1. Cześć witajcie! Jakiś czas temu napisałem recenzję Waszej sztuki „Nazywam się tak a tak„, natomiast dziś przeprowadzam wywiad z Wami czyli Teatro Comunale’ale – Tomkiem Solichem i Joanną Turkowską. Kim jesteście?

J.T: Jesteśmy formą twórczą, proponujemy działania w obrębie teatru i kształcenia aktorskiego, przyszłościowo planujemy również nakręcić film według własnego scenariusza.

T.S: Jesteśmy przede wszystkim aktorami – poza tym w CV wpisujemy : anglista, tłumacz jęz angielskiego i pedagog terapeuta, lektor – zgodnie z papierkami które trzymamy w szufladzie. No i samozwańczymi reżyserami.

2. Jaka jest idea tworzenia czegoś własnego, czemu nie u innych?

T.S: Bo dobrze jest organizować sobie własne przygody, robić coś swojego. Coś za co bierze się całkowitą odpowiedzialność. Oczywiście wielokrotnie byliśmy „ludźmi do wynajęcia” i zdarzało się, że były to bardzo inspirujące i ciekawe spotkania. Z drugiej strony moje doświadczenie pokazuje, że czasem idea, jak powiedziałeś „czegoś własnego” umiera- gwałtownie lub śmiercią naturalną. Tym razem zakładamy, że będzie inaczej. Hop Hop Przygodo.

J.T: Wspaniale jest współpracować z innymi osobami jednak na ogół tylko proponując coś samemu jesteśmy w stanie zmierzyć się z tematem, który nas interesuje i wykorzystać potencjał wielu lat edukacji, poszukiwań twórczych.

teatro comunal'ale

Pełny skład Teatro Comunale’ale – Tomek Solich, Joanna Turkowska

3. Skąd taka nazwa teatru? Ma własną historię?

J.T: Zastanawialiśmy się nad nazwą, która w jakiś sposób będzie zawierała w sobie wszystko to czym chcielibyśmy się zająć. Teatro Comunale to po włosku teatr miejski. Pomyśleliśmy, że słowa te ładnie brzmią, są też czytelne w wielu językach a przecież planujemy pracę nad spektaklami w języku angielskim i mamy nadzieję, wyjazdy na festiwale za granicą.

T.S: Hasło Teatro Comunale’ale pojawiło się spontanicznie. Pojawiło się i zostało. Po prostu. Lubię element ” ‚ale”- bo: Teatro…. a przecież chcemy robić i teatr i film… Comunale -czyli miejski… a przecież chcemy grać także poza miastem, poza dużymi ośrodkami-chcemy dotrzeć dalej… w końcu włosko brzmiąca nazwa.. a przecież chcemy grać i po polsku i po angielsku i po czesku. Znaczy, ja chcę po czesku;-)

4. Wasza sztuka „Nazywam się tak a tak” jest bardzo osobista i muszę to otwarcie przyznać – bardzo poruszająca. Jak wyglądał proces przygotowywania się do niej? Tworzenia choreografii?

J.T: Pracowaliśmy kilka miesięcy nad tekstem i ruchem. Mieliśmy ogromne szczęście współpracować z Karoliną Kroczak, rewelacyjną tancerką i choreografem. Karolina przeprowadziła z nami trening ciała w obrębie teatru fizycznego i mogę śmiało stwierdzić, że było to jedno z najciekawszych doświadczeń w moim życiu. Spotykaliśmy się z nią regularnie przez około dwa miesiące i uczyliśmy się świadomości ciała, pracy z partnerem, gestu.. To bezcenne spotkania, które rozwinęły mnie jako aktora i trenera aktorstwa. Tekst opanowywaliśmy etapami i próbowaliśmy zaatakować go na różne sposoby gdyż sztuka daje pole do różnorodnych interpretacji. W szczególności chcieliśmy zmierzyć się z formą gdyż do tej pory pracowaliśmy głównie w sztukach i filmach realistycznych, wykorzystując trening metodyczny.

T.S: Umówmy się… o ile decyzja o tym, iż spróbujemy rozgryźć ten tekst używając środków formalnych zapadła dosyć szybko ( tu świetnie sprawdziły się elementy dodane przez naszych przyjaciół – scenografia Arka Ruchomskiego, światło Michała Tomkiewicza i muzyka duetu d’jeżewski), o tyle pomysł aby wpleść w całość elementy z pogranicza teatru fizycznego i teatru tańca był przeze mnie bojkotowany. Oczywiście dlatego, że nie czułem się bezpiecznie. Miałem wrażenie, że liźnięcie tematu spowoduje, że otrzemy się o pastisz, a na to nie było miejsca w naszej wizji całości. Tymczasem Karolina pokazała nam, że „prawda w ciele” nawet nieporadna może mieć jakość. Po prostu trzeba było wziąć się do ciężkiej roboty. Jestem zadowolony z efektu. Kolejny raz przekonałem się, że warto przekraczać granice, które sami sobie narzucamy.

