Skip to main content

Moja wizyta w kinie była zaplanowana od kilku miesięcy. Po Spider-Man: No Way Home zostałem z naprawdę dużymi oczekiwaniami. Z jednej strony byłem zachwycony tym, jak zakończyła się tamta historia, z drugiej długo zastanawiałem się, w którą stronę twórcy postanowią poprowadzić losy Petera Parkera. Finał poprzedniego filmu był przecież ogromnym resetem – Peter został całkowicie sam, jego najbliżsi przestali go pamiętać, a wszystko, co budował przez poprzednie lata, po prostu przestało istnieć. To otwierało drzwi do znacznie bardziej dojrzałej, kameralnej opowieści, ale jednocześnie stawiało przed scenarzystami naprawdę trudne zadanie. Wystarczył jeden zły pomysł, żeby cały ciężar emocjonalnego zakończenia No Way Home poszedł na marne. Po wyjściu z kina mogę jednak powiedzieć, że choć mam mieszane uczucia, to zdecydowanie bliżej mi do zadowolenia niż rozczarowania.

Zacznę od tego, że do kina szedłem z bardzo konkretnymi oczekiwaniami. Liczyłem na powrót do Spider-Mana, którego najbardziej lubię – zwykłego chłopaka z sąsiedztwa, cieszącego się swoimi mocami, rzucającego żartami w trakcie walk i próbującego pogodzić ratowanie świata z codziennym życiem. Nawet jeśli miał problemy, zawsze było w nim coś z tej młodzieńczej energii i optymizmu. Tym razem dostałem jednak zupełnie inną wersję Petera. Nie powiedziałbym, że gorszą – po prostu bardziej dojrzałą, zmęczoną i wyraźnie naznaczoną wydarzeniami z poprzedniego filmu. I właśnie to warto sobie uświadomić przed seansem, bo Brand New Day nie próbuje udawać, że finał No Way Home nigdy się nie wydarzył.

Fabuła, oczywiście bez wchodzenia w spoilery, skupia się na Peterze, który próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Świecie, w którym nikt go nie pamięta – nawet osoby, które jeszcze niedawno były dla niego najważniejsze. To bardzo mocny punkt wyjścia, bo pozwala twórcom opowiedzieć historię nie tylko o superbohaterze walczącym z kolejnym zagrożeniem, ale przede wszystkim o człowieku próbującym zbudować swoje życie od nowa. Sporo miejsca poświęcono samotności, poczuciu straty i temu, kim właściwie jest Peter Parker, gdy zostaje pozbawiony wszystkich relacji, które przez lata go definiowały.

Oczywiście nie zabrakło też nowych twarzy i kilku dobrze znanych bohaterów. Jedni pojawiają się na chwilę, inni odgrywają znacznie większą rolę, ale muszę przyznać, że scenarzyści w większości przypadków znaleźli dla nich uzasadnienie. Nie miałem wrażenia, że kolejne nazwiska trafiają do filmu wyłącznie po to, żeby wywołać owacje na sali czy odhaczyć następny cameo. Kilka relacji zostało poprowadzonych w naprawdę interesującym kierunku, a niektóre decyzje fabularne potrafiły mnie szczerze zaskoczyć. I właśnie dlatego nie zamierzam zdradzać nic więcej – to jeden z tych filmów, przy których naprawdę warto odkrywać kolejne wydarzenia samemu.

Scenariusz oceniam pozytywnie, choć już od pierwszych minut czuć, że twórcy obrali zupełnie inne tempo niż w poprzednich częściach. Tutaj jest znacznie spokojniej. Zamiast nieustannego przeplatania widowiskowej akcji humorem dostajemy więcej scen skupionych na emocjach, samotności i próbie odnalezienia się przez Petera w nowej rzeczywistości. Nie uważam tego za wadę, bo Spider-Man od zawsze był bohaterem, którego życie nie rozpieszczało. W komiksach również często musiał mierzyć się z poczuciem straty, odpowiedzialnością i samotnością. Mam jednak wrażenie, że tym razem twórcy poszli w tę stronę aż za bardzo. Peter sprawia wrażenie dużo bardziej przygnębionego, a jego charakterystyczny humor i lekkość, które przez lata były jednym z jego znaków rozpoznawczych, schodzą na dalszy plan. Kilka razy złapałem się na tym, że brakowało mi tego bardziej beztroskiego Spider-Mana, który nawet w najtrudniejszych momentach potrafił rozładować napięcie jednym trafionym komentarzem.

Na szczęście film nadrabia to reżyserią. Destin Daniel Cretton bardzo dobrze czuje tego bohatera i potrafi wykorzystać jego możliwości w widowiskowy sposób. Sceny akcji są dynamiczne, ale jednocześnie niezwykle czytelne. Nie ma tutaj typowego dla wielu współczesnych blockbusterów chaosu, w którym trudno połapać się, kto z kim walczy i co właściwie dzieje się na ekranie. Każde starcie ma swój rytm, a Spider-Man porusza się z charakterystyczną dla siebie lekkością i płynnością. Widać, że sporo uwagi poświęcono choreografii oraz pracy kamery. Długie ujęcia, płynne przejścia między perspektywami i świetnie wykorzystana przestrzeń sprawiają, że oglądanie walk daje po prostu sporo satysfakcji. To jedne z tych scen, które nie imponują wyłącznie efektami specjalnymi, ale również pomysłem na ich pokazanie.

Pod względem aktorskim trudno mieć do filmu większe zastrzeżenia. Tom Holland po raz kolejny udowadnia, że świetnie czuje tę postać, ale tym razem dostaje materiał pozwalający pokazać znacznie więcej niż tylko charyzmę i poczucie humoru. To zdecydowanie najbardziej dojrzały Peter Parker, jakiego oglądaliśmy w jego wykonaniu (a może w czyimkolwiek!). Widać, że przez lata dorastał razem z tym bohaterem, dzięki czemu emocjonalne sceny wypadają bardzo wiarygodnie i ani przez moment nie sprawiają wrażenia wymuszonych.

Bardzo dobrze wypada również Zendaya, choć jej rola jest zupełnie inna niż wcześniej i z oczywistych powodów nie chcę zdradzać szczegółów. Sporo dobrego wnosi także Jon Bernthal jako Punisher. To bohater o zupełnie innym podejściu do wymierzania sprawiedliwości niż Spider-Man, co prowadzi do kilku naprawdę ciekawych rozmów i dobrze napisanych konfliktów. Na ekranie pojawia się również Sadie Sink, ale w jej przypadku celowo nie będę zdradzał nic więcej – im mniej wiecie przed seansem, tym lepiej.

Mam natomiast pewien problem z rolą Marka Ruffalo. Choć jego postać nie pojawia się na ekranie zbyt często, pełni ważną funkcję w całej historii i jest istotnym łącznikiem dla wielu wydarzeń. Szkoda tylko, że scenariusz kilka razy próbuje wykorzystać go do rozładowania napięcia nietrafionym humorem. Ruffalo zdecydowanie lepiej wypada w bardziej poważnych, emocjonalnych scenach, natomiast komediowe wstawki zwyczajnie nie zawsze działają tak, jak powinny.

To zresztą widać również w samych dialogach. Są dobrze napisane i wiarygodne, zwłaszcza w bardziej emocjonalnych momentach, ale jest w nich znacznie mniej charakterystycznych dla Spider-Mana błyskotliwych ripost i słownych przepychanek. Rozmowy są spokojniejsze, bardziej poważne i często skupiają się na emocjach bohaterów. Z jednej strony pasuje to do historii, jaką twórcy chcieli opowiedzieć, z drugiej przez niemal cały seans brakowało mi tego luzu i naturalnej lekkości, które od lat były jednym z największych atutów filmowego Spider-Mana.

Klimat filmu jest zdecydowanie jego najbardziej charakterystycznym elementem – i jednocześnie tym, który wzbudza we mnie największe mieszane uczucia. Z jednej strony naprawdę doceniam odwagę twórców, że postawili na dojrzalszą, bardziej melancholijną historię. Z drugiej jednak przez większą część seansu nie mogłem pozbyć się wrażenia, że oglądam produkcję bliższą stylistycznie pierwszym Avengers czy nawet Thunderbolts niż klasycznego Spider-Mana. To zresztą widać już na pierwszy rzut oka. Zdjęcia utrzymano w bardzo stonowanej kolorystyce – dominują szarości, chłodne barwy i mocno przygaszone kolory. Rozumiem, że taki zabieg miał podkreślać samotność Petera i znacznie cięższy ton całej historii, ale momentami odbierał filmowi jego charakterystyczną energię. Nowy Jork nie sprawia już wrażenia miasta tętniącego życiem. Zamiast tego staje się ponurym tłem dla wydarzeń, co dobrze pasuje do opowiadanej historii, ale jednocześnie sprawia, że całość chwilami wydaje się zbyt przygnębiająca. Peter Parker zawsze mierzył się z dramatami, jednak nawet w najtrudniejszych momentach potrafił zachować dystans do siebie i zarażać widza swoim entuzjazmem. Tutaj tego entuzjazmu jest zdecydowanie mniej i właśnie dlatego chwilami tęskniłem za bardziej kolorową, żywszą estetyką poprzednich odsłon.

Nie oznacza to jednak, że film wygląda źle. Wręcz przeciwnie – bardzo dobrze prezentują się kostiumy, a nowy strój Spider-Mana szybko stał się jednym z moich ulubionych w całej serii. Projektanci nie próbowali na siłę go przekombinować. Jest nowocześnie, ale jednocześnie czuć w nim wyraźne inspiracje klasycznymi komiksami. Na pochwałę zasługuje także montaż. Sceny akcji są bardzo czytelne, kamera nie gubi bohaterów, a szybkie cięcia nie zamieniają walk w chaotyczny pokaz efektów. Dzięki temu nawet najbardziej dynamiczne pojedynki ogląda się z dużą przyjemnością.

Nie mogę jednak powiedzieć tego samego o efektach specjalnych. I to chyba największy techniczny zawód całego filmu. Nie są one złe przez cały seans, ale w kilku scenach – zwłaszcza podczas bujania się Spider-Mana między budynkami czy najbardziej widowiskowych fragmentów walk – komputerowa grafika wyraźnie odstaje od poziomu, którego spodziewałem się po tej produkcji. Niektóre ujęcia wyglądają zaskakująco sztucznie i sprawiają wrażenie niedokończonych. Nie psuje to całego filmu, ale kilka razy skutecznie wybiło mnie z immersji. Tym bardziej że poprzednie odsłony z Tomem Hollandem pod tym względem prezentowały się po prostu lepiej.

Na szczęście bardzo dobrze wypada warstwa dźwiękowa. Michael Giacchino po raz kolejny udowadnia, że doskonale rozumie muzyczny charakter Spider-Mana. Jego kompozycje świetnie budują napięcie, potrafią podkreślić bardziej emocjonalne momenty i jednocześnie nie dominują nad tym, co dzieje się na ekranie. Równie dobrze wypada sam dźwięk – od efektów towarzyszących walkom i przemieszczaniu się po mieście, aż po spokojniejsze sceny dialogowe. Pod tym względem trudno mieć do filmu jakiekolwiek większe zastrzeżenia.

Największą zaletą filmu jest jego emocjonalna dojrzałość. Twórcy konsekwentnie trzymają się obranej wizji, nie próbując na siłę rozładowywać napięcia kolejnymi żartami czy fanserwisem. Do tego dochodzą bardzo dobre kreacje aktorskie i świetnie zrealizowane sceny akcji. Największą wadą pozostaje dla mnie brak równowagi między dramatem a lekkością. Film jest momentami zbyt poważny i zbyt szary, przez co traci część charakterystycznej energii Spider-Mana. Nie pomagają też nierówne efekty specjalne, które w kilku scenach wyraźnie odstają od reszty produkcji.

Komu polecam Spider-Man: Brand New Day? Przede wszystkim fanom Marvela oraz osobom, które chcą zobaczyć, jak potoczyły się losy Petera Parkera po wydarzeniach z No Way Home. To także propozycja dla widzów, którzy lubią bardziej refleksyjne kino superbohaterskie i nie oczekują nieustannego festiwalu żartów oraz widowiskowych pojedynków. Jeśli jednak liczycie na najbardziej kolorową i beztroską odsłonę przygód Spider-Mana, warto odpowiednio nastawić swoje oczekiwania, bo tym razem twórcy obrali zupełnie inny kierunek.

Ostatecznie wystawiam 8/10. To bardzo dobry film z kapitalnymi kreacjami aktorskimi, świetną reżyserią i historią, która nie boi się podejmować trudniejszych tematów. Nie jest jednak moją ulubioną częścią serii z Tomem Hollandem. Zabrakło mi odrobiny lekkości, humoru i kolorów, które od lat były nieodłącznym elementem filmowego Spider-Mana. Mimo to uważam, że to udana kontynuacja, która pokazuje, że ten bohater wciąż ma przed sobą wiele ciekawych historii.

Piotrek Gniewkowski (Niekulturalny)

Krytyk filmowy i teatralny, zapalony gracz konsolowy i komputerowy. Od kilku lat pracuje w branży reklamowej przy projektach influencerskich. Zakochany w najnowszych technologiach. W wolnych chwilach fotografuje Warszawę.

Leave a Reply