Pszczoła jaka jest każdy widzi – mała, latająca, w paski. To również jeden z najbardziej potrzebnych, pracowitych i przyzwoitych owadów na ziemi. Prawda jest taka, że bez pszczół nie byłoby kwiatów, a być może również i nas. Dlatego niesamowicie się cieszę, że mamy wreszcie okazję poznać ją od… larwy. A to za sprawą Symulatora Pszczoły wydanego jakiś czas temu przez CDP – Dystrybucja. Samo słowo „symulator” jest tu może niestety odrobinę na wyrost, ale jeśli przymkniemy na to oko to… no właśnie! Już teraz zapraszam do recenzji, która powstała dzięki wersji na Playstation 4. Gra dostępna jest również na PC, XONE oraz Switch.

Fabuła „Bee Simulator” nie jest przesadnie rozbudowana, ale wita nas fantastycznym intrem opowiadającym o… pszczołach, w dodatku ożywionych obrazów olejnych. Całość jest dość porządnie spolszczona, a w roli lektora wystąpiła… moja koleżanka. Jakiż ten świat mały, prawda? Historia wita nas w jajeczku z którego dość szybko się wykluwamy – poznajemy nasza pszczelą królową, podstawy lotu i wszystkie aspekty bycia pszczołą. W międzyczasie wykonujemy rozmaite misje – tak fabularne jak i dodatkowe. I to właściwie tyle.

Życie pszczoły to zbieranie pyłku (kilka typów rzadkości), wyścigi z innymi pszczołami, walka z przeciwnikami (pająki) i obrona ula. Jest i prowadzenie rozmów z innymi pszczołami, ale prawdę mówiąc dość niewiele z nich wynika – ot albo coś nam dogadają albo lekko pchną akcję do przodu – lekko, bo większość NPC dostępnych na planszy bardziej zajmuje się sobą niż nami – przez co w pewnym momencie nie miałem pojęcia dokąd lecieć. Na początek bardzo ważna kwestia – nie wiem co rozumiecie poprzez słowo „symulator”, ale Bee Simulator to raczej przygotówka dla najmłodszych niż faktyczna próba odwzorowania pszczelego życia. Samo udźwiękowienie jak i gameplay (latanie, typy zadań, drobne aktywności) wprost sugerują, że to miła, baśniowa opowieść o pszczole, ulu w którym mieszka i codziennych obowiązkach – w dodatku co i rusz przeplatana encyklopedycznymi informacjami w temacie tych uroczych owadów. Niby w grze robimy wszystko to co powinniśmy robić (jako pszczoła), ale odczucie jest takie, że to przygoda, a nie symulacja. Same zadania nie są specjalnie ciekawe, i chociaż początkowo mocno mnie intrygowały, tak coraz dalsze loty i poznawanie świata skutecznie ostudziło moje emocje. To trochę słabo, zwłaszcza, że ukończenie trybu fabularnego to zaledwie 2-3h, ale mogę to sobie wyjaśnić tym, że absolutnie nie jestem grupą docelową tego typu produkcji.

Sam gameplay jest bardzo przyzwoity i młodszemu dziecku z pewnością przypadnie do gustu. Latamy po dużych przestrzeniach, spotykamy rozmaite owady z którymi prowadzimy konwersacje i wykonujemy zadania. Raz pszczółka nie chce nam nic powiedzieć dopóki nie pokonamy jej w wyścigu, a później spotykamy inną, która utknęła w pajęczynie złego pająka. Tereny po których latamy są zadziwiająco duże i ciekawie zaprojektowane. Budki, domy, place zabaw. Dookoła krzątają się również ludzie, którzy jednak… generalnie są dość przerażający. Większość stoi gdzieś przy ścieżkach i ze sobą rozmawia – chociaż to dużo powiedziane, bo ich głosy to niewyraźny bełkot z którego nic nie wynika, a który znacząco psuje przyjemność z sielankowej zabawy. Ludzie oraz to co z siebie wydają to największy minus tej naprawdę przyjemnej gry. Moim zdaniem niektóre zadania są również za trudne, jestem graczem od kilku dekad, a nie mogłem sobie poradzić w wyścigach pszczół w których trzeba przelatywać przez kolorowe obręcze, a najlepiej jeszcze nie tracić pędu. Przypomniała mi się sesja z Supermanem 64 – jedną z najgorszych gier świata.

Grafika jest nierówna. Główna bohaterka wygląda z bliska naprawdę konkretnie. Jej futro jest ładne i puszyste, a ruch skrzydełek hipnotyzuje. Niektóre elementy otoczenia również wyglądają bardzo fajnie, szczególnie budynki, place zabaw, płoty czy drzewa. Cały plan ogrodu został oparty podobno na pomyśle „Central Parku” i faktycznie jest gdzie polatać, w dodatku wszystkie elementy przyrody wyglądają pięknie, bardzo puchato i żywo. Niestety im bliżej tym gorzej – wiele obiektów łamie się, gdy przez nie przelatujemy (mam tu na myśli np. przenikanie kamery w tunelu) co wygląda koszmarnie, zwierzęta czy ludzie, którzy spacerują sobie po parku również do najpiękniejszych nie należą – same obiekty którymi są nie wydają się może ultra brzydkimi, ale ich drewniane ruchy czy martwe spojrzenia nie zachęcają do dalszej zabawy. A muszę przypomnieć, że jesteśmy malutkim owadem, więc wszystko na planszy jest kilkadziesiąt razy większe od nas – świat aż prosi się o większą szczegółowość.

Bee Simulator to prosta mechanika, bardzo dobre udźwiękowienie (świetny dubbing!), mało symulatora, krótki czas zabawy, bardzo fajna encyklopedia i odrobinę zbyt trudne misje wyścigowe. Symulator pszczoły jako gra przygodowa dla najmłodszych sprawdza się jednak co najmniej przyzwoicie – brak przemocy, delikatny język, wdzięczny temat. Wiem jednak, ze gracze oczekiwali czegoś innego, chociaż tak naprawdę trudno mi zrozumieć czego. Jeśli macie młodsze rodzeństwo lub dzieci w wieku powyżej 6 lat – nie zastanawiajcie się ani chwili – zwłaszcza, że grę stworzyli Polacy.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Skomentuj tekst: (komentarze są moderowane - pojawią się po zatwierdzeniu)