Kiedy odpaliłem The Upshaws, od razu miałem wrażenie, że to serial z dwóch różnych epok naraz. Z jednej strony wygląda jak coś, co spokojnie mogłoby lecieć w amerykańskiej telewizji w latach 90. – rodzinny sitcom, dużo rozmów w kuchni, podniesione głosy, szybkie konflikty i jeszcze szybsze godzenie się przed końcem odcinka. Z drugiej strony to już produkcja z katalogu Netflix, więc próbuje być trochę bardziej współczesna, bardziej bezpośrednia, momentami nawet trochę ostrzejsza w żartach.
W centrum akcji obserwujemy czarnoskórą rodzinę, standard: klasa pracująca, codzienne problemy, sporo rodzinnych spięć i bohaterowie, którzy potrafią się pokłócić o wszystko. Czasem o pieniądze, czasem o dzieci, a czasem po prostu o to, kto znowu zrobił bałagan w domu. To właśnie z takich drobiazgów budowany jest humor serialu. Nie ma tu wielkich fabularnych twistów ani dramatów, które zmienią życie bohaterów na zawsze. Raczej krótkie historie, które zaczynają się i kończą w jednym odcinku.
I od razu trzeba powiedzieć jasno – to nie jest serial, który wywróci komuś dzień do góry nogami. Nie zostanie też raczej w głowie na długo. Ale ma w sobie coś, co sprawia, że można go włączyć zupełnie bez zobowiązań. Ot, leci w tle, kiedy człowiek robi coś innego – ćwiczy, sprząta mieszkanie albo bezmyślnie scrolluje telefon. W takich momentach The Upshaws sprawdza się całkiem nieźle.
Punkt wyjścia jest bardzo prosty – pracująca, czarnoskóra rodzina z Indiany próbuje ogarnąć codzienność, rachunki i marzenia o trochę lepszym życiu, choć nikt nie dał im do tego instrukcji obsługi. Na czele stoi Bennie Upshaw, mechanik i właściciel małego warsztatu – facet, który jest chodzącym życiowym bałaganem, ale gdzieś pod tym wszystkim naprawdę chce dobrze. Obok niego Regina, żona i matka, która w praktyce ogarnia pół tego domu, próbując jednocześnie zrobić karierę w ochronie zdrowia (a trochę później także w polityce).
W tle jest oczywiście cała reszta rodziny. Nastolatek Bernard Jr., który z ojcem dogaduje się… powiedzmy różnie. Aaliyah w klasycznym wieku „nikt mnie nie rozumie”. Mała Maya, która często rozładowuje rodzinne napięcia samą swoją obecnością. Do tego dochodzi Kelvin – syn Benniego z innego związku, mniej więcej w wieku Aaliyah, którego obecność przypomina, że historia tej rodziny jest trochę bardziej skomplikowana, niż Bennie chciałby przyznać. No i jeszcze Lucretia – siostra Reginy. Bogatsza, bardziej ogarnięta i regularnie wbijająca Bennie’emu szpile. Teoretycznie stoi z boku, ale w praktyce i tak cały czas krąży wokół tej rodziny.
Serial jest bardzo epizodyczny. Każdy odcinek bierze na warsztat jakiś fragment codzienności – problemy w pracy, kłótnie małżeńskie, dziecięce dramaty, stres o pieniądze czy marzenia o lepszej przyszłości. Z czasem pojawiają się też poważniejsze tematy, jak zdrowie psychiczne czy rodzinne kryzysy, ale całość zawsze wraca do sitcomowego porządku – napięcie znika, pada żart i można iść dalej. Nie ma tu wielkich fabularnych zwrotów ani spektakularnych finałów. To raczej spokojne, odcinkowe budowanie obrazu rodziny, która trochę się zmienia, trochę dojrzewa, ale serialowo zawsze wraca do punktu wyjścia. Jeśli ktoś szuka wielkiej historii z mocnym finałem, to nie ten adres. Ale jeśli lubicie po prostu wpaść do znajomego domu na kolejną porcję rodzinnych sprzeczek i lekkich dram, **The Upshaws potrafi być całkiem przyjemnym towarzystwem.
Największym atutem The Upshaws od początku jest obsada. Ten serial działa głównie dlatego, że aktorzy potrafią wyciągnąć energię nawet z przeciętnych dialogów. W głównych rolach pojawiają się Mike Epps, Kim Fields, Wanda Sykes, Jermelle Simon, Khali Spraggins, Journey Christine oraz Diamond Lyons.
Mike Epps gra Benniego jako klasycznego sitcomowego ojca – trochę nieogarniętego, trochę cwaniaka i trochę dużego dziecka, które dopiero uczy się dorosłości. Ma dobrą komediową energię i trudno go całkiem nie lubić, nawet gdy bohater po raz kolejny pakuje się w kłopoty. Problem w tym, że scenariusz często każe mu grać wciąż ten sam zestaw reakcji. Kiedy dostaje momenty bardziej emocjonalne, widać, że potrafi zagrać coś więcej. Kim Fields jako Regina jest jednym z najmocniejszych punktów serialu. To postać, która spina rodzinę i często też cały odcinek – zmęczona, ironiczna, ale autentyczna. W jednej scenie potrafi być wyczerpana i poirytowana, a chwilę później rzucić tekstem, który jasno pokazuje, kto naprawdę trzyma ten dom w pionie. Wanda Sykes jako Lucretia odpowiada za większość najostrzejszych żartów. Jej sarkazm i zgryźliwe komentarze są jednym z głównych źródeł humoru, choć czasami można odnieść wrażenie, że scenarzyści korzystają z tego samego zestawu ripost. Kiedy jednak postać dostaje bardziej ludzkie momenty, spod tego cynizmu wychodzi coś dużo ciekawszego. Reszta obsady trzyma solidny, sitcomowy poziom. Jermelle Simon ma kilka dobrych scen w wątku napiętej relacji z ojcem, a młodsi bohaterowie są naturalni i na szczęście nie męczą – co w rodzinnych sitcomach wcale nie jest takie oczywiste. Aktorsko jest tu więc stabilnie, momentami nawet bardzo dobrze, choć to raczej poziom porządnego telewizyjnego grania niż ról, które potem wspomina się latami.
Jeśli mam być szczery, The Upshaws to dla mnie serial z kategorii „odpalam, kiedy potrzebuję czegoś lekkiego”. Ogląda się go w tle – do obiadu, na orbitreku, z połową uwagi na ekranie i połową w telefonie. I w takim trybie sprawdza się całkiem dobrze.
Na początku działa nawet lekki efekt świeżości. Klasyczny sitcom miesza się tu z bardziej współczesnymi tematami – problemy finansowe, napięcia w związku, zdrowie psychiczne czy dorastanie w dzisiejszym świecie. Humor bywa też trochę ostrzejszy niż w typowych telewizyjnych komediach rodzinnych. Z czasem jednak widać sufit tego serialu. Odcinki lecą, bohaterowie przeżywają kolejne drobne kryzysy, ale emocjonalnie wszystko stoi w miejscu. Bywają dobre momenty – szczególnie gdy Bennie i Lucretia wymieniają się złośliwościami albo gdy Regina w końcu traci cierpliwość – i zdarzają się poważniejsze sceny, które na chwilę nadają historii ciężaru. Problem w tym, że serial szybko wraca do bezpiecznego sitcomowego resetu.
Rytm jest bardzo klasyczny: setup, żarty, mały kryzys, poważniejsza rozmowa i powrót do punktu wyjścia. Jeśli ktoś właśnie tego szuka, będzie zadowolony. Ja po kilku odcinkach miałem już wrażenie lekkiej serialowej waty. W tle ogląda się to sympatycznie – nie irytuje, ale też raczej nie wciąga na tyle, żeby odłożyć telefon.
Na plus na pewno działa obsada. To głównie Bennie, Regina i Lucretia niosą The Upshaws przez większość odcinków. Między nimi jest chemia, a ich sprzeczki i docinki potrafią być naprawdę zabawne, nawet gdy scenariusz zaczyna się powtarzać. Dobrze wypada też samo tło historii. Upshawowie to zwykła pracująca rodzina – rachunki, zmęczenie pracą, stres o pieniądze i próba ogarnięcia codzienności. Ten przyziemny klimat działa na korzyść serialu. Ciekawiej robi się też wtedy, gdy historia zahacza o poważniejsze tematy, jak zmęczenie Reginy czy kwestie zdrowia psychicznego.
Z drugiej strony szybko widać powtarzalność. Schemat odcinków jest bardzo podobny: Bennie coś zawala, Regina jest zmęczona, Lucretia rzuca złośliwy komentarz, ktoś z dzieci ma dramat i na końcu wszystko wraca do normy. Humor też bywa nierówny – czasem trafia się naprawdę dobry tekst, ale czasem żarty lecą już po bardzo bezpiecznej linii. Im dalej w sezony, tym bardziej czuć też zmęczenie formułą. Serial doczekał się aż pięciu sezonów i momentami widać, że twórcy po prostu próbują jeszcze trochę pociągnąć tę historię.
Ostatecznie The Upshaws to po prostu lekki sitcom do oglądania bez większego skupienia. W tle sprawdza się całkiem dobrze, ale raczej nie jest to serial, który zostaje w głowie na długo. 5/10 do oglądania w tle lub cardio na siłowni.