5. Jak rozumiem wszystko oparte jest o Wasze osobiste doświadczenia, nie jest to zbyt intymne? Pytam o to, bo chociaż „gdzieś już to widzieliśmy” czyli właściwie w każdym związku, którego byliśmy częścią, to chyba trudno się o tym mówi? Nie mieliście problemów z przelaniem słów papierowych na te wypowiedziane głośno?

J.T: Jak najbardziej, trafił Pan w sedno. Praca nad sztuką to trudny proces i często trudno było oddzielić życie codzienne od pracy, szczególnie, że mówimy tu o rzeczach tak bliskich człowiekowi jak miłość, seks, zdrada, niespełnienie, walka o władzę, dominacja… Przyznam, że bywały momenty, że myślałam o zerwaniu projektu i ucieczce gdzieś daleko, najlepiej na inną planetę. Jednak paradoksalnie wszystko to pogłębiło więź między nami jako ludźmi i twórcami i dało nam przekonanie, że razem możemy stworzyć coś od początku do końca, że jesteśmy silni i tworzymy perfekcyjny duet twórczy.

T.S: Praca nad spektaklem w spektakularny sposób była zrywana co najmniej kilka razy;-) Obiecaliśmy sobie, że w najbliższym czasie nie powtórzymy konfiguracji: obsada i reżyseria-Asia i Tomek. Wracając do pytania o intymność i osobiste doświadczenie… na scenie zobaczył Pan dwoje ludzi, którzy „nazywają się tak a tak”- jeśli miał Pan wrażenie, że wkroczył w ich intymny świat, to bardzo się z tego powodu cieszymy. To duży komplement.

6. Jak odebrali to widzowie? Oglądałem Was na scenie i byłem pozytywnie zaskoczony. A inni?

J.T: Cieszymy się gdyż na ogół spotykamy się z bardzo pozytywnym przyjęciem sztuki i naszego warsztatu aktorskiego. Myślę, że związane jest to z faktem, że podeszliśmy do tematu uczciwie i oddaliśmy temu projektowi serce. Nie bez znaczenia jest fakt, że mówimy tu o tak podstawowych sprawach jak uczucia i dynamika w związkach więc wiele osób, w szczególności tych dojrzałych i „po przejściach” może odnieść poruszane tu tematy do własnego życia.

T.S: Ja lubię reakcje przyjaciół i znajomych, którzy znają nas z innych odsłon i kompletnie nie spodziewali się tego co zobaczyli. Jest drużyna tych, którzy są zachwyceni i drużyna tych, których spektakle tego typu nie porywają- zdrowa proporcja.

Joanna Turkowska – kobieca część Teatro Comunale’ale

7. Jakie jest Wasze teatralne marzenie? Czy jest to przeniesienie „Nazywam się tak a tak” na deski jakiegoś większego teatru, teatr prywatny czy może dostanie się dzięki Waszej sztuce do jakiejś innej obsady?

T.S: Jedno drugiego nie wyklucza. Teraz jest czas na realizację swoich pomysłów. Mamy siebie i grupę kolegów którzy chcą z nami „skakać na główkę”. Inspirujemy się nawzajem, chcemy szukać i mierzyć się z nowymi wyzwaniami. Jesteśmy pewni, że nie wolno czekać z założonymi rękami. Kto wie co fajnego się wydarzy, w jakim kierunku ta przygoda nas poprowadzi? Jesteśmy otwarci na nowe spotkania i wyzwania, które miałyby się z tym wiązać.

J.T: Chcielibyśmy, jak większość artystów, mieć możliwość rozwijania własnych projektów i współpracy z osobami, z którymi możemy rozwinąć warsztat i zrealizować pomysły, które siedzą nam w głowach.

8. Zawsze uważałem, że widz jest oporny na kulturę wyższą i ciężko go czymś zainteresować. Co o tym sądzicie, ludzie oczekują coraz to nowych przedstawień? Są chętni na prawdziwe emocje?

J.T: Chciałabym żeby tak było. Żeby ludziom zależało na poznawaniu teatru, filmów niezależnych, muzyki… Mamy świadomość, że tak nie jest. W dzisiejszych czasach łatwiej jest zasiąść przed telewizorem niż wybrać się do teatru czy do kina. Wierzę jednak, że nie należy się tym zniechęcać gdyż w przeciwnym razie pozostaną nam jedynie reality show, sitcomy i disco polo a przecież warto proponować coś innego, może bardziej wymagającego… Sądzę, że są osoby dla których takie działania są ważne i dla nich właśnie chcemy tworzyć.

T.S: Na naszym przykładzie widać jak trudno przebić się do powiedzmy-warszawskiego-widza. Sprawdziłem. Któregoś dnia kiedy graliśmy spektakl, na warszawskich scenach grano 23 przedstawienia. Biorąc pod uwagę fakt, że graliśmy na scenie klubowej i fakt, że nie posiadamy machiny promującej a mimo to mamy widownię, to i tak osiągamy swój mały sukces. Z moich obserwacji i rozmów, które przeprowadzam, wynika, że poza tzw. dużymi ośrodkami jest ogromny głód i zapotrzebowanie na sztukę. Widzowie z mniejszych miejscowości, z przyjemnością wyłączą telewizor jeśli tylko pojawi się alternatywa. Chętnie pokonkurujemy ze „skokami do wody” – choć my przecież też „skaczemy na główkę”.

Tomek Solich

Tomek Solich – męska część Teatro Comunale’ale

9. Co jest w wystawianiu własnych pomysłów, projektów najpiękniejsze?

J.T: Dla mnie jest to pokonywanie swoich granic, zetknięcie z nowymi tematami, badanie siebie w kontekście pracy z partnerem, łączenie różnych elementów w jedną całość. Definiuję siebie poprzez aktorstwo i taniec zatem wszystko co robię na scenie jest mną: praca nad monologiem, relacja z partnerami, praca z ciałem.. Wszystko to jest ważne i piękne.

T.S: To co jest najpiękniejsze -średnio co 3 dni jest najbardziej wkurzające- i tak w kółko. Ważne żeby bilans był dodatni. Wtedy pojawia się poczucie satysfakcji.

10. To teraz wypada zapytać co jest najgorsze, najmniej przyjemne i wkurzające?

T.S: Właśnie ten „co trzeci dzień”- kiedy dopada nas frustracja. Na szczęście w międzyczasie jest więcej chwil kiedy wiemy, że jest się o co bić.

J.T: Najbardziej nie lubię spraw organizacyjnych, poszukiwania sali prób, ustaleń finansowych itd. To wszystko odbiera mi często chęć do jakichkolwiek działań twórczych. Wszystkim tutaj zajęliśmy się sami: od znalezienia naprawdę fantastycznych artystów, poprzez wynajem sal na próby, kostiumy itp. W teatrze repertuarowym aktor skupia się na swojej roli a sztab ludzi pracuje na efekt końcowy spektaklu. Tutaj reżyserowaliśmy sami, współtworzyliśmy projekt scenografii, decydowaliśmy o muzyce, elementach ruchowych, konfigurowaliśmy grafiki prób w zależności od dostępności sali, zajętości choreografa itd. Było to bardzo męczące i nieraz odbierało chęć do realizacji projektu.

11. Każde z Was najpewniej wiele przeżyło. Jakie niosą Was myśli kiedy stoicie na scenie? Co wtedy czujecie?

J.T: Ja skupiam się na zadaniu: to jest przeprowadzeniu mojej postaci od początku do końca przez meandry zdarzeń. W tym wszystkim chodzi o to żeby pozostać cały czas w energii, precyzyjnie wykonać przejścia choreograficzne, wyrazić całe spektrum przeżyć postaci i zadbać o partnera. Nie zawsze przebieg spektaklu jest identyczny bo przecież efekt końcowy to wypadkowa wielu czynników: przygotowanie, co wnosimy do sztuki danego dnia, energia publiczności.. Są to wartości zmienne zatem za każdym razem odcień emocjonalny całości jest trochę inny.

T.S: Poza tym, że mam dziką przyjemność grania z Asią? Na scenie czuje i myśli ten, który „nazywa się tak a tak”. Co ja wtedy czuję?-czuję, że jestem we właściwym miejscu.

12. Jesteście jako Teatro Comunale’ale pełni idei i chęci do działania, przymierzacie się do czegoś następnego czy nadal jesteście skupieni na promocji i wystawianiu „Nazywam się tak a tak”? Jeśli tak, to jak będzie wyglądała najbliższa przyszłość i życie projektu?

J.T Pracujemy nad angielską wersją sztuki i rozpoczęliśmy próby do kolejnej, w której gram a Tomek reżyseruje…

T.S …ale to na razie tajemnica. Póki co „Nazywam się tak a tak” czeka na bilety wstępu na Festiwale i Przeglądy, dostaliśmy zielone światło ze strony sceny naszego ukochanego Klubu Chwila – więc będziemy grali w Warszawie i prowadzimy rozmowy w sprawie trasy po Polsce ,którą planujemy na jesień.
Biorąc pod uwagę to, iż na co dzień pracujemy ze studentami, prowadzimy warsztaty i szkolenia – chciałoby się powiedzieć, że najbliższa wymarzona przyszłość to… 3 dni wolnego.

13. Chcecie w jakiś sposób zaprosić moich czytelników do śledzenia Waszych osiągnięć? Teraz jest na to czas

J.T: Serdecznie zapraszamy wszystkich na nasz spektakl. Wszelkie terminy i ważne sprawy znajdą się w pierwszej kolejności na naszym profilu Facebookowym, na który zapraszamy.

T.S: Serdecznie.

14. Dziękuję pięknie za rozmowę, mam nadzieję, że będzie mi dane zobaczyć jeszcze wiele Waszych projektów.

J.T: To my dziękujemy, było nam bardzo miło.

T.S: Proszę trzymać kciuki, mamy zamiar zrobić jeszcze trochę zamieszania.

11229531_10204208078146818_126460460_o

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Skomentuj tekst: (komentarze są moderowane - pojawią się po zatwierdzeniu)