Skip to main content

Na wstępie małe podziękowania dla wydawcy firmie Focus Entertainment za udostępnienie kodu recenzenckiego – bez tego pewnie MIO trafiłoby na moją listę dopiero za pół roku, a szkoda, bo to zdecydowanie tytuł, o którym warto pogadać już teraz!

Metroidvanie mają to do siebie, że po kilku tytułach z tego gatunku coraz trudniej czymkolwiek zaskoczyć. Większość mechanik jest już dobrze znana, dlatego o jakości gry decydują przede wszystkim detale i wykonanie. MIO: Memories in Orbit nie próbuje na siłę rewolucjonizować gatunku – zamiast tego od pierwszych minut pokazuje, jak wiele można osiągnąć dzięki dopracowanym fundamentom i świetnie zaprojektowanemu światu.

Wcielamy się w małego robota o imieniu Mio, który budzi się na pokładzie ogromnego, opuszczonego statku zwanego Vessel, bez pamięci o tym, kim jest i co właściwie się wydarzyło. Opiekuńcze AI, zwane Perłami, przestały działać, a cała konstrukcja zamieniła się w dziki, wrogi ekosystem pełen roślinności, robactwa i maszyn, które dawno utraciły swoją pierwotną funkcję. Fabuła nie krzyczy – wydarzenia poznajemy głównie poprzez otoczenie, fragmenty zapisów i spotkania z innymi mieszkańcami statku. Jeśli lubicie, gdy historia jest podana wprost, może to być dla Was momentami frustrujące.

Mechanicznie gra trzyma się metroidvaniowego szkieletu – odblokowujemy nowe umiejętności, które otwierają wcześniej niedostępne fragmenty mapy, a samo poruszanie się Mio daje sporo satysfakcji. Szczególnie spodobał mi się hak, pozwalający zaczepiać się o punkty w otoczeniu i wrogów, dzięki czemu eksploracja oraz walka płynnie się ze sobą przeplatają. System modułów, umożliwiający dostosowanie stylu gry do własnych preferencji, przypomina rozwiązanie znane z Hollow Knight i – podobnie jak tam – daje sporo frajdy z eksperymentowania z buildem pod konkretną walkę czy fragment mapy. Jeśli graliście w Ori, poczujecie się tutaj swojsko, choć MIO stawia znacznie mocniej na wymagające starcia niż na płynne prowadzenie za rękę.

I trzeba to jasno powiedzieć – gra jest wymagająca. Naprawdę wymagająca. Potrafi kilka razy z rzędu odesłać nas do checkpointu, zanim złapiemy rytm i w ogóle zrozumiemy co się dzieje. To zdecydowanie nie jest tytuł dla osób szukających relaksującego spaceru po pięknym świecie.

Strona wizualna to zdecydowanie największy atut gry. Akwarelowa stylistyka, niemal szkicowa faktura oraz różnorodność biomów – od zielonych, zdziczałych ogrodów po przemysłowe, rdzawe korytarze i lodowate tundry – sprawiają, że świat Vessel zapada w pamięć na długo. Rzadko zdarza mi się zatrzymywać tylko po to, żeby podziwiać tło, ale tutaj kilka razy złapałem się na tym, że właśnie to robię.

Warstwa dźwiękowa trzyma równie wysoki poziom. Ścieżka dźwiękowa buduje nastrój niemal tak samo skutecznie jak oprawa graficzna – spokojne, melancholijne motywy podczas eksploracji ustępują miejsca dynamicznym kompozycjom w trakcie starć z bossami. Voice acting, choć nie wszystkie postacie otrzymały pełne udźwiękowienie, robi świetną robotę tam, gdzie się pojawia – brzmi naturalnie i przekazuje emocje bez cienia sztuczności.

Pod względem technicznym wersja na PlayStation 5 prezentuje się bardzo solidnie. Płynność animacji stoi na wysokim poziomie i w przeciwieństwie do wersji na słabszy sprzęt, gdzie w kilku miejscach zdarzają się spadki wydajności, tutaj większych problemów nie uświadczycie. Warto jednak wspomnieć, że część graczy zgłaszała sporadyczne zawieszenia gry, najczęściej po trudniejszych walkach z bossami, co potrafi skutecznie zepsuć humor.

Największy problem MIO to momentami zbyt surowe traktowanie gracza – zwłaszcza na początku, kiedy nie mamy jeszcze narzędzi pozwalających sprostać wyzwaniom stawianym przez otoczenie. Dla fanów gatunku, którzy lubią czerpać satysfakcję z pokonywania kolejnych przeszkód i odkrywania skrótów, będzie to jednak zaleta, a nie wada. Osobom szukającym lżejszego, bardziej przystępnego doświadczenia radziłbym dwa razy się zastanowić.

Podsumowując – to gra, której warto dać trochę czasu. Pierwsze godziny potrafią zniechęcić, ale im dalej w las, tym mocniej widać, ile serca twórcy włożyli w stworzenie tego świata. MIO: Memories in Orbit nie rewolucjonizuje gatunku metroidvanii, ale wykorzystuje jego najmocniejsze elementy i składa je w bardzo udaną całość. Jeśli cenicie wymagającą eksplorację, świetną oprawę audiowizualną i satysfakcję płynącą z odkrywania kolejnych zakamarków mapy, zdecydowanie warto dać tej grze szansę. Moja ocena? Jak dla mnie to spokojnie 8/10, lubię takie gry i ta chociaż nie zaskoczyła mnie najbardziej na świecie, to zostawiła po sobie miłe wrażenie.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply