Na Włóczykija: Melodię Doliny Muminków trafiłem totalnie przypadkiem podczas przeglądania promocji i pomyślałem sobie: dobra, sprawdzę. To już przecież żadna nowość, internet dawno temat przemielił i poszedł dalej, ale miałem trochę wolnego czasu i zwyczajnie zaciekawiło mnie, jak dziś wygląda produkcja ewidentnie robiona głównie z myślą o młodszych graczach. Zwłaszcza że Muminki to marka, wobec której trudno mi przejść całkowicie obojętnie. Mam z tym światem mnóstwo dobrych wspomnień z dzieciństwa – czy to związanych z książkami, czy z serialem oglądanym kiedyś w niedzielnej Wieczorynce.
Plan był prosty: godzinka przed snem, szybkie sprawdzenie klimatu i wracam do swoich rzeczy. Kilka godzin później siedziałem już z zimną herbatą obok i napisami końcowymi lecącymi na ekranie. I szczerze? Włóczykij: Melodia Doliny Muminków bardzo szybko pokazał, że doskonale rozumie, czym chce być.
Całość zaczyna się od powrotu Włóczykija do Doliny Muminków po kolejnej włóczędze. Problem w tym, że podczas jego nieobecności ktoś uznał, że naturę najlepiej zamknąć za płotem, obudować zakazami i pilnować jej przy pomocy strażników. W efekcie dolina została wypełniona dziwnymi parkami, regulaminami i sztucznie narzuconym porządkiem. Bardzo szybko czuć, że coś tutaj kompletnie nie pasuje. Naszym zadaniem jest więc stopniowe przywracanie równowagi – rozwalanie tych wszystkich absurdalnych konstrukcji, pomaganie mieszkańcom i odkrywanie, co właściwie wydarzyło się podczas nieobecności Włóczykija.
I warto od razu zaznaczyć jedną rzecz: to nie jest gra akcji. Nie ma tutaj klasycznej walki, widowiskowych starć ani kombinowania pod refleks. Całość opiera się przede wszystkim na eksploracji, prostych zagadkach środowiskowych, lekkim skradaniu i muzyce.
Świat gry przypomina interaktywną książkę Tove Jansson. Nie dostajemy ogromnej mapy zasypanej aktywnościami, tylko kilka większych obszarów Doliny Muminków, do których wracamy wraz z odblokowywaniem nowych ścieżek i umiejętności. Wszystko jest niewielkie, spokojne i bardzo kameralne – chociaż biegania w tę i we wtę jest tu co nie miara.
I właśnie ten klimat robi tutaj największą robotę.
Włóczykij: Melodia Doliny Muminków to jedna z tych gier, które praktycznie od pierwszych minut zmuszają do zwolnienia tempa. Nie ma tutaj miejsca na pośpiech czy obsesyjne czyszczenie mapy. To bardziej spacer przez świat, w którym co chwilę zatrzymujesz się, żeby z kimś porozmawiać, zagrać melodię, rozwiązać prostą zagadkę albo po prostu chwilę popatrzeć na otoczenie. Dawno nie grałem w produkcję, która byłaby aż tak spokojna i jednocześnie kompletnie się tego nie wstydziła.
Sama rozgrywka jest bardzo prosta, ale mam wrażenie, że twórcy dokładnie wiedzieli, dla kogo robią tę grę. Ścieżki są czytelne, zagadki logiczne, a interaktywne elementy zazwyczaj wyraźnie zaznaczone. Nie ma tutaj momentów, w których przez godzinę zastanawiasz się, co właściwie trzeba zrobić. I wbrew pozorom nie mówię tego jako wady. Jasne, jako dorosły gracz raczej nie będziesz zachwycony poziomem wyzwania, ale dzięki temu całość działa świetnie jako taki growy comfort food. Odpalasz, siadasz wygodnie i po prostu chłoniesz atmosferę.
Dużą rolę odgrywa tutaj muzyka, która jest właściwie sercem całej mechaniki. Włóczykij korzysta z harmonijki i innych instrumentów nie tylko dla klimatu, ale też jako normalnego narzędzia rozgrywki. Jedne melodie uspokajają zwierzęta, inne wpływają na otoczenie, a jeszcze inne pomagają odwracać uwagę strażników albo otwierać nowe przejścia. Z czasem zdobywamy kolejne muzyczne umiejętności i rozwijamy swój repertuar. To wszystko jest bardzo proste, ale działa zaskakująco dobrze.
Pojawiają się też fragmenty skradankowe, choć bardziej pasowałoby określenie „skradanie dla ludzi, którzy nie lubią skradanek”. Strażnicy poruszają się przewidywalnie, reagują dość wolno, a złapanie zwykle kończy się szybkim powrotem do checkpointu bez większej kary. W praktyce traktuje się ich bardziej jak element zagadki niż realne zagrożenie. I znowu – dla dzieci to idealny poziom napięcia. Coś się dzieje, trzeba uważać, ale jednocześnie gra praktycznie nigdy nie frustruje.


Narracyjnie całość bardzo dobrze oddaje ducha klasycznych Muminków. Jest trochę melancholii, trochę dziwności, sporo ciepła i wyraźny motyw natury, która nie chce być zamykana w regulaminach i płotach. Nie dostajemy tutaj wielkich plot twistów ani dramatycznych scen rodem z blockbusterów. To bardziej baśniowa historia o przywracaniu równowagi i odzyskiwaniu czegoś, co zostało zepsute przez nadmierną potrzebę kontroli. Dialogi są krótkie, ale dobrze napisane. Postaci bardzo szybko da się rozpoznać po kilku zdaniach i nawet jeśli ktoś zna Muminki bardziej z memów niż książek, bez problemu wyłapie charakter każdego bohatera. Tempo fabuły pozostaje spokojne praktycznie przez całą grę. Nikt nas tutaj nie pogania, nie ma liczników czasu ani presji ciągłego biegu do kolejnego celu. I właśnie dzięki temu ten tytuł tak dobrze sprawdza się wieczorem. To jedna z tych produkcji, które bardziej wyciszają, niż pobudzają.
Oczywiście takie tempo ma też swoje minusy.
Pod koniec zacząłem już lekko odczuwać powtarzalność schematu: nowy fragment doliny, kolejny park do rozwalenia, mieszkaniec z problemem, zagadka i następny obszar. Dla dzieci będzie to raczej zaleta, bo daje poczucie znajomego rytmu, ale jako dorosły momentami miałem ochotę na trochę większe mechaniczne zaskoczenie. Nie zmienia to jednak faktu, że sama satysfakcja z porządkowania świata działa naprawdę dobrze. Każdy usunięty znak zakazu, każdy rozwalony płotek i każdy fragment doliny odzyskujący naturalny wygląd daje małe, przyjemne poczucie progresu. Widzisz, jak świat powoli wraca do życia i trudno się do tego nie uśmiechnąć.
Bardzo podobało mi się też to, jak mało frustrująca jest ta gra. Nie ma tutaj nagłych skoków trudności, fatalnych checkpointów ani powtarzania tego samego fragmentu po dziesięć razy. To produkcja zaprojektowana tak, żeby po prostu przyjemnie spędzało się z nią czas.
Od strony technicznej również trudno mi się do czegoś mocno przyczepić. Na PlayStation 5 wszystko działało stabilnie. Nie trafiłem na żadne większe bugi, problemy z kamerą czy dziwne przycinki. Czasy ładowania są krótkie, więc nawet jeśli coś pójdzie nie tak podczas skradania, wracamy do zabawy praktycznie od razu. I szczerze? W obecnych czasach zaczyna to być zaleta sama w sobie. Chociaż, nnie byłbym sobą, gdybym jednak się nie doczepił – czasy ładowania owszem krótkie, ale to że w ogóle coś się ładuje w takiej grze to skandal.
Graficznie całość wygląda dokładnie tak, jak powinna wyglądać cyfrowa wersja Muminków. Kadry przypominają ożywione ilustracje z książek. Kolory są stonowane, lekko przygaszone i bardzo nordyckie w klimacie. Wszystko ma taki melancholijny, jesienny charakter, który świetnie pasuje do tego świata. Postaci wyglądają wiernie względem pierwowzorów, ale jednocześnie nie sprawiają wrażenia sztywnych figurek. Włóczykij spacerujący przez dolinę naprawdę wygląda jak Włóczykij, a nie cosplay wrzucony do gry.
Ogromną robotę robi też muzyka. Soundtrack miesza spokojne, melancholijne motywy z bardziej ambientowymi brzmieniami i idealnie buduje atmosferę eksploracji. Słychać tutaj nordycki klimat praktycznie cały czas. Do tego część utworów przygotował Sigur Rós i naprawdę da się to wyczuć. Ta muzyka nie próbuje być nachalna. Ona bardziej delikatnie prowadzi cię przez świat.
Bardzo dobrze wypadają też same dźwięki instrumentów Włóczykija. Po kilku godzinach automatycznie kojarzysz konkretne melodie z reakcjami świata i daje to surprisingly dużo satysfakcji. Zwłaszcza gdy obok siedzi dziecko. I właśnie tutaj dochodzimy do najważniejszego pytania: dla kogo właściwie jest ta gra?
Moim zdaniem przede wszystkim dla dzieci i ludzi, którzy zwyczajnie lubią Muminki. Jeśli masz w domu młodego fana tego świata, Włóczykij: Melodia Doliny Muminków może okazać się strzałem w dziesiątkę. To bardzo spokojna, bezpieczna i czytelna przygoda, która nie wrzuca dziecka w ścianę frustracji co dwadzieścia minut. A jednocześnie nie traktuje młodszego gracza jak idioty. Dorosły również może się tutaj dobrze bawić, ale raczej pod warunkiem, że wie, na co się pisze. To nie jest gra na sto godzin, wielki sandbox ani produkcja pełna gameplayowych fajerwerków. To bardziej interaktywna bajka na jeden albo dwa spokojne wieczory.
I właśnie w tej roli sprawdza się najlepiej.
Czy więc warto? Moim zdaniem tak, ale pod konkretnymi warunkami. Jako dorosły gracz bawiłem się dobrze i absolutnie nie żałuję czasu spędzonego z tą produkcją, ale jednocześnie mam pełną świadomość, że nie jest to żadne wielkie objawienie. To po prostu bardzo uczciwa, spokojna i dobrze zrobiona gra, która doskonale rozumie swoją grupę docelową.
Nie próbuje być czymś więcej. I chyba właśnie dlatego działa.














