Skip to main content

Są gry, które od pierwszych minut pokazują swój potencjał. Są też takie, przy których niemal od razu czujesz, że twórcy mieli ciekawy pomysł, ale gdzieś po drodze coś poszło nie tak. Niestety, Wreckreation należy właśnie do tej drugiej grupy.

Już po około dwóch godzinach spędzonych z wersją na PlayStation 5 wiedziałem, że to nie będzie tytuł dla mnie. I nie dlatego, że nie lubię arcade’owych wyścigów. Wręcz przeciwnie. Lubię gry, które pozwalają bezmyślnie wciskać gaz, rozbijać samochody i po prostu dobrze się bawić. Tutaj jednak tej frajdy bardzo szybko zaczęło brakować.

Założenia Wreckreation brzmią naprawdę świetnie. Dostajemy ogromny otwarty świat, po którym możemy swobodnie jeździć, brać udział w wyścigach, wykonywać różnego rodzaju wyzwania, a przede wszystkim… budować własne trasy. Rampy, pętle, mosty, gigantyczne skocznie czy kompletnie absurdalne konstrukcje można stawiać praktycznie w dowolnym miejscu mapy, a później udostępniać je innym graczom. Do tego dochodzi kampania z dziesiątkami wydarzeń, swobodna eksploracja, tryb sieciowy oraz rankingi zachęcające do rywalizacji o najlepsze wyniki. Twórcy przygotowali także rozbudowane opcje personalizacji samochodów, możliwość zmiany pogody, pory dnia czy natężenia ruchu. Wszystko po to, aby MixWorld stał się miejscem, do którego chce się wracać i tworzyć kolejne zwariowane wyzwania.

Moje oczekiwania były tym większe, że za Wreckreation odpowiadają byli twórcy serii Burnout Paradise, którzy po odejściu z Criterion Games i Electronic Arts założyli własne studio. To nazwiska, które przez lata udowodniły, że potrafią robić świetne arcade’owe wyścigi. Trudno więc było nie liczyć na to, że ponownie uda im się stworzyć coś wyjątkowego.

Pierwsze materiały tylko podsycały ten optymizm. Otwarty świat, swobodna jazda, efektowne kraksy i możliwość tworzenia własnych tras sprawiały wrażenie naturalnego rozwinięcia pomysłów, z których seria Burnout słynęła przed laty. Wreckreation nie miał być kopią tamtych gier, ale zdecydowanie próbował trafić do tej samej grupy odbiorców.

I właśnie dlatego rozczarowanie boli jeszcze bardziej. Na papierze wszystko wyglądało jak przepis na świetną grę arcade. Niestety, bardzo szybko okazało się, że dobry pomysł to dopiero początek, a z jego realizacją twórcy poradzili sobie znacznie gorzej.

Niestety, kiedy mija pierwszy zachwyt nad samym pomysłem, bardzo szybko zaczynają wychodzić na jaw problemy. I jest ich na tyle dużo, że trudno przejść obok nich obojętnie.

Pierwszym z nich jest tempo rozgrywki. Zamiast po prostu wskoczyć do kolejnego wyścigu i czerpać frajdę z jazdy, często trzeba przeklikiwać się przez interfejs, szukać aktywności albo zastanawiać się, gdzie właściwie gra chce nas wysłać. Sam świat jest ogromny, ale momentami sprawia wrażenie, jakby twórcy zapomnieli odpowiednio poprowadzić gracza. Nie chodzi o to, żeby prowadzić za rękę, ale żeby wszystko było intuicyjne. Tutaj tego zabrakło. Na papierze wydaje się to drobiazgiem, jednak w praktyce skutecznie wybija z rytmu. Zamiast kończyć jeden wyścig i z marszu wskakiwać do następnego, co chwilę trafiamy na niepotrzebne przestoje. A właśnie płynność jest w takich grach kluczowa. To produkcja, która powinna zachęcać do powiedzenia sobie „jeszcze jeden wyścig”, tymczasem kilka razy łapałem się na tym, że odkładałem pada nie dlatego, że byłem zmęczony, ale zwyczajnie znudzony.

Podobne odczucia miałem podczas samej jazdy. Model prowadzenia samochodów nie jest zły, ale trudno nazwać go czymś wyjątkowym. To klasyczne arcade – auta reagują przewidywalnie, nie wymagają większych umiejętności, a model zniszczeń potrafi wyglądać całkiem efektownie. Blacha się gnie, elementy karoserii odpadają, a większe kraksy potrafią wyglądać widowiskowo. Problem w tym, że za pseudo efektownymi zderzeniami nie idzie odpowiednia satysfakcja z prowadzenia. Brakuje poczucia prędkości, samochody sprawiają wrażenie zaskakująco ociężałych, a kolejne wyścigi zaczynają zlewać się w jedną całość. Nie miałem tego uczucia, które towarzyszyło mi choćby podczas gry w Burnouta, kiedy każda kraksa i każdy udany manewr wywoływały szeroki uśmiech. Tutaj emocji jest zdecydowanie mniej, przez co nawet efektowne skoki czy rozbijanie przeciwników po pewnym czasie przestają robić większe wrażenie.

Szkoda, bo fundament był naprawdę solidny. Gdyby sama jazda dawała więcej frajdy, wiele innych niedociągnięć można byłoby zwyczajnie wybaczyć. Niestety, to właśnie ona powinna być najmocniejszym elementem Wreckreation, a ostatecznie okazała się jedynie poprawna.

Podobnie wygląda kwestia budowania tras. To właśnie ten element miał być największą atrakcją gry, ale interfejs potrafi bardziej przeszkadzać niż pomagać. Kilka razy miałem wrażenie, że więcej czasu spędzam na obracaniu elementów niż na faktycznej zabawie – graliście w jakieś gry ekonomiczne na padzie? Typu wiecie, Planet Coaster? To na pewno zrozumiecie, że wybudowanie czegokolwiek wymaga naprawdę ogromnej ilości samozaparcia.

Mapa robi wrażenie przede wszystkim swoim rozmiarem. Można zjechać z asfaltu, pojechać przez góry, plaże czy bezdroża i praktycznie bez ograniczeń eksplorować kolejne fragmenty świata. Problem w tym, że poza samą wielkością niewiele zostaje w pamięci.

Brakuje charakterystycznych miejsc, ciekawych punktów orientacyjnych czy tras, które po prostu chciałoby się przejechać jeszcze raz. MixWorld sprawia wrażenie ogromnego placu zabaw przygotowanego bardziej pod kreatywność graczy niż klasyczną eksplorację. Sam w sobie nie zachęca do odkrywania kolejnych zakątków, bo po pewnym czasie wszystko zaczyna wyglądać bardzo podobnie.

To uczucie dodatkowo potęguje oprawa graficzna. Jak na współczesną grę wyścigową Wreckreation prezentuje się zwyczajnie przeciętnie. Samochody wyglądają poprawnie, ale otoczenie jest pozbawione charakteru, oświetlenie nie robi większego wrażenia, a całość momentami przypomina produkcję sprzed kilku lat. Zamiast zachwycać widokami, świat staje się jedynie tłem dla kolejnych aktywności.

I właśnie dlatego przez większość czasu miałem wrażenie, że gram bardziej rozbudowanym zestawem narzędzi niż pełnoprawną grą. Twórcy oddali graczom mnóstwo możliwości budowania i eksperymentowania, ale zapomnieli sprawić, żeby sam świat był równie interesujący, nawet wtedy, gdy nie mamy ochoty niczego tworzyć.

Jeszcze gorzej wypada interfejs. Menu wygląda bardzo tanio, zastosowane fonty kompletnie nie pasują do klimatu gry, a cały HUD sprawia wrażenie niedopracowanego. Do tego dochodzi ścieżka dźwiękowa, o której… właściwie zapomniałem. A to chyba najgorsze, co można powiedzieć o muzyce w grze wyścigowej. Czasem gada radio, czasem coś gra, ale przygotowując się do tego tekstu i robiąc „takedowny” dotarło do mnie, że oprócz silnika nic innego nie słyszę.

Żeby jednak nie było wyłącznie narzekania – widać, że twórcy mieli konkretną wizję. Możliwość budowania własnych tras, zmieniania pogody, ustawiania ruchu ulicznego czy personalizacji samochodów daje spore pole do zabawy. Jest też system rankingów i mnóstwo opcji dla osób, które lubią tworzyć własne wyzwania. Podejrzewam, że właśnie tacy gracze będą bawić się tutaj najlepiej. Problem polega na tym, że cała reszta musi najpierw przebić się przez przeciętną oprawę, toporny interfejs i rozgrywkę, która zbyt często gubi własne tempo.

Po dwóch godzinach z Wreckreation miałem przede wszystkim poczucie niewykorzystanego potencjału. To gra z naprawdę ciekawym pomysłem, ale wykonanie nie dorasta do ambicji twórców. Przez większość czasu miałem wrażenie, że obcuję z projektem, który potrzebował jeszcze wielu miesięcy dopracowywania.

Jeżeli lubicie tworzyć własne trasy i spędzać długie godziny na eksperymentowaniu z edytorem, być może znajdziecie tutaj coś dla siebie. Jeżeli jednak szukacie po prostu dobrych, dynamicznych wyścigów, które od pierwszych minut dostarczą masę frajdy, Wreckreation raczej was rozczaruje. Dla mnie to jedna z tych gier, które zapowiadały się znacznie lepiej, niż ostatecznie wypadły. Potencjał był naprawdę spory. Szkoda tylko, że finalnie zabrakło równie dobrego wykonania. To nie jest Burnout, a sama miłość twórców to za mało. Zabrakło czasu i pieniędzy.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply