Serio, najgroźniejsze w całym filmie są chyba tylko „faki” puszczane przez Rebel. Ogólnie pomysł jest ciekawy (śpiączka), ale wszystko co mogliby z niego wyciągnąć zostało zaprzepaszczone – oprócz podniecania się Instagramem brak tu jakiegokolwiek odkrywania współczesnego świata. Główna bohaterka chociaż wydawała się w miarę normalną dziewczyną, z każdą chwilą traci uwagę i sympatię widzów 0 kompletnie nic jej nie interesuje, a jedyne co jest ważne to popularność i walka o koronę z czysto egoistycznych i kretyńskich pobudek. Brakuje tutaj szerszego rozwinięcia tematu, jakiegoś dodatkowego spojrzenia na życie, punktu zaczepienia. Oczywiście główna bohaterka zyskuje na sukowatości po to, aby w finale zrozumieć jakieś tam błędy i moc przyjaźni – ale to również wypada nieprzekonująco, nudno i jadąc po najniższych filmowych schematach.

Wielkim plusem obsady jest to, że w większości jest nieznana. Pomijając oczywiście Rebel Wilson, która w niczym siebie nie przypomina – młodzi aktorzy wypadają wspaniale. Nie będę tutaj szastał nazwiskami, ale zagrali bardzo fajnie, świeżo i naturalnie. Cały drugi plan zasługuje na wielkie brawa – są różnorodni tak etnicznie jak też w ramach orientacji seksualnej – co nadaje ciekawego, nowoczesnego sznytu. Cieszę się, że ktoś dał im szansę i napisał pod nich w miarę ciekawe postaci, zwłaszcza, że pierwszy plan jest płaski, miałki i czarno biały. Chętnie obejrzałbym osobną przygodę uczniów, bo filmy dziejące się w szkole zawsze dobrze mi podchodzą.

Jeśli chodzi o warstwę audio-wizualną to pod względem „co dla oka” jest spoko – kolorowo, czysto i schludnie. Audio również nie zawodzi, tym bardziej, że pojawia się w tle sporo klasycznych piosenek z lat 90. – jest i Britney, jest też The Rasmus. A to oczywiście nie koniec, więc patrzy się na to całkiem nieźle, a słucha jeszcze lepiej.

Czy wobec tego Powrót do liceum zasługuje na szansę? O Boże nie! Recenzowany film to wielka terapia leczenia kompleksów głównej bohaterki (aktorki), który w dzisiejszych czasach jest cringe’m najwyższych lotów. Przez cały seans uśmiechnąłem się dokładnie raz, a większość scen wprawiała mnie w niemałe zażenowanie. Przy kilku utworach muzycznych ruszyłem nóżką, ale to zdecydowanie za mało jak na dużą produkcję. Z początku cieszyłem się, że film wyprodukowało duże studio, ale niestety jest to standardowe nudne „prawie love story” wypuszczone przez Netflixa, aby chyba coś wyrzucić. Dość takich filmów, dość Rebel Wilson, dość marnowania czasu. Jak dla mnie mocne 3/10 – nie lubię wystawiać takich ocen, ale nikomu świadomie nie poleciłbym tego oglądać. To taki film, którego nawet Polsat nie puści.

 

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Skomentuj tekst: (komentarze są moderowane - pojawią się po zatwierdzeniu)