Zacznijmy recenzję od prostej prawdy – 90% osób, które znam, a które poszły do kina na 50 twarzy Greya zrobiło to „dla beki”. Rok później szum już nieco opadł i głosów „o boże, chodźmy na to, będzie śmiesznie” już nie ma. Dzisiejsza premiera „Greya” to hit skrojony na walentynki – ku uciesze wątłej grupy rozentuzjazmowanych kobiet oraz bólu portfela ich nieszczęśliwych chłopaków. Kto „musi” ten i tak pójdzie, ale czy warto narażać się z własnej woli? Już mówię.

Ciemniejsza strona Greya to opowieść o…. niczym. Jeśli ktoś by mnie poprosił, abym na siłę streścił fabułę w jednym zdaniu, powiedziałbym, że o próbie bycia razem. Niestety jest to próba na poziomie zakochanych w sobie gimnazjalistów. Nie zrozumcie mnie źle, każde uczucie jest piękne, niestety te młode są również dość naiwne. Czym więc uraczy nas najnowszy „Grey”? Przede wszystkim żałosnymi dialogami, które napisane zostały prawdopodobnie przez słabo opłacanych amatorów tanich melodramatów. Tutaj wszystko musi być co najmniej tak wzniosłe jak niepotrzebne. Postacie kłócą się ze sobą o rzeczy błahe, nieistotne i nie zajmujące umysłu absolutnie nikogo przy zdrowych zmysłach. Cały szkielet „Ciemniejszej strony” opiera się na krzyku, złości lub bezradności „jego” i płaczu o byle gówno „jej”. Ja wiem, że jak dowiadujemy się w formie wspomnień „on” był przypalany i bity, ale miał wtedy 4 lata, co on może pamiętać i w jaki sposób tak bardzo to przeżywać mając prawie 30 lat, idealne ciało i miliony na koncie? W gruncie rzeczy film jest przez to opowieścią o dziewczynie, która już dawno powinna uciec i facecie z wiecznym okresem i bólem macicy. Tragizmu dopełnia też to, że aktorsko również jest okropnie, scenariuszowo nie dzieje się nic, nagłe zwroty akcji niespecjalnie podnoszą ciśnienie, za to obsada już tak. Osobiście podczas seansu zastanawiałem się jakiego ptaka przypomina mi Jamie Dornan oraz dlaczego Dakota Johnson wygląda w niektórych scenach jak Maja Ostaszewska? Starałem się w ten sposób odepchnąć myśli o tym, że każda osoba widoczna na ekranie powinna czym prędzej udać się na wieczorowy kurs aktorstwa. Zabawne jest jednak to, że niektórzy z nich grają od lat, a reżyser tworzył chociażby House of Cards czy Hannibala. Jedynym „aktorskim” plusem produkcji jest Rita Ora, która mimo iż zawodową aktorką nie jest, to poradziła sobie naprawdę znakomicie, chciałbym w kinie widywać ją częściej.

„50 twarzy Greya” kontrowersyjne było do tego stopnia, że serwisy internetowe wyliczały długość, jakość i „zboczoność” seksu w nim zawartego. W tej części radosnych zbliżeń dostajemy zdecydowanie więcej, niestety przyznać trzeba, że może są nie tyle prostacko pokazane, co w pewien sposób nieudolnie. Owszem, zawierają sporą ilość nagości, cycki latają swobodnie, gołe tyłki też, niestety to za mało, bo dostajemy tutaj tak kuriozalne sceny jak dochodzenie „Any” w windzie, przy ludziach, ręką Greya, która to ręka wykonuje nie więcej niż 10 ruchów i to nie dłużej niż przez 30 sekund. Seks jest tutaj szybki i perfekcyjny, przez co w ogóle nieprawdziwy, nieprawdopodobny. A niesławne sceny sado-maso? Nie większe niż w zwyczajnym polskim łóżku – jakieś tam pojedyncze klapsy i wiązania. Jeśli poszukać plusów, to mogę jakieś przyznać za odwagę aktorów jeśli chodzi o sceny rozbierane i to, że jest ich zdecydowanie więcej niż w jedynce.

FiftyShadesDarkerpanel

Pozytywna jest na pewno strona techniczna – wszechobecne filtry „Instagrama” i nawet sensowne cięcia sprawiają, że bardzo przyjemnie się „Greya” ogląda – widać tu pieniądze włożone w operatora i obróbkę graficzną, bo tanich barw i kadrów prosto z opery mydlanej na szczęście nie doświadczamy.

Zeszłoroczne 50 twarzy Greya słynęło z rewelacyjnej ścieżki dźwiękowej, dwójka pod tym względem zdecydowanie nie zawodzi. Jestem pewien, że już podczas seansu zapragniecie zaopatrzyć się w fizyczny krążek lub cyfrową kopię – warto powiedzieć, że OST do Fifty Shades Darker zapełniają utwory takich artystów jak Zayn, Taylor Swift, John Legend, Corinne Bailey Rae czy chociażby SIA. Takie ścieżki dźwiękowe, nie bójmy się powiedzieć, że ocierające się o geniusz – powinny wspomagać każdą wielką produkcję, bo są doskonałą sztuczką marketingową na dodatkowe wyciąganie kasy. Ciekawe czemu zwykle dostajemy soundtracki wątłe i nieatrakcyjne? Trudno powiedzieć, ale tego aspektu nie skopali, więc jeśli lubicie mroczniejszy POP – nie czekajcie ani chwili.

Ciemniejsza strona Greya to sequel po najmniejszej linii oporu, w dodatku z wyczuwalnym przekrętem, że jest jedynie mostem do przyszłorocznego finału trylogii. Zakończenie sugeruje, że w „Nowym obliczu Greya” coś będzie się działo, w tej części nie działo się nic, a jeśli już to na krótko i mocno na ślepo. Trudno mi porównać produkcję do książki, ponieważ przeczytałem tylko pierwszą, ale nie chce mi się wierzyć, że była tak bardzo o niczym.

Czy widzę sens w wycieczce do najbliższego kina? Moim zdaniem nie. Film jest prostacki, płytki, pozbawiony większej wartości, w dodatku przedstawiający płaczliwego faceta, który powinien wybrać się na 2-3 sesje do psychologa, a nie rozpowiadać na prawo i lewo o tym, jak głęboko jest zraniony. Znam wiele osób, których spotkało coś gorszego i jakoś nikt w ten sposób nie świruje. Mam nadzieję, że za rok otrzymamy film chociaż trochę ciekawszy i że scenariusza nie napisze Niall Leonard, który to zresztą jest mężem samej autorki tej prostackiej serii, i niestety pod tym względem dobrali się znakomicie – talentu w nich za grosz – chociaż światowego sukcesu gratuluję. Trzeba mieć niezłego farta, aby napisać fanfic do Zmierzchu na swoim Blackberry i żeby ktoś to tak ochoczo wydawał i ekranizował.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Skomentuj tekst: (komentarze są moderowane - pojawią się po zatwierdzeniu)