Skip to main content

Są takie premiery, które zauważam gdzieś kątem oka, odkładam je na później i wracam do nich dopiero wtedy, gdy ktoś rzuci mi hasło: „A widziałeś to dziwactwo z pociągiem?”. Denshattack! było właśnie takim przypadkiem. Przez długi czas odkładałem tę grę na później, zakładając, że kiedyś w końcu znajdę na nią chwilę. Ostatecznie udało się dopiero teraz, a mimo mojego spóźnienia wydawca zgodził się udostępnić mi kod do recenzji, za co bardzo dziękuję firmie Fireshine Games.

Zanim usiadłem do gry na dobre, spodziewałem się kolejnej ciekawostki, którą odpalę na godzinkę, sprawdzę i odłożę. Skończyło się zupełnie inaczej – już po pierwszym levelu wiedziałem, że zostanę tu na dłużej, a po kilku kolejnych zacząłem żałować, że nie zainteresowałem się tym tytułem wcześniej.

Zacznijmy od tego, co uderzyło mnie najmocniej, czyli struktury rozgrywki. Denshattack! dzieli całość na krótkie misje trwające około 4-6 minut i właśnie za takim formatem tęskniłem od dłuższego czasu. Coraz częściej trafiam na produkcje, które wymagają długich sesji, żeby w pełni się w nie wkręcić, a tutaj mogłem wskoczyć na chwilę, zaliczyć jeden przejazd i odłożyć pada bez wyrzutów sumienia. Albo – jak zdarzało się to u mnie – zostać na kolejne kilkadziesiąt minut, bo następny poziom wydawał się jeszcze ciekawszy od poprzedniego. To prosty pomysł, ale sprawia, że Denshattack! świetnie sprawdza się zarówno podczas krótkiej przerwy, jak i dłuższego wieczornego grania.

Świat, po którym się poruszamy, jest maksymalnie japoński i widać to na każdym kroku – od projektu poziomów, przez muzykę, aż po sam pomysł na fabułę. Trafiamy do futurystycznej, mocno zniszczonej Japonii po katastrofie klimatycznej. Bogaci schowali się pod ochronnymi kopułami, a cała reszta musi radzić sobie na porzuconych, zapomnianych torach kolejowych. Nie chcę zdradzać szczegółów fabularnych, bo gra dawkuje je w rozsądny sposób, ale motyw buntu i odbijania kolei czuć już od pierwszych minut i konsekwentnie towarzyszy graczowi przez całą przygodę. To nie jest historia, która próbuje udawać wielki dramat. Stanowi raczej lekką, pełną energii otoczkę, idealnie pasującą do tempa rozgrywki i nieodwracającą uwagi od tego, co najważniejsze – samej jazdy.

A jazda to serce tej produkcji. Mechanicznie Denshattack! to skejterska zabawa przeniesiona wprost na tory kolejowe – i mówię to bez cienia ironii, bo to naprawdę działa. Sterujemy pociągiem tak, jakby był deskorolką – robimy ollie, wskakujemy na dziób, jeździmy po ścianach, wyskakujemy z szyn, żeby chwilę później na nie wrócić. Z pozoru to brzmi jak absurd, ale w praniu okazuje się jednym z ciekawszych pomysłów na rozgrywkę, jakie widziałem od dawna. Sterowanie jest czytelne i responsywne – nie miałem wrażenia, że gra oszukuje albo że coś nie działa tak, jak powinno. Do tego dochodzi coś, co u mnie zbiera osobne brawa, czyli checkpointy. Są naprawdę częste i bardzo sprawiedliwie rozstawione, więc porażka nigdy nie boli i nigdy nie frustruje. Można próbować danego fragmentu w kółko, bez poczucia, że traci się przez to czas.

To, co dodatkowo trzyma mnie przy padzie, to tempo wprowadzania nowych mechanik. Gra bardzo rozsądnie dawkuje nowości – najpierw uczymy się podstawowych skoków, potem dochodzi jazda po ścianach, później kolejne triki i sposoby na łączenie ich w combo. Dzięki temu przez cały czas mam wrażenie, że coś się zmienia, coś dochodzi, a rozgrywka nie zdąży się znudzić, zanim pojawi się kolejny element układanki. To trochę jak endless runner, tylko z naprawdę dobrym tempem, sensowną fabułą i, co ważne, z realnym zakończeniem, a nie mechaniką, która ciągnie się w nieskończoność bez żadnego celu.

Warto też wspomnieć o samym poczuciu progresji, bo to element, który łatwo przeoczyć, a który tutaj działa naprawdę dobrze. Z każdym ukończonym poziomem czuję, że mój pociąg – i ja sam jako gracz – staje się coraz sprawniejszy. Kombinacje trików, które na początku wydawały się karkołomne, po kilku godzinach zaczynają wchodzić w nawyk, a palce same znajdują odpowiednie przyciski w odpowiednim momencie. To satysfakcjonujące uczucie, kiedy łapię się na tym, że zaczynam kombinować własne sekwencje skoków zamiast trzymać się schematów podpowiadanych przez grę. Do tego dochodzi drobna, ale przyjemna warstwa rywalizacji – punktacja za styl i płynność jazdy sprawia, że nawet już ukończone poziomy chce się odpalać ponownie, żeby zrobić to jeszcze ładniej niż za pierwszym razem. Dość powiedzieć, że po pewnym czasie było mi wręcz głupio nie robić tricków – i robię je, gdy tylko znajduję się w powietrzu lub recenzowana produkcja na to pozwala.

Ciekawie rozłożone są też momenty, w których gra pozwala złapać oddech. Po bardziej wymagających sekwencjach trikowych trafiają się fragmenty spokojniejsze, gdzie można po prostu cieszyć się jazdą i widokami, zanim tempo znów zostanie podkręcone. Ten naturalny rytm napięcia i odpoczynku sprawia, że sześć godzin, które spędziłem z grą, minęło zaskakująco szybko – i wcale nie mam wrażenia, że to koniec przygody, bo chętnie wrócę po pozostałe poziomy i lepsze wyniki. Ale nie bójcie się, że jest nudno – jak jest za spokojnie, to możecie być pewni, że po chwili zaatakuje nas boss – np. wielki japoński mech poskładany z innych, mniejszych pociągów.

Strona audiowizualna to kolejny mocny punkt tej produkcji. Grafika jest prosta i komiksowa, ale jednocześnie bardzo czytelna – nawet przy większej prędkości nigdy nie miałem problemu z odczytaniem sytuacji na torach. Ten styl wizualny wywołał u mnie sporą dawkę nostalgii, bo skojarzenia z Viewtiful Joe pojawiły się już w pierwszych minutach zabawy. Kolory są żywe, animacje satysfakcjonujące, a całość ma swój wyraźny charakter i bez problemu wyróżnia się na tle innych gier, w które ostatnio grałem. Nazwijmy to po imieniu, cell shading – czyli najlepszy wynalazek z czasów Playstation 2 do dziś potrafi zaimponować. Tak jest i tutaj.

Jeśli chodzi o wydajność techniczną na PlayStation 5, nie mam większych zastrzeżeń. Wszystko działa płynnie, bez spadków animacji czy zacięć, które mogłyby zepsuć wyczucie prędkości. W grze opartej na tempie i precyzji ma to ogromne znaczenie. Do tego dochodzą szybkie czasy ładowania i sprawne przejścia między poziomami, dzięki czemu nic nie wybija z rytmu. Błędów też nie widziałem, gra po prostu działa i działa bardzo dobrze.

Największe zalety Denshattack! to przede wszystkim oryginalny pomysł, świetne tempo rozgrywki, różnorodność mechanik i format krótkich misji, który idealnie sprawdza się podczas krótszych sesji. Gra niemal bez przerwy dorzuca nowe elementy, dzięki czemu nawet po kilku godzinach nie miałem poczucia, że robię w kółko dokładnie to samo. Do tego dochodzi charakterystyczna oprawa audiowizualna i bardzo dobra płynność działania, które tylko wzmacniają pozytywne wrażenia.

Trudno wskazać mi tutaj klasyczne wady. Jeśli już miałbym się czegoś czepiać, to wyłącznie samego konceptu. To gra bardzo specyficzna i nie mam wątpliwości, że nie trafi do każdego. Połączenie jazdy pociągiem z deskorolkowymi trikami brzmi na tyle absurdalnie, że część graczy może odbić się od tego pomysłu jeszcze przed rozpoczęciem zabawy. A szkoda, bo pod tą nietypową otoczką kryje się naprawdę przemyślana i dopracowana produkcja.

Właśnie dlatego trudno mi polecić Denshattack! zupełnie każdemu. Jeśli jednak szukacie czegoś naprawdę oryginalnego, lubicie krótkie, intensywne sesje i nie boicie się odrobiny szaleństwa w konstrukcji rozgrywki, to zdecydowanie warto dać tej grze szansę. Szczególnie spodoba się fanom japońskiej stylistyki oraz osobom, które z sentymentem wspominają produkcje pokroju Viewtiful Joe.

Moja ocena to 8/10. Doceniam oryginalność, tempo rozgrywki, sposób wprowadzania kolejnych mechanik i to, jak dobrze cały ten pomysł trzyma się kupy, mimo że na papierze brzmi jak kompletny absurd. Nie spodziewałem się, że pociąg wykonujący akrobatyczne ewolucje wciągnie mnie aż tak mocno, a jednak tak się stało. Denshattack! to jedna z tych gier, które zdecydowanie warto sprawdzić samemu, zamiast oceniać je wyłącznie po zwiastunach czy kilku screenach.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply