Skip to main content

Mniej więcej w maju, gdy byłem w Londynie, zobaczyłem plakat tego filmu i od razu się w nim zakochałem. Było w nim coś tak absurdalnego, a jednocześnie niezwykle uroczego, że od razu wiedziałem, że chcę go obejrzeć. Owce jako detektywi? Hugh Jackman jako pasterz? Sam pomysł brzmiał przecież jak coś, co mogło pójść w zupełnie absurdalnym kierunku, ale właśnie dlatego tak bardzo mnie zainteresował. Kiedy więc „Sprawiedliwość owiec” trafiła na Amazon Prime, nie zastanawiałem się ani chwili. Włączyłem ją z dużymi oczekiwaniami i już po kilkunastu minutach wiedziałem, że trafiłem na coś, co warto opisać dokładniej niż jako zwykły wieczorny seans.

Fabuła zaczyna się od George’a, pasterza, który każdego wieczoru czyta swoim owcom kryminały, przekonany, że i tak nic z tego nie rozumieją. Kiedy pewnego dnia zostaje znaleziony martwy, stado dochodzi do wniosku, że to było morderstwo i – uzbrojone w wiedzę wyniesioną z tych wieczornych lektur – postanawia samodzielnie znaleźć winnego. Nie zdradzę, jak dokładnie owce zabierają się do śledztwa ani do jakich wniosków dochodzą, bo to właśnie ta część filmu bawi i wciąga najbardziej. Już na starcie widać jednak, że twórcy nie poszli na łatwiznę i zbudowali historię, która trzyma się kupy nawet wtedy, gdy głównymi detektywami są zwierzęta hodowlane.

Scenariusz to zdecydowanie najmocniejszy element całej produkcji. Widać w nim wyraźną inspirację klasycznymi kryminałami w stylu Agathy Christie – mamy zamknięte środowisko podejrzanych, fałszywe tropy i niewielką społeczność, w której każdy coś ukrywa. Tym razem zamiast klasycznego kryminału rozgrywającego się w odizolowanej posiadłości dostajemy jednak historię osadzoną w mieście, obserwowaną oczami stada owiec, które próbuje poskładać ludzkie zachowania w logiczną całość na podstawie tego, czego nauczyło podczas wieczornych seansów z książką. Taki pomysł równie dobrze mógłby wypaść sztucznie i naciąganie, a tymczasem działa zaskakująco spójnie – kolejne poszlaki faktycznie prowadzą gdzieś dalej, zamiast być jedynie pretekstem do kolejnego żartu.

Tempo narracji jest dobrze wyważone. Śledztwo owiec przeplata się ze scenami czysto komediowymi, w których stado wychodzi poza swoją zagrodę i musi zmierzyć się ze światem ludzi, co samo w sobie daje sporo zabawnych sytuacji. Momentami czuć, że twórcy trochę się rozpędzają z wątkami pobocznymi, zwłaszcza w środkowej części, gdy pojawia się więcej podejrzanych i mieszkańców wioski, ale nigdy nie ma wrażenia, że film stoi w miejscu. Zawsze coś się dzieje, a kolejne sceny sprawnie pchają fabułę do przodu.

Reżyseria stoi na bardzo solidnym poziomie. Widać rękę kogoś, kto ma doświadczenie w animacji i wie, jak budować komediowy timing nawet w produkcji łączącej aktorów na żywo z komputerowo wygenerowanymi zwierzętami. Sceny z udziałem owiec są poprowadzone z dużą precyzją – kamera wie, kiedy zbliżyć się do pyszczka, żeby wydobyć emocje, a kiedy pokazać całe stado, żeby zbudować efekt komiczny albo, w kilku momentach, naprawdę wzruszający.

Jeśli chodzi o aktorstwo, sytuacja jest tu dość nietypowa, bo główna gwiazda znika z ekranu bardzo szybko. Hugh Jackman jako George dostaje może kilkanaście minut czasu ekranowego, zanim jego postać ginie, ale mimo to udaje mu się zbudować na tyle ciepłą i sympatyczną postać, że jej brak jest odczuwalny przez resztę filmu. W ludzkiej obsadzie znajdziemy też Emmę Thompson, Nicholasa Brauna, Nicholasa Galitzine’a czy Hong Chau, a szczególnie dobrze wypada Molly Gordon, którą możecie kojarzyć z „The Bear”. Jest po prostu cudowna i nawet w tak nietypowej historii potrafi nadać swojej bohaterce sporo ciepła i charakteru. Aktorzy grający mieszkańców miasta trzymają poziom, choć trzeba przyznać, że to owce kradną każdą wspólną scenę.

A skoro już o nich mowa, twórcy naprawdę nie oszczędzali na obsadzie głosowej. Za poszczególnymi owcami stoją między innymi Julia Louis-Dreyfus, Bryan Cranston, Chris O’Dowd, Patrick Stewart, Bella Ramsey, Regina Hall czy Brett Goldstein. Każdy z nich wnosi do swojej postaci coś charakterystycznego, dzięki czemu stado nie zlewa się w jedną grupę identycznych zwierząt. To właśnie głosy w dużej mierze budują osobowości owiec i sprawiają, że po pewnym czasie przestajemy traktować je jak komputerowo wygenerowane zwierzęta, a zaczynamy odbierać jak pełnoprawnych bohaterów. Reszta ludzkiej obsady pełni raczej funkcję służebną wobec śledztwa prowadzonego przez zwierzęta, przez co niektóre ludzkie postacie wypadają trochę płasko – w tej konkretnej konwencji akurat to nie przeszkadza.

Prawdziwą siłą filmu są jednak same owce i aktorzy podkładający pod nie głosy. Owca prowadząca śledztwo ma w sobie coś z klasycznej detektywki-amatorki – jest uparta, bystra i odrobinę zbyt pewna siebie. Czarny baran z przeszłością cyrkowego zwierzęcia dostaje najwięcej emocjonalnego ciężaru i to jego wątek najbardziej zapada w pamięć, bo pokazuje, że film potrafi być czymś więcej niż tylko zabawną historyjką o zwierzętach. Do tego dochodzi para bliźniaczych owiec odpowiedzialnych za większość gagów oraz baran mówiący z tak wyrazistym akcentem, że sam w sobie staje się źródłem regularnego śmiechu (właśnie Patrick Stewart). Osobno warto wspomnieć o jagnięciu, które od początku traktowane jest przez stado jako odmieniec – to jeden z tych wątków, które dają filmowi trochę głębi, bo mówią coś więcej o poczuciu przynależności, a nie tylko o rozwiązywaniu zagadki.

Dialogi są napisane z polotem i słychać w nich rękę scenarzysty, który potrafi łączyć humor z poważniejszym tonem bez wrażenia, że film rozjeżdża się stylistycznie. Żarty są zaskakująco inteligentne jak na produkcję z gadającymi owcami, a przy tym nie brakuje momentów, w których dialog nagle robi się cichszy i bardziej osobisty, zwłaszcza w scenach dotyczących straty i żałoby. Co ważne, humor nie próbuje na siłę przykrywać emocjonalnych fragmentów, dzięki czemu jedno i drugie może spokojnie funkcjonować obok siebie.

Strona wizualna to osobny temat, bo mamy tu do czynienia z hybrydą aktorów na żywo i w pełni komputerowo wygenerowanych zwierząt. Zdjęcia pokazują brytyjskie miasto i jego okolice w sposób malowniczy, momentami wręcz pocztówkowy, ale w tej konwencji pasuje to idealnie. Praca kamery sprawnie łączy ujęcia z żywymi aktorami z owcami, które fizycznie w ogóle nie istniały na planie, i trzeba przyznać, że zrobiono to naprawdę solidnie. Nawet w scenach, w których zwierzęta znajdują się bezpośrednio obok aktorów, całość prezentuje się na tyle naturalnie, że szybko przestajemy zastanawiać się nad techniczną stroną tych ujęć i po prostu skupiamy się na historii.

Tutaj dochodzę do rzeczy, która zaskoczyła mnie najbardziej, czyli do samych efektów specjalnych. Na początku CGI odpowiadające za owce trochę mnie irytowało, zwłaszcza w pierwszych scenach, gdy stado pokazane jest z bliska i widać, że coś w ruchu wełny czy mimice pyszczków nie jest do końca naturalne. Wolałbym, gdyby zamiast komputerowych zwierząt użyto prawdziwych, tak jak kiedyś w „Doktorze Dolittle”, gdzie mimo ograniczeń technicznych zwierzęta wydawały się bardziej autentyczne. Im dłużej jednak trwał seans, tym mniej mi to przeszkadzało. Efekty z czasem zaczynają wyglądać naprawdę dobrze, a twórcy wyraźnie zadbali o to, żeby owce zachowywały się jak owce, bez przesadnej antropomorfizacji ruchów. Paradoksalnie właśnie to pomaga uwierzyć w całą sytuację.

Montaż prowadzi widza przez śledztwo w sposób klarowny, bez zbędnego mieszania wątków, a muzyka dobrze wspiera zarówno komediowe, jak i bardziej wzruszające fragmenty, nie narzucając się przy tym za bardzo. Udźwiękowienie jest solidne, a różnorodność akcentów wśród owiec dodaje całości sporo charakteru i humoru, którego chyba się po tej produkcji nie spodziewałem.

Klimat filmu to mieszanka przytulnego kryminału i ciepłej, czasem melancholijnej opowieści o stracie. Emocje towarzyszące seansowi zmieniały się u mnie dość często – od rozbawienia kolejnymi gagami, przez ciekawość, jak potoczy się śledztwo, aż po chwile, w których poczułem coś więcej niż tylko lekką rozrywkę. Największym plusem filmu jest właśnie ta równowaga między humorem a emocjami oraz naprawdę dobrze napisana zagadka kryminalna. Największym minusem są początkowe efekty specjalne, do których chwilę musiałem się przekonać, oraz momentami zbyt rozbudowany wątek poboczny w środkowej części, który lekko rozciąga historię ponad potrzebę.

Moja ocena to 7 na 10. To dobry, ciekawy i zaskakująco logiczny film, który udowadnia, że nawet z absurdalnego założenia da się zbudować pełnoprawną, wciągającą historię kryminalną. Nie jest to produkcja bez wad, ale te, które jej towarzyszą, są na tyle drobne, że nie psują ogólnego, bardzo pozytywnego wrażenia.

Gasząc telewizor po napisach końcowych, miałem poczucie, że dostałem dokładnie to, na co liczyłem, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem plakat tego filmu w Londynie. Zaskoczyło mnie jednak, jak szybko przestałem myśleć o owcach jako o ciekawostce czy gimmicku, a zacząłem traktować je jak pełnoprawnych bohaterów z własnymi motywacjami i emocjami. I chyba właśnie to jest największą zaletą całej produkcji – twórcy biorą absurdalny pomysł i traktują go na tyle poważnie, żeby naprawdę zadziałał.

Jeśli szukacie na wieczór czegoś, co nie wymaga wielkiego zaangażowania, a jednocześnie daje więcej niż tylko tło do przewijania telefonu, „Sprawiedliwość owiec” śmiało może być dobrym wyborem na Amazon Prime. To dokładnie ten typ produkcji VOD, którą włącza się z ciekawości, a kończy z uśmiechem i lekkim zaskoczeniem, że coś tak z pozoru absurdalnego potrafiło tak dobrze wypaść. A moja żona spłakała się na tym jak dzika.

ps. wyszukując materiałów do tej recenzja wpadłem też na to, że Sprawiedliwość owiec to książka! Dostępna w Polsce.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply